29.03.2026, 02:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.03.2026, 02:17 przez Alexander Mulciber.)
Mary Anne Skeeter nigdy więcej niczego już nie napisze o rodzinie Mulciber, pomyślał Alexander, gładząc ją po mokrym od łez policzku.
Nie użył magii, żeby jej zabić. Nie zasługiwała na to. Niewiele czuł, gdy rozerżnął jej gardło nożem. Chyba tylko znużenie, że zajęło mu to tak długo. Ostatnio miał problemy z określeniem upływu czasu. Z rozpoznaniem uczuć, jakie nim targały. Jak każdy jasnowidz żył na styku czasów, ciężko było mu więc skupić się wyłącznie na teraźniejszości.
Mary Anne Skeeter nigdy więcej niczego już nie napisze.
Wypuścił jej ciało z rąk, gdy tylko uleciało z niej życie. Nie dotykał trucheł umarłych. W jego kulturze były one nieczystymi. Nie zamierzał ściągać na swoje ręce zmazy, z której musiałby się potem rytualnie oczyścić. Zaklęciem posłał więc jej bezwładne ciało pod ścianę, zgarniając za kołnierz jednego ze sparaliżowanych ze strachu dziennikarzy. Tego samego, którego wcześniej zastraszył. Theodore Thackeray Kenway zadeklarował swoje poparcie dla Lorda Voldemorta, wierząc, że da się coś osiągnąć, pertraktując z terrorystami. Głupiec. Alexander nie zamierzał go jednak zabijać. Zamierzał zmusić go, żeby zapłacił cenę za swoje tchórzostwo.
Cisnął Kenwayem o ścianę redakcji, tę samą, na której drukowanymi literami napisano
zmuszając go, żeby krwią wypływającą pulsacyjnie z arterii pani Skeeter nasmarował pod spodem inny napis.
Słysząc odgłos zbliżających się kroków, odwrócił skrytą pod maską twarz w stronę Czarnego Pana, który zaprowadził własny porządek w redakcji, rzucając zaklęcie imperiusa na redaktora naczelnego.
– Krew prostuje narrację – stwierdził znudzonym tonem Mulciber, kopiąc dziennikarza, gdy ten płaczliwie spróbował mu się postawić. Mdliło go od tych wszystkich płaczliwych próśb o okazanie łaski. Mdliło go od metalicznego zapachu krwi, która kleiła mu się do szaty. Mdliło go od swądu spaczenia, jakim przesiąkła redakcja Proroka Codziennego.
A to był przecież dopiero początek nocy.
Alexander zacisnął zęby i podążył za Czarnym Panem, upewniwszy się, że ze Stanleyem wszystko w porządku.
Nie użył magii, żeby jej zabić. Nie zasługiwała na to. Niewiele czuł, gdy rozerżnął jej gardło nożem. Chyba tylko znużenie, że zajęło mu to tak długo. Ostatnio miał problemy z określeniem upływu czasu. Z rozpoznaniem uczuć, jakie nim targały. Jak każdy jasnowidz żył na styku czasów, ciężko było mu więc skupić się wyłącznie na teraźniejszości.
Mary Anne Skeeter nigdy więcej niczego już nie napisze.
Wypuścił jej ciało z rąk, gdy tylko uleciało z niej życie. Nie dotykał trucheł umarłych. W jego kulturze były one nieczystymi. Nie zamierzał ściągać na swoje ręce zmazy, z której musiałby się potem rytualnie oczyścić. Zaklęciem posłał więc jej bezwładne ciało pod ścianę, zgarniając za kołnierz jednego ze sparaliżowanych ze strachu dziennikarzy. Tego samego, którego wcześniej zastraszył. Theodore Thackeray Kenway zadeklarował swoje poparcie dla Lorda Voldemorta, wierząc, że da się coś osiągnąć, pertraktując z terrorystami. Głupiec. Alexander nie zamierzał go jednak zabijać. Zamierzał zmusić go, żeby zapłacił cenę za swoje tchórzostwo.
Cisnął Kenwayem o ścianę redakcji, tę samą, na której drukowanymi literami napisano
W O L N O Ś Ć
zmuszając go, żeby krwią wypływającą pulsacyjnie z arterii pani Skeeter nasmarował pod spodem inny napis.
N I E W O L A
Słysząc odgłos zbliżających się kroków, odwrócił skrytą pod maską twarz w stronę Czarnego Pana, który zaprowadził własny porządek w redakcji, rzucając zaklęcie imperiusa na redaktora naczelnego.
– Krew prostuje narrację – stwierdził znudzonym tonem Mulciber, kopiąc dziennikarza, gdy ten płaczliwie spróbował mu się postawić. Mdliło go od tych wszystkich płaczliwych próśb o okazanie łaski. Mdliło go od metalicznego zapachu krwi, która kleiła mu się do szaty. Mdliło go od swądu spaczenia, jakim przesiąkła redakcja Proroka Codziennego.
A to był przecież dopiero początek nocy.
Alexander zacisnął zęby i podążył za Czarnym Panem, upewniwszy się, że ze Stanleyem wszystko w porządku.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat