Leviathan siedział na swoim miejscu, śledząc przebieg rozmowy, którą prowadziła do tej pory Helloise. Rozmowy, tak jakby było tutaj miejsce na jakikolwiek dialog, bo kobieta zadawała cały czas to samo pytanie, otrzymując dokładnie taką samą odpowiedź. Dookoła było więcej ludzi, niż tego sobie życzył i ten jej upór, jakby oczekiwała że za którymś razem otrzyma zupełnie inną odpowiedź, drażnił go nieco. Coś wewnątrz dopraszało się, by wreszcie ukrócić tę dyskusję, odpowiadając zamiast babci, ale ścisnął to w środku siebie.
Spokój ostatecznie przyszedł sam, kiedy zniechęcona, Helloise podniosła się ze swojego miejsca, dryfując ku oknom i widokowi który się za nimi rozpościerał. Siedział tak dalej, ze swoją manierą nieruchomego gada, ze wzrokiem w zastanowieniu wbitym w jej plecy, aż w końcu dotarł do niego głos Mony. Mrugnął i jego głowa powoli przekręciła się w jej stronę.
Czarny Pan wymagał, by o swoją rodzinę dbać i o wiele bardziej się nią zainteresować. To niezbyt leżało w naturze samego Leviathana. Nie ta miękkość do drugiego człowieka, która momentami mogłaby być pomocna, jeśli chodziło o niektóre osoby z którymi łączyło go nazwisko.
Dla niego sprawa była prosta - Mona mogła sobie tego smoczognika zabrać, jeśli tylko miała taką fantazję. To był jej pupil, jakby nie patrzeć, który w domu zdawał się siedzieć na przedłużających wakacjach. Astoria sama przecież miała w Londynie pupila i temu życie na salonach wcale nie wydawało się aż tak przeszkadzać, ale to zawsze zależało i od samego właściciela, i od stworzenia.
- Pewnie gdybyś zapewniła mu regularne atrakcje, nie byłoby tak źle. Miejsce gdzie mógłby rozprostować skrzydła, no i zapewnić mu odpowiednią uwagę - miał na myśli prosty fakt, że pracowała w Urzędzie, a ten z kolei wymagał stałych godzin pracy. No i nie mogła sobie tego smoczognika zapakować do kieszeni i chodzić z nim po ministerialnych korytarzach cały czas. - Zabezpieczyć mieszkanie, żeby ci nie spłonęło.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast