01.04.2026, 00:22 ✶
– Zieleń – odpowiedział wcale niezrażony tonem wampira Moody, który rozglądał się po nowym otoczeniu. Zapach wilgoci i mokrej ziemi uderzył go w nozdrza. Dziwnym było to miejsce, z bluszczem wspinającym się po ścianach, z zamurowanymi oknami, broniącymi przystępu światła słonecznego. Przestrzeń sakralna zbeszczeszona przez świecką obecność. Struktura wzniesiona rękami człowieka zawłaszczona przez naturę. Miejsce spoczynku istoty należącej do świata umarłych wypełnione płożącym się w mroku życiem. Moody przesunął delikatnie nogą bluszczowy pęd, stawiając na podłodze swoją skrzynkę z narzędziami. – Zieleń byłaby najlepsza – dodał.
Jak tak sobie teraz pomyślał, to i w jego sypialni przydałoby się w sumie odmalować.
Tak jak wcześniej Gabriel przyjął słowa aurora z miną wyrażającą absolutny brak zrozumienia, tak teraz Aaron przestąpił niepewnie z nogi na nogę, nie śmiąc spytać jednak, czym niby jest etap analny. Instynktownie czuł, że nie chce chyba znać odpowiedzi na to pytanie.
– To weź się zdecyduj, czy chcesz mi grzebać w głowie, czy w dupie, bo zrozumieć cię nie można, gdy tak gadasz – burknął w końcu, bo rzeczywiście nic z wywodu Gabriela nie zrozumiał. Zamiast tego wyciągnął w jego stronę dłoń.
– Najpierw dżentelmeńska umowa. Ty naprawiasz mi łeb, a ja naprawiam ci kuchnię. Bez żadnych sztuczek. – Wiedział, że z pomocą oklumencji łatwiej będzie mu nakierować Gabriela na właściwe wspomienie, a jednak wielkim wysiłkiem było odsłonić się, zwłaszcza dla kogoś, kto skrywał w swoim umyśle tak wiele.
Splunął na swoją wyciągniętą dłoń, żeby przypieczętować świętą obietnicę zawartą na ślinę.
Jak tak sobie teraz pomyślał, to i w jego sypialni przydałoby się w sumie odmalować.
Tak jak wcześniej Gabriel przyjął słowa aurora z miną wyrażającą absolutny brak zrozumienia, tak teraz Aaron przestąpił niepewnie z nogi na nogę, nie śmiąc spytać jednak, czym niby jest etap analny. Instynktownie czuł, że nie chce chyba znać odpowiedzi na to pytanie.
– To weź się zdecyduj, czy chcesz mi grzebać w głowie, czy w dupie, bo zrozumieć cię nie można, gdy tak gadasz – burknął w końcu, bo rzeczywiście nic z wywodu Gabriela nie zrozumiał. Zamiast tego wyciągnął w jego stronę dłoń.
– Najpierw dżentelmeńska umowa. Ty naprawiasz mi łeb, a ja naprawiam ci kuchnię. Bez żadnych sztuczek. – Wiedział, że z pomocą oklumencji łatwiej będzie mu nakierować Gabriela na właściwe wspomienie, a jednak wielkim wysiłkiem było odsłonić się, zwłaszcza dla kogoś, kto skrywał w swoim umyśle tak wiele.
Splunął na swoją wyciągniętą dłoń, żeby przypieczętować świętą obietnicę zawartą na ślinę.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.