27.03.2026, 23:57 ✶
Krótki, głuchy trzask przesuniętej dachówki – ledwie słyszalny ponad podniesione głosy – a zaraz potem ciężkie uderzenie, które przecięło powietrze. Ciało krępego mężczyzny osunęło się bezwładnie na ziemię, brudząc chodnik czerwienią broczącą z rozcięcia na głowie. Jego sygnety zabrzęczały o kamienie, a latarka wypadła mu z dłoni, tocząc się po ścieżce i kreśląc chaotyczne smugi światła po elewacji domu.
Trzech pozostałych mężczyzn zareagowało niespójnie, jakby rzeczywistość potrzebowała chwili, by nadrobić to, co właśnie się wydarzyło. Jeden cofnął się odruchowo, unosząc ręce, drugi rzucił przekleństwo i zrobił krok do przodu, do swojego szefa, aby sprawdzić co z nim, trzeci odwrócił głowę ku dachowi, próbując znaleźć przyczynę w czymś, co dałoby się nazwać i zrozumieć.
– Che cazzo?! – padło dobitnie. – Venite subito qui!
Światło latarek otaczających dom zaczęło drgać. Snopy przecinały się teraz gwałtownie, skacząc po ścianach, oknach i biegnących sylwetkach, wydobywając z ciemności coraz więcej szczegółów: napięte sylwetki ludzi, którzy jeszcze przed chwilą przyszli tu z jasnym celem, a teraz go tracili, jak ich przywódca stracił przytomność.
Tymczasem wewnątrz domu panował wciąż kontrastujacy z chaosem zewnętrza spokój. W dłoni młodej wiedźmy pojawił się kij baseballowy, wyczarowany pospiesznie, w rozkojarzeniu. Magiczna broń finalnie lśniłaby tęczowo w słońcu, teraz zdała się szklanym narzędziem, choć w dłoni policjantka czuła drewno.
Lekko wibrujące drewno.
Gdy Hestia rozejrzała się znów, jej wzrok padł na porzucony na czas czarowania pamiętnik, który otworzył się na jednej z ostatnich stron. Atramentowe linie rysunku – ruiny, zarysowane niedbale, lecz z wyraźnym punktem oznaczonym kilkukrotnie w tym samym miejscu zapisanym krzyżykiem. Obok, zapisane równym, starannym pismem słowa w łacinie pozostawały nieruchome:
– Prendetela! Lui deciderà poi cosa farne! – krzyknął gniewnie jeden z mężczyzn, wskazując gwałtownie w stronę Ceolsige, wybijając skupienie Hestii. Ten który pochylił się nad nieprzytomnym towarzyszem, potrząsnął nim jeszcze raz bez większego efektu, podczas gdy trzeci zrobił kolejny krok naprzód, tym razem ostrożniejszy, cięższy – jak ktoś, kto nie wie już, czy wchodzi w bójkę, czy w coś znacznie gorszego.
Latarki ustawiły się teraz niżej. Światło przestało szukać wyjaśnień na dachu – zaczęło skupiać się na poziomie oczu. Na poziomie angielki stojącej w drzwiach.
Na ulicy rozszczekały się psy. W jednym z sąsiednich domów – zapaliło się światło. Potem kolejne. Awantura nie pozostawała niezauważona. Firanki falowały ciekawskimi spojrzeniami.
Trzech pozostałych mężczyzn zareagowało niespójnie, jakby rzeczywistość potrzebowała chwili, by nadrobić to, co właśnie się wydarzyło. Jeden cofnął się odruchowo, unosząc ręce, drugi rzucił przekleństwo i zrobił krok do przodu, do swojego szefa, aby sprawdzić co z nim, trzeci odwrócił głowę ku dachowi, próbując znaleźć przyczynę w czymś, co dałoby się nazwać i zrozumieć.
– Che cazzo?! – padło dobitnie. – Venite subito qui!
Światło latarek otaczających dom zaczęło drgać. Snopy przecinały się teraz gwałtownie, skacząc po ścianach, oknach i biegnących sylwetkach, wydobywając z ciemności coraz więcej szczegółów: napięte sylwetki ludzi, którzy jeszcze przed chwilą przyszli tu z jasnym celem, a teraz go tracili, jak ich przywódca stracił przytomność.
Tymczasem wewnątrz domu panował wciąż kontrastujacy z chaosem zewnętrza spokój. W dłoni młodej wiedźmy pojawił się kij baseballowy, wyczarowany pospiesznie, w rozkojarzeniu. Magiczna broń finalnie lśniłaby tęczowo w słońcu, teraz zdała się szklanym narzędziem, choć w dłoni policjantka czuła drewno.
Lekko wibrujące drewno.
Gdy Hestia rozejrzała się znów, jej wzrok padł na porzucony na czas czarowania pamiętnik, który otworzył się na jednej z ostatnich stron. Atramentowe linie rysunku – ruiny, zarysowane niedbale, lecz z wyraźnym punktem oznaczonym kilkukrotnie w tym samym miejscu zapisanym krzyżykiem. Obok, zapisane równym, starannym pismem słowa w łacinie pozostawały nieruchome:
„Ex silentio docti loquuntur, et via aperitur.”
Mimo napięcia sytuacji, słowa przypominające wystarczająco hiszpański przychodziły same do głowy:cisza uczeni droga otwiera się
– Prendetela! Lui deciderà poi cosa farne! – krzyknął gniewnie jeden z mężczyzn, wskazując gwałtownie w stronę Ceolsige, wybijając skupienie Hestii. Ten który pochylił się nad nieprzytomnym towarzyszem, potrząsnął nim jeszcze raz bez większego efektu, podczas gdy trzeci zrobił kolejny krok naprzód, tym razem ostrożniejszy, cięższy – jak ktoś, kto nie wie już, czy wchodzi w bójkę, czy w coś znacznie gorszego.
Latarki ustawiły się teraz niżej. Światło przestało szukać wyjaśnień na dachu – zaczęło skupiać się na poziomie oczu. Na poziomie angielki stojącej w drzwiach.
Na ulicy rozszczekały się psy. W jednym z sąsiednich domów – zapaliło się światło. Potem kolejne. Awantura nie pozostawała niezauważona. Firanki falowały ciekawskimi spojrzeniami.
Tura trwa do 30.03
Ceolsige, nikt Cię jeszcze nie trzyma, stoisz w otwartych drzwiach domostwa.
Ceolsige, nikt Cię jeszcze nie trzyma, stoisz w otwartych drzwiach domostwa.