02.04.2026, 20:35 ✶
Lovegood bez oporu pozwolił się teleportować - upadł na podłogę chaty ze stęknięciem, ale za to z nieco mniejszym hukiem, niż czarownica, bo miał bliżej. Zarejestrował ogień, dach nad głową, brak szpitalnej bieli wokół i wciąż, mimo tych wszystkich turbulencji, obecność różdżki w dłoni. Jakaś atawistyczna część jego mózgu stwierdziła: bezpieczne.
Ciało potrzebowało trochę więcej czasu, by nadążyć za rzeczywistością. Wciąż zimne, mokre i wstrząsane dreszczami, wciąż zalane adrenaliną. W obserwację poczynań zbierającej się z podłogi kobiety wdarło się uczucie innej wilgoci na udzie - podejrzanie ciepłej i trochę piekącej. Lazarus spojrzał w dół i przypomniał sobie moment wpadnięcia do wody. Na materiale rozdartych spodni rozlewała się ciemna plama. Druga, podobna, zdobiła kolano przeciwnej nogi.
Jego transmutacja musiała być nie tyle nieudana, co spóźniona. No tak - usłyszał przecież trzask jeszcze przed wypuszczeniem zaklęcia. Najwyraźniej podłoże popękało na chwilę przed albo na chwilę po zamianie.
Trywialny błąd, pomyślał. Szkło jest oczywistym pierwszym wyborem na zasadzie skojarzenia i podobieństwa. Ma też oczywiste wady. Może powinienem wybrać mugolski plastik? Ból docierał do niego wytłumiony, jak przez ścianę, prawdopodobnie z powodu wychłodzenia.
Czarodziej usadowił się stabilniej na podłodze, wciąż nie chowając różdżki, ale też nie podejmując żadnej próby wstania. Otulił się szczelniej płaszczem, wzdrygnął się, czując mokrą i ciężką wełnę. Z wdzięcznością zamienił ją na podany koc.
- Dziękuję - skinął głową - Oni? Próbowałem umrzeć - odpowiedział tonem płaskim i wyzbytym emocji, jak mentalna ściana, którą postawił między sobą a tamtym wieczorem - Postanowili mnie najwyraźniej “uratować”.
Nie musiał wykonywać palcami odpowiedniego gestu, by cudzysłów zawisł wokół ostatniego słowa. Wciśnięcie go z powrotem w życie, w mechaniczne dnie i w noce wypełnione koszmarami, albo co gorsza - bezsenne i pełne myśli - tylko teoretycznie mieściło się w definicji ratunku.
Ciepło powoli zaczęło na powrót wnikać pod skórę, paradoksalnie wywołując kolejne dreszcze, jakby organizm dostrzegł właśnie swoją szansę na rozgrzanie. Lazarus głośno zaszczękał zębami, zanim zdążył rozluźnić szczękę i spróbować to ukryć. Przez chwilę zbierał siły, a potem - krzywiąc się z bólu i z powodu nieprzyjemnego dotyku mokrej odzieży - przysunął się bliżej ognia. Koc pozostał na jego plecach, pomagając zatrzymać bijące od kominka ciepło. Przesunął palcami przez krew na nodze - ciemna, sącząca się zbyt leniwie jak na ważne naczynie krwionośne. W drodze na dół mieszała się z wodą i zanim spłynęła na podłogę była już rozwodniona niemal nie do poznania. Rozcięcia, na tyle, na ile mógł je zbadać, były długie, ale nie dość głębokie, by być niebezpieczne. Ból narastał i przyczepiał go do rzeczywistości skuteczniej, niż eliksiry serwowane przez uzdrowicieli.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał, rozglądając się po chatce.
Ciało potrzebowało trochę więcej czasu, by nadążyć za rzeczywistością. Wciąż zimne, mokre i wstrząsane dreszczami, wciąż zalane adrenaliną. W obserwację poczynań zbierającej się z podłogi kobiety wdarło się uczucie innej wilgoci na udzie - podejrzanie ciepłej i trochę piekącej. Lazarus spojrzał w dół i przypomniał sobie moment wpadnięcia do wody. Na materiale rozdartych spodni rozlewała się ciemna plama. Druga, podobna, zdobiła kolano przeciwnej nogi.
Jego transmutacja musiała być nie tyle nieudana, co spóźniona. No tak - usłyszał przecież trzask jeszcze przed wypuszczeniem zaklęcia. Najwyraźniej podłoże popękało na chwilę przed albo na chwilę po zamianie.
Trywialny błąd, pomyślał. Szkło jest oczywistym pierwszym wyborem na zasadzie skojarzenia i podobieństwa. Ma też oczywiste wady. Może powinienem wybrać mugolski plastik? Ból docierał do niego wytłumiony, jak przez ścianę, prawdopodobnie z powodu wychłodzenia.
Czarodziej usadowił się stabilniej na podłodze, wciąż nie chowając różdżki, ale też nie podejmując żadnej próby wstania. Otulił się szczelniej płaszczem, wzdrygnął się, czując mokrą i ciężką wełnę. Z wdzięcznością zamienił ją na podany koc.
- Dziękuję - skinął głową - Oni? Próbowałem umrzeć - odpowiedział tonem płaskim i wyzbytym emocji, jak mentalna ściana, którą postawił między sobą a tamtym wieczorem - Postanowili mnie najwyraźniej “uratować”.
Nie musiał wykonywać palcami odpowiedniego gestu, by cudzysłów zawisł wokół ostatniego słowa. Wciśnięcie go z powrotem w życie, w mechaniczne dnie i w noce wypełnione koszmarami, albo co gorsza - bezsenne i pełne myśli - tylko teoretycznie mieściło się w definicji ratunku.
Ciepło powoli zaczęło na powrót wnikać pod skórę, paradoksalnie wywołując kolejne dreszcze, jakby organizm dostrzegł właśnie swoją szansę na rozgrzanie. Lazarus głośno zaszczękał zębami, zanim zdążył rozluźnić szczękę i spróbować to ukryć. Przez chwilę zbierał siły, a potem - krzywiąc się z bólu i z powodu nieprzyjemnego dotyku mokrej odzieży - przysunął się bliżej ognia. Koc pozostał na jego plecach, pomagając zatrzymać bijące od kominka ciepło. Przesunął palcami przez krew na nodze - ciemna, sącząca się zbyt leniwie jak na ważne naczynie krwionośne. W drodze na dół mieszała się z wodą i zanim spłynęła na podłogę była już rozwodniona niemal nie do poznania. Rozcięcia, na tyle, na ile mógł je zbadać, były długie, ale nie dość głębokie, by być niebezpieczne. Ból narastał i przyczepiał go do rzeczywistości skuteczniej, niż eliksiry serwowane przez uzdrowicieli.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał, rozglądając się po chatce.