29.03.2026, 16:55 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.03.2026, 16:59 przez Anastasia Dolohov-Burke.)
– A ile mi lat dajesz? – odpowiedziała pytaniem na pytanie Anastazja, podnosząc nagle spojrzenie na stojącego przed nią Odysseusa. Czarne jej oczy rozbłysły, gdy zaśmiała się, w ten głośny, irytujący sposób pełen rozpasanej dziewczęcości, przefermentowanej jak wino stojące na stoliku obok. Nie był to miły śmiech. Perlił się chwilę na jej ustach, przywodząc na myśl bogactwo. Śmiejąc się, Anastazja odrzucała głowę do tyłu, pretensjonalna niczym operowa primadonna. Śmiech, jaki z siebie wydawała, na początku był wysoki niczym sklepienie saloniku, w którym właśnie siedzieli. Nawet gdy zadarło się głowę, nie widać było bowiem skąpanego w ciemnościach strzelistego sufitu, na pewno sięgał jednak wyżej niż rząd kilkumetrowych okien, upodabniających wnętrze rezydencji do mugolskiej katedry. Próżno było szukać tutaj boga. Jedynym bóstwem, jakie wyznawała Anastazja, było to, na które mogła zrobić się przed toaletką. Śmiech szybko stał się dziwnie gardłowym, cichnąc gwałtownie. Nigdy nie była to więc partia sopranowa. Kobieta zacisnęła powleczone szminką usta w uśmiech, w jej oczach nie dało się znaleźć choćby śladu wcześniejszego rozbawienia. Może nigdy go tam nie było. Oczy jej błyszczały jak prawdziwe obsydiany, gdy wyzywająco wpatrywała się w Odysseusa, ale śmiech... Śmiech zawsze był sztucznym.
"A ile mi lat dajesz?", spytała, zanim odrzuciła głowę do tyłu. Półleżąc, półsiedząc, leniwie wyciągnęła nogę w górę, jak gdyby się przeciągała, ruchem powolnym, doskonale obliczonym na efekt. Pozwoliła opaść okrywającej ją spódnicy, odsłaniając nieznacznie udo, dotąd skryte pod połami tafty. Najpierw jedne, a potem drugie. Było w tym coś wulgarnego. W sposobie, w jakim się zachowywała. W tym, jak wydęła na chwilę wargi, niby to zastanawiając się nad odpowiedzią. W tym jak leżała rozwalona w fotelu, z nogami opartymi wyżej, o zdobione oparcie stojącego obok krzesła. Wulgarnym było nawet to, jak część wyplecionych z eleganckiego uczesania loków rozsypało się po jej ramieniu. Nie wydawała się ani trochę zawstydzona obecnością Odysseusa. Gdyby chciała, Anastazja mogła mieć do swojej dyspozycji cały sztab uzdrowicieli. Mogłaby nawet wykupić Lecznicę Dusz z rąk stetryczałego statuszka, który jej doglądał, i przerobić ją na wielki dom dla lalek. Bo zamieszkujący go pensjonariusze przypominali jej lalki, stojące na regale za jej plecami. Głupie, bezwolne, zamknięte w pokojach bez klamek jak w pudełkach. Mogłaby to zrobić, pomyślała, upijając nieco wina z podniesionego z podłogi kieliszka, ale była już dużą dziewczynką, a duże dziewczynki nie bawiły się lalkami. Bawiły się ludźmi.
Oblizała językiem wargi.
Nie cierpiała wina.
– Na koniec snu pojawiło się lustro, owszem. Ale na początku byłam tylko ja. Widziałam swoje pomarszczone dłonie. Skórę pokrytą starczymi plamami. Byłam taka sucha... Sucha jak skwarka, chociaż na moim ciele nie było ani grama tłuszczu, bo wszystkie ubrania wciąż na mnie pasowały – stwierdziła chełpliwie. – Regularnie badam przecież stężenie cholesterolu. Podążam również za specjalnym programem ćwiczeń, ułożonym przez mojego trenera personalnego. – Niewątpliwie, jej nogi były smukłe, ale silne, z odznaczającą się łagodnie muskulaturą, właściwą komuś, kto od młodości pasjonował się tańcem. Przyglądając się im w zamyśleniu, poruszyła palcami u stóp. – Sucha jak mężczyzna – stwierdziła w końcu. – Kobiety są bowiem rozkosznie mokre. Winka, Odysseusie? Czy będziesz siedział tak o suchym gardle?
"A ile mi lat dajesz?", spytała, zanim odrzuciła głowę do tyłu. Półleżąc, półsiedząc, leniwie wyciągnęła nogę w górę, jak gdyby się przeciągała, ruchem powolnym, doskonale obliczonym na efekt. Pozwoliła opaść okrywającej ją spódnicy, odsłaniając nieznacznie udo, dotąd skryte pod połami tafty. Najpierw jedne, a potem drugie. Było w tym coś wulgarnego. W sposobie, w jakim się zachowywała. W tym, jak wydęła na chwilę wargi, niby to zastanawiając się nad odpowiedzią. W tym jak leżała rozwalona w fotelu, z nogami opartymi wyżej, o zdobione oparcie stojącego obok krzesła. Wulgarnym było nawet to, jak część wyplecionych z eleganckiego uczesania loków rozsypało się po jej ramieniu. Nie wydawała się ani trochę zawstydzona obecnością Odysseusa. Gdyby chciała, Anastazja mogła mieć do swojej dyspozycji cały sztab uzdrowicieli. Mogłaby nawet wykupić Lecznicę Dusz z rąk stetryczałego statuszka, który jej doglądał, i przerobić ją na wielki dom dla lalek. Bo zamieszkujący go pensjonariusze przypominali jej lalki, stojące na regale za jej plecami. Głupie, bezwolne, zamknięte w pokojach bez klamek jak w pudełkach. Mogłaby to zrobić, pomyślała, upijając nieco wina z podniesionego z podłogi kieliszka, ale była już dużą dziewczynką, a duże dziewczynki nie bawiły się lalkami. Bawiły się ludźmi.
Oblizała językiem wargi.
Nie cierpiała wina.
– Na koniec snu pojawiło się lustro, owszem. Ale na początku byłam tylko ja. Widziałam swoje pomarszczone dłonie. Skórę pokrytą starczymi plamami. Byłam taka sucha... Sucha jak skwarka, chociaż na moim ciele nie było ani grama tłuszczu, bo wszystkie ubrania wciąż na mnie pasowały – stwierdziła chełpliwie. – Regularnie badam przecież stężenie cholesterolu. Podążam również za specjalnym programem ćwiczeń, ułożonym przez mojego trenera personalnego. – Niewątpliwie, jej nogi były smukłe, ale silne, z odznaczającą się łagodnie muskulaturą, właściwą komuś, kto od młodości pasjonował się tańcem. Przyglądając się im w zamyśleniu, poruszyła palcami u stóp. – Sucha jak mężczyzna – stwierdziła w końcu. – Kobiety są bowiem rozkosznie mokre. Winka, Odysseusie? Czy będziesz siedział tak o suchym gardle?
Please don't go
I'll eat you whole
I'll eat you whole