31.03.2026, 22:31 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 31.03.2026, 22:36 przez Aaron Andrew Moody.)
Na przestrzeni lat swojej służby w Brygadzie, a potem w Biurze Aurorów, Moody miał do czynienia z wieloma najprzeróżniejszymi istotami pochodzenia magicznego. Może dlatego nie palił się, żeby tak od razu którąś dyskryminować.
Jego najbliżsi powiedzieliby, że Aaron nie dyskryminuje, a po prostu nie znosi wszystkich porówno.
Prawda była taka, że widział nieludzkie rzeczy dokonywane rękoma ludzi. Widział przywracające wiarę w ludzkość gesty ze strony nieludzi. W myślach obracał kolejne przepisy prawne, które niedawno zacytowała w rozmowie z nim Lorien. Nad tym się wspólnie pochylili. Nad definicją człowieczeństwa. Nad jego definicją, bo Moody miał przecież własną. "Taki wampir", podpytywała przewrotnie Lorien, "czy nadal jest człowiekiem?" Igrała z nim, jak na prawnika przystało, ponieważ w jego argumentacji mniej było prawniczego żargonu, a więcej aurorskiej intuicji.
"Ile rubryczek musimy odhaczyć, by się zakwalifikować, panie Moody?"
Niemal uśmiechnął się do swych myśli, choć nie był wcale rozbawiony. Ile rubryczek odhaczyłby Gabriel, wampir? Ile rubryczek odhaczyłaby Lorien, maledictus? Ile rubryczek odhaczyłby jego syn, wilkołak?
Aaron Moody był czasem strasznym głupcem. A może Aaron Moody był po prostu człowiekiem.
Wampiry były dosyć zabawne, o ile nie rzucały się od razu człowiekowi do gardła. Tak na pierwszej randce?, skrzywił się kiedyś Aaron, przytrzymując rozszalałą wampirzycę, która rozwaliła pół szpitala magipsychiatrycznego, ogarnięta psychozą. Najgorzej, że potem prosiła, żeby ją przesłuchiwał "ten przystojny brygadzista", który ją obezwładnił. Koledzy z pracy porządnie dali mu za to popalić. Ale co miał zrobić, pozwolić, żeby mu krwiożerczy sukkub rozszarpał zębami tętnice szyjne? Samo istnienie jako wampir nie było zakazane prawnie, zakazanym było mordowanie ludzi, gryzienie ich wbrew ich woli... Na szczęście głowa wampirzej społeczności czuwała nad tym, aby jej współbratymcy nie wychodzili zbytnio przed szereg. Z wampirami naprawdę szło się dogadać, choć niektóre obrażały się straszliwie, gdy nazywało się ich rodzaj krwiożerczymi pijawkami.
Jeżeli Gabriel miał coś na sumieniu, jego sprawa. Dopóki nie dopuścił się niczego bezprawnego na terenie Anglii, Aaron mógł go jedynie obserwować. Zachowywał czujność, choćby w tym, że nigdy nie odwracał się do wampira plecami. Nie pozwalał mu też zniknąć ze swego pola widzenia, a różdżkę trzymał jak zawsze u boku. Wszystko to robił jednak automatycznie, były to bowiem nawyki wyrobione przez lata, a nie realna obawa, że Montbel coś mu zrobi. Dajcie spokój, przecież chłop miał kuchnię do odremontowania! A na dobrego fachowca w tych czasach trzeba było poczekać, oj, trzeba było. Aaron nie był naiwny, szczerze życzył Gabrielowi jednak, żeby wrócił do swojej praktyki, ponieważ wierzył w jego kompetencje. Z uwagą wysłuchał więc jego wątpliwości, zmarszczywszy w namyśle brwi.
"Niemniej, Anglicy nieufni..."
– To nie dlatego, że jesteś wampirem. To chyba nawet modne ostatnimi czasy, jak mam być szczery. Widziałeś "Ukąszenie Drakuli"? Naprawdę dobry film. A wiesz dlaczego? Bo to nasza rodzima angielska produkcja nakręcona w Hertfordshire. My, Anglicy, zwracamy na takie rzeczy uwagę. Wiesz, dlaczego ludzie ci nie ufają? Dlatego, że jesteś francuzikiem – specjalnie z małej. Aaron przewrócił oczami, jak gdyby musiał tłumaczyć Gabrielowi najoczywistsze oczywistości. – Nie szukaj pacjentów na artystycznych spędach, tam wszyscy są nienormalni, i ze swojej nienormalności dumni. – No oczami przewracać mu się chciało na wszystkie te wielkopańskie "enchanté", "bon appétit" czy "excusez-moi", jakie padały wszem i wobec się na podobnych przyjątkach. A parę razy zdarzyło mu się takowe obstawiać, wtedy, gdy jeszcze był w Brygadzie. – Weź sobie pogadaj z tym Lovegoodem z Doliny Godryka, to łebski gość, lubi innowacje, niestandardowe metody. – Próbował pomóc Mills, a to było najważniejsze. – Zawsze mógłbyś załatwić sobie jakieś prywatne konsultacje, może zaangażować się w jakieś sprawy naukowe. W służbie zdrowia zawsze jest praca.
No kto by pomyślał, że Gabriel weźmie się do tej pracy tak szybko po zachętach Aarona!
"Jak często tego doświadczasz?"
– Za często – mruknął Moody, przetarłszy usta wierzchem dłoni, jak zawsze, gdy był wyjątkowo czymś rozdrażniony. W tym zaś momencie najbardziej drażniła go własna słabość. – Poznałeś mnie trochę. Łeb mam na karku. Nie panikuję. Nie ruszało mnie to nigdy. To, co robię, mam na myśli. Nie miałem... Reakcji. – Aaron powtórzył po Gabrielu, nie do końca pewien, jakiego słowa powinien użyć. – Ale widziałem, jak inni się z tym męczyli. Ryzyko zawodowe. – Wzruszył delikatnie ramionami. – Ale przyczepiło mi się to od czasu Spalonej Nocy. Wszędzie wtedy pizgało złem. Pewnie wtedy ktoś miotnął we mnie klątwą. Myślisz, że hipnoza by pomogła?
Jak na Moody'ego, to był naprawdę wylewny w swojej opowieści. Ale miał nadzieję jakoś poruszyć ten temat, odkąd spotkał dzisiaj Montbela. Naprawdę go to wszystko męczyło, nie pomagając na dręczące aurora poczucie paranoi. Myślał, czy nie udać by się z tym do Lecznicy Dusz, ale obawiał się niedyskrecji. Nie chciał, aby na jaw wyszły przypadkiem tajemnice Zakonu. Musiał też myśleć o Millie. Leczyła się tam, więc nie chciał, żeby w razie jakiegoś kryzysu magomedycy kontaktujący się z nim w sprawie stanu zdrowia córki patrzyli na niego jak na pacjenta. Deprecjonowało to jego autorytet jako ojca. Wystawiało więc na słabość nie tylko aurora, ale i jego rodzinę. A wampir? Sam mówił, że wystarczyła plotka, aby został zdyskredytowanym. No i jego znał personalnie. "Wiem, gdzie mieszkasz", i te sprawy. Przysługa za przysługę, to brzmiało jak dobry układ.
No, przynajmniej dopóki nie weszli do sypialni, a nie do kuchni, jak było uzgadniane.
– No bez takich, Montbel – skrzywił się Moody na widok łóżka. – Zrozumiałbym, jakbyś chciał wyssać moją krew, ale mojego chuja zostaw w spokoju.
Jego najbliżsi powiedzieliby, że Aaron nie dyskryminuje, a po prostu nie znosi wszystkich porówno.
Prawda była taka, że widział nieludzkie rzeczy dokonywane rękoma ludzi. Widział przywracające wiarę w ludzkość gesty ze strony nieludzi. W myślach obracał kolejne przepisy prawne, które niedawno zacytowała w rozmowie z nim Lorien. Nad tym się wspólnie pochylili. Nad definicją człowieczeństwa. Nad jego definicją, bo Moody miał przecież własną. "Taki wampir", podpytywała przewrotnie Lorien, "czy nadal jest człowiekiem?" Igrała z nim, jak na prawnika przystało, ponieważ w jego argumentacji mniej było prawniczego żargonu, a więcej aurorskiej intuicji.
"Ile rubryczek musimy odhaczyć, by się zakwalifikować, panie Moody?"
Niemal uśmiechnął się do swych myśli, choć nie był wcale rozbawiony. Ile rubryczek odhaczyłby Gabriel, wampir? Ile rubryczek odhaczyłaby Lorien, maledictus? Ile rubryczek odhaczyłby jego syn, wilkołak?
Aaron Moody był czasem strasznym głupcem. A może Aaron Moody był po prostu człowiekiem.
Wampiry były dosyć zabawne, o ile nie rzucały się od razu człowiekowi do gardła. Tak na pierwszej randce?, skrzywił się kiedyś Aaron, przytrzymując rozszalałą wampirzycę, która rozwaliła pół szpitala magipsychiatrycznego, ogarnięta psychozą. Najgorzej, że potem prosiła, żeby ją przesłuchiwał "ten przystojny brygadzista", który ją obezwładnił. Koledzy z pracy porządnie dali mu za to popalić. Ale co miał zrobić, pozwolić, żeby mu krwiożerczy sukkub rozszarpał zębami tętnice szyjne? Samo istnienie jako wampir nie było zakazane prawnie, zakazanym było mordowanie ludzi, gryzienie ich wbrew ich woli... Na szczęście głowa wampirzej społeczności czuwała nad tym, aby jej współbratymcy nie wychodzili zbytnio przed szereg. Z wampirami naprawdę szło się dogadać, choć niektóre obrażały się straszliwie, gdy nazywało się ich rodzaj krwiożerczymi pijawkami.
Jeżeli Gabriel miał coś na sumieniu, jego sprawa. Dopóki nie dopuścił się niczego bezprawnego na terenie Anglii, Aaron mógł go jedynie obserwować. Zachowywał czujność, choćby w tym, że nigdy nie odwracał się do wampira plecami. Nie pozwalał mu też zniknąć ze swego pola widzenia, a różdżkę trzymał jak zawsze u boku. Wszystko to robił jednak automatycznie, były to bowiem nawyki wyrobione przez lata, a nie realna obawa, że Montbel coś mu zrobi. Dajcie spokój, przecież chłop miał kuchnię do odremontowania! A na dobrego fachowca w tych czasach trzeba było poczekać, oj, trzeba było. Aaron nie był naiwny, szczerze życzył Gabrielowi jednak, żeby wrócił do swojej praktyki, ponieważ wierzył w jego kompetencje. Z uwagą wysłuchał więc jego wątpliwości, zmarszczywszy w namyśle brwi.
"Niemniej, Anglicy nieufni..."
– To nie dlatego, że jesteś wampirem. To chyba nawet modne ostatnimi czasy, jak mam być szczery. Widziałeś "Ukąszenie Drakuli"? Naprawdę dobry film. A wiesz dlaczego? Bo to nasza rodzima angielska produkcja nakręcona w Hertfordshire. My, Anglicy, zwracamy na takie rzeczy uwagę. Wiesz, dlaczego ludzie ci nie ufają? Dlatego, że jesteś francuzikiem – specjalnie z małej. Aaron przewrócił oczami, jak gdyby musiał tłumaczyć Gabrielowi najoczywistsze oczywistości. – Nie szukaj pacjentów na artystycznych spędach, tam wszyscy są nienormalni, i ze swojej nienormalności dumni. – No oczami przewracać mu się chciało na wszystkie te wielkopańskie "enchanté", "bon appétit" czy "excusez-moi", jakie padały wszem i wobec się na podobnych przyjątkach. A parę razy zdarzyło mu się takowe obstawiać, wtedy, gdy jeszcze był w Brygadzie. – Weź sobie pogadaj z tym Lovegoodem z Doliny Godryka, to łebski gość, lubi innowacje, niestandardowe metody. – Próbował pomóc Mills, a to było najważniejsze. – Zawsze mógłbyś załatwić sobie jakieś prywatne konsultacje, może zaangażować się w jakieś sprawy naukowe. W służbie zdrowia zawsze jest praca.
No kto by pomyślał, że Gabriel weźmie się do tej pracy tak szybko po zachętach Aarona!
"Jak często tego doświadczasz?"
– Za często – mruknął Moody, przetarłszy usta wierzchem dłoni, jak zawsze, gdy był wyjątkowo czymś rozdrażniony. W tym zaś momencie najbardziej drażniła go własna słabość. – Poznałeś mnie trochę. Łeb mam na karku. Nie panikuję. Nie ruszało mnie to nigdy. To, co robię, mam na myśli. Nie miałem... Reakcji. – Aaron powtórzył po Gabrielu, nie do końca pewien, jakiego słowa powinien użyć. – Ale widziałem, jak inni się z tym męczyli. Ryzyko zawodowe. – Wzruszył delikatnie ramionami. – Ale przyczepiło mi się to od czasu Spalonej Nocy. Wszędzie wtedy pizgało złem. Pewnie wtedy ktoś miotnął we mnie klątwą. Myślisz, że hipnoza by pomogła?
Jak na Moody'ego, to był naprawdę wylewny w swojej opowieści. Ale miał nadzieję jakoś poruszyć ten temat, odkąd spotkał dzisiaj Montbela. Naprawdę go to wszystko męczyło, nie pomagając na dręczące aurora poczucie paranoi. Myślał, czy nie udać by się z tym do Lecznicy Dusz, ale obawiał się niedyskrecji. Nie chciał, aby na jaw wyszły przypadkiem tajemnice Zakonu. Musiał też myśleć o Millie. Leczyła się tam, więc nie chciał, żeby w razie jakiegoś kryzysu magomedycy kontaktujący się z nim w sprawie stanu zdrowia córki patrzyli na niego jak na pacjenta. Deprecjonowało to jego autorytet jako ojca. Wystawiało więc na słabość nie tylko aurora, ale i jego rodzinę. A wampir? Sam mówił, że wystarczyła plotka, aby został zdyskredytowanym. No i jego znał personalnie. "Wiem, gdzie mieszkasz", i te sprawy. Przysługa za przysługę, to brzmiało jak dobry układ.
No, przynajmniej dopóki nie weszli do sypialni, a nie do kuchni, jak było uzgadniane.
– No bez takich, Montbel – skrzywił się Moody na widok łóżka. – Zrozumiałbym, jakbyś chciał wyssać moją krew, ale mojego chuja zostaw w spokoju.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.