29.03.2026, 16:57 ✶
– A kiedy ostatni raz to zrobiłaś? – podchwycił Christoper, przypatrując się jej przez chwilę. Podejrzewał, że po Spalonej Nocy na pewno nie, działo się po prostu za dużo, ale jak słuchał o tych całych poltergeistach i gęsiach, to zaczynał się zastanawiać czy i wcześniej sprawa była taka prosta. I to niekoniecznie przez karierę aurorską. – Tak, słyszałem, że przydzwonił ponoć Nottowi z powodu Loretty…
Czy to wierzyć czy nie to już nie wiedział, bo jemu faktycznie niewiele było trzeba. Tę konkretną sytuację Victoria znała zresztą o wiele lepiej i była nawet świadkiem pełnego glorii ciosu wykonanego za pomocą kutasa.
*
Samo pojawienie się Cressidy Avery było dostatecznie złe. To że Victoria przy tym była, było złe podwójnie. A że do sceny dochodziło w Domu Mody Rosierów już potrójnie. Christopher ścisnął nasadę nosa, wyobrażając sobie, jak po prostu łapie Cressidę i wyrzuca przez okno: niestety, nie był jakimś nieokrzesanym archeologiem – brutalem, a kimś kto przynajmniej udawał angielskiego dżentelmena. Złość narastała gdzieś w nim i miał ochotę sam zacząć wrzeszczeć, i najlepiej rzucać jeszcze przedmiotami, ale nie wypadało, przynajmniej nie tak publicznie.
A potem wyskoczyła z tą całą Zorzą.
Opuścił rękę, spoglądając najpierw na nią, z jakimś takim niedowierzaniem, a potem przeniósł wzrok na Victorię.
– To z tobą chcę się spotykać. Mam nadzieję, że nie uważasz, że upadłem na głowę tak mocno, żeby umówić się znowu z nią? – spytał, i znowu chyba nie do końca tak, jak zrobiłby to normalnie… chociaż… chociaż może i tak, bo przecież nie przywykł nadmiernie przejmować się pewnymi rzeczami. Już nawet ignorował tę całą zabaweczkę! Może i miał trochę mizogonistyczne podejście, które można było sprowadzić do tego, że dzielił trochę kobiety na te, z którymi się flirtuje i spotyka niezobowiązująco, i na te, z którymi się faktycznie umawia, ale nawet Avery raczej nie traktował jako zabawki…
Cressida poczerwieniała na twarzy.
I rzuciła się na Christophera z uniesionymi rękami…
Cios Cressidy
Czy to wierzyć czy nie to już nie wiedział, bo jemu faktycznie niewiele było trzeba. Tę konkretną sytuację Victoria znała zresztą o wiele lepiej i była nawet świadkiem pełnego glorii ciosu wykonanego za pomocą kutasa.
*
Samo pojawienie się Cressidy Avery było dostatecznie złe. To że Victoria przy tym była, było złe podwójnie. A że do sceny dochodziło w Domu Mody Rosierów już potrójnie. Christopher ścisnął nasadę nosa, wyobrażając sobie, jak po prostu łapie Cressidę i wyrzuca przez okno: niestety, nie był jakimś nieokrzesanym archeologiem – brutalem, a kimś kto przynajmniej udawał angielskiego dżentelmena. Złość narastała gdzieś w nim i miał ochotę sam zacząć wrzeszczeć, i najlepiej rzucać jeszcze przedmiotami, ale nie wypadało, przynajmniej nie tak publicznie.
A potem wyskoczyła z tą całą Zorzą.
Opuścił rękę, spoglądając najpierw na nią, z jakimś takim niedowierzaniem, a potem przeniósł wzrok na Victorię.
– To z tobą chcę się spotykać. Mam nadzieję, że nie uważasz, że upadłem na głowę tak mocno, żeby umówić się znowu z nią? – spytał, i znowu chyba nie do końca tak, jak zrobiłby to normalnie… chociaż… chociaż może i tak, bo przecież nie przywykł nadmiernie przejmować się pewnymi rzeczami. Już nawet ignorował tę całą zabaweczkę! Może i miał trochę mizogonistyczne podejście, które można było sprowadzić do tego, że dzielił trochę kobiety na te, z którymi się flirtuje i spotyka niezobowiązująco, i na te, z którymi się faktycznie umawia, ale nawet Avery raczej nie traktował jako zabawki…
Cressida poczerwieniała na twarzy.
I rzuciła się na Christophera z uniesionymi rękami…
Cios Cressidy
Rzut N 1d100 - 14
Akcja nieudana
Akcja nieudana