28.03.2026, 21:00 ✶
Przez lata nie umknęło Helloise spostrzeżenie, że Samuel nie widział nigdy świata. Było coś fascynującego w chłopcu, który nie poznał Londynu, Hogwartu ani rodowych układów — wydawał się przez to tak czysty. Ona z tego świata co prawda również zniknęła, lecz w jej perspektywę zawsze miało być wpisane to, że znała go, a odrzuciła. Nigdy nie miała móc pochwalić się tym, że urodziła się wolna od cywilizacji.
Choć Samuel zmężniał i za każdym razem, gdy go widziała, przychodził zmieniony dorastaniem, to wciąż był w oczach Helloise młody. Pamiętała dokładnie moment, gdy musiała zacząć zadzierać głowę, żeby spojrzeć na chłopca z Kniei. Jakież to dziwne było patrzeć w górę na kogoś, kto pojawił się w jej życiu jako dzieciak. Wszyscy młodsi chłopcy, nad którymi Helloise stała przedtem wysoka i pełna różnych odcieni opiekuńczości nadanej jej z tytułu bycia starszą dziewczyną — ci chłopcy: Leviathan, Samuel, William — wszyscy ją przerośli. W tym dorastaniu Samuel nie zgubił jednak chłopięcej delikatności i Helloise wciąż czuła od niego ufność niesplamioną młodzieńczą zuchwałością.
— Ach, biały niedźwiedź — powtórzyła za nim dziewczyna, w lot rozumiejąc, o jakiego zwierza mu chodzi. Nie stroniła przecież od przeglądania atlasów. — Mają takie… — nie była pewna, jak to opisać — takie głowy długie i płaskie. Bardziej złowieszcze niż nasze niedźwiedzie. Podobno nie boją się człowieka i po prostu podchodzą. Jesteśmy dla białych niedźwiedzi tylko kolejnym jedzeniem. — Jeśli zauważyła, że Sam nie zrozumiał jej żartu, to zupełnie nie dała tego po sobie poznać i swobodnie rozwinęła temat.
W międzyczasie drzwi chatki zamknęły się, aby do wnętrza izby nie sypał śnieg. Czarownica odwiesiła ośnieżony płaszczyk na hak przy drzwiach. Pod spodem miała mięsistą wełnianą suknię, na którą zarzuciła dodatkowo luźny, gryzący sweter. Nie były to eleganckie, modne ubrania, lecz znało się po nich, że zostały uszyte porządnie, z dobrych materiałów.
Ostatnim, czego Helloise się spodziewała, było posądzenie jej o utuczenie Samuela w celach spożywczych. Zaśmiała się w pierwszej chwili szczerze i melodyjnie, opuszczając głowę w dół tak, że roześmiana twarz znikła na moment za kurtyną jasnych pukli.
— Myślisz, że wszedłbyś do naszego pieca? — Wyprostowała się wreszcie i obróciła na palenisko, nad którym stały kotły. Zimą nie wygaszały go, aby chata się nie wychładzała. — Och, Sam, choćbym chciała cię skosztować, nie miałby cię kto tam zaciągnąć. Powinnam była o tym myśleć na samym początku, jak jeszcze byłeś mniejszy. — Czarownica spuściła wzrok na koszyk, zastanawiając się krótko, co wybrać. — W porządku. Zamknij oczy, otwórz usta — zachęciła przebiegle chłopaka.
Gdy tylko powieki McGonagalla opadły, Helloise odstawiła koszyk na podłogę i wygrzebała z niego torbę musów-świstusów, którą rozerwała, co z pewnością nie uszło jego uszom. Czarownica dwoma palcami wyłowiła z paczki kulkę o smaku pomarańczowego sorbetu i położyła ją Samuelowi na języku. Magiczna lodowa przekąska była jeszcze zimniejsza niż palce czarownicy, która dopiero wróciła z dworu. Zaraz również sama Helloise uraczyła się jednym sorbetem, starając się jak najszybciej rozpuścić w ustach owocową kulkę.
— Za chwilę zobaczysz — powiedziała nieco zniekształconym przez musa-świstusa głosem.
I rzeczywiście oboje zobaczyli, gdy ich stopy niemal równocześnie oderwały się od podłogi. Lewitowali.
Choć Samuel zmężniał i za każdym razem, gdy go widziała, przychodził zmieniony dorastaniem, to wciąż był w oczach Helloise młody. Pamiętała dokładnie moment, gdy musiała zacząć zadzierać głowę, żeby spojrzeć na chłopca z Kniei. Jakież to dziwne było patrzeć w górę na kogoś, kto pojawił się w jej życiu jako dzieciak. Wszyscy młodsi chłopcy, nad którymi Helloise stała przedtem wysoka i pełna różnych odcieni opiekuńczości nadanej jej z tytułu bycia starszą dziewczyną — ci chłopcy: Leviathan, Samuel, William — wszyscy ją przerośli. W tym dorastaniu Samuel nie zgubił jednak chłopięcej delikatności i Helloise wciąż czuła od niego ufność niesplamioną młodzieńczą zuchwałością.
— Ach, biały niedźwiedź — powtórzyła za nim dziewczyna, w lot rozumiejąc, o jakiego zwierza mu chodzi. Nie stroniła przecież od przeglądania atlasów. — Mają takie… — nie była pewna, jak to opisać — takie głowy długie i płaskie. Bardziej złowieszcze niż nasze niedźwiedzie. Podobno nie boją się człowieka i po prostu podchodzą. Jesteśmy dla białych niedźwiedzi tylko kolejnym jedzeniem. — Jeśli zauważyła, że Sam nie zrozumiał jej żartu, to zupełnie nie dała tego po sobie poznać i swobodnie rozwinęła temat.
W międzyczasie drzwi chatki zamknęły się, aby do wnętrza izby nie sypał śnieg. Czarownica odwiesiła ośnieżony płaszczyk na hak przy drzwiach. Pod spodem miała mięsistą wełnianą suknię, na którą zarzuciła dodatkowo luźny, gryzący sweter. Nie były to eleganckie, modne ubrania, lecz znało się po nich, że zostały uszyte porządnie, z dobrych materiałów.
Ostatnim, czego Helloise się spodziewała, było posądzenie jej o utuczenie Samuela w celach spożywczych. Zaśmiała się w pierwszej chwili szczerze i melodyjnie, opuszczając głowę w dół tak, że roześmiana twarz znikła na moment za kurtyną jasnych pukli.
— Myślisz, że wszedłbyś do naszego pieca? — Wyprostowała się wreszcie i obróciła na palenisko, nad którym stały kotły. Zimą nie wygaszały go, aby chata się nie wychładzała. — Och, Sam, choćbym chciała cię skosztować, nie miałby cię kto tam zaciągnąć. Powinnam była o tym myśleć na samym początku, jak jeszcze byłeś mniejszy. — Czarownica spuściła wzrok na koszyk, zastanawiając się krótko, co wybrać. — W porządku. Zamknij oczy, otwórz usta — zachęciła przebiegle chłopaka.
Gdy tylko powieki McGonagalla opadły, Helloise odstawiła koszyk na podłogę i wygrzebała z niego torbę musów-świstusów, którą rozerwała, co z pewnością nie uszło jego uszom. Czarownica dwoma palcami wyłowiła z paczki kulkę o smaku pomarańczowego sorbetu i położyła ją Samuelowi na języku. Magiczna lodowa przekąska była jeszcze zimniejsza niż palce czarownicy, która dopiero wróciła z dworu. Zaraz również sama Helloise uraczyła się jednym sorbetem, starając się jak najszybciej rozpuścić w ustach owocową kulkę.
— Za chwilę zobaczysz — powiedziała nieco zniekształconym przez musa-świstusa głosem.
I rzeczywiście oboje zobaczyli, gdy ich stopy niemal równocześnie oderwały się od podłogi. Lewitowali.
dotknij trawy