Deridre była zła na matkę. Bardzo zła. Nie tylko dlatego, że matka bez konsultacji z nią wysłała list do obcego mężczyzny, ale też dlatego, że brzmiało to w jej głowie straszliwie prześmiewczo. Matka wzięła niezręczną wymianę zdań przy stole na temat quizu z Czarownicy i uznała to za wystarczające wytyczne. Deirdre nie mogła się jednak nie zgodzić na spotkanie z Seisyllem. Ostatecznie przecież rzeczywiście nie miała zbyt dużego wyboru, nie była szczególnie ładna ani wygadana, prawdopodobnie jej jedynymi pozytywami była chęć do ciężkiej pracy oraz dziewictwo.
Dlatego, siedząc przy toaletce, czesząc włosy, zastanawiała się, co właściwie powinna ubrać na siebie. Jej magimedyczna szata wisiała już odwieszona na szafie, czekając na następny dzień kaszlących popiołem pacjentów w Mungu. Nie ważne, jak kiepsko przejdzie kolacja, jej praca będzie na nią czekała. Nie będzie udawać, że nie zdążyła się przebrać, bo już wyszorowała paznokcie i skórę, tak dobrze, jak się dało.
Odłożyła na blat szczotkę i postukała opuszkami otwarte stronnice poradnika dla młodych panien, jak zdobyć bogatego i dobrego męża. Zamknęła go i wzięła między dłonie jak modlitewnik. Patrzyła na siebie krytycznie.
Mokre, wodniste oczy, wiecznie smutny wyraz twarzy, wyblakła twarz i wiotkie, proste jak druty włosy. Może wieczorne światło będzie dla niej bardziej łaskawe. Miała ochotę zamknąć się w łazience i wyjść dopiero rano, gdy już będzie po wszystkim.
Naciągnęła skórę na policzku. Postukała go trzykrotnie. Wdech i wydech. Ostatecznie musiała pięć razy rozpinać sukienkę i zapinać na nowo, bo w nerwach myliła się na liczeniu guzików, a raz nawet nawet pomyliła oczka. Sensowna sukienka w kolorze oudrowego różu z bawełny, z haftem angielskim na rąbku, dawała jej poczucie bezpieczeństwa. Lubiła ją i cieszyła się, że nie straciła jej w pożarze.
Zjawiła się na miejscu o czasie, trzymając w dłoniach kopertową torebkę. Oddała obsłudze lokalu swój spiczasty kapelusz oraz jesienne palto z czasów nastoletnich, które są wciągnęła ze starego kufra, przez co nieco pachniała naftaliną. Przedstawiła się maître, a ten przyprowadził ją do stolika na piętrze. Niemal romantyczny krajobraz z okna na chwilę ją rozproszył.
— Dobry wieczór — odezwała się cicho, czując jak wyparowuje z niej cała wiedza o poprawnym zachowaniu. Na szczęście kelner odsunął jej krzesło, więc mogła po prostu usiąść na miejscu.
Mężczyzna na przeciw niej należał do tych z kategorii przystojnych, przynajmniej jej zdaniem, był przyjemny dla oka, co zdecydowanie należało do bonusów, chociaż na minus stanowił brzydki nawyk palenia. Od razu zauważyła jego oczy, zrzuciła to na swoje wykształcenie, nie zamierzając konfrontować innych możliwych powodów, dla których szukała innych oznak klątwy Rowle'ów, nawet przed sobą.
— Dziękuję, że zgodził się pan na to spotkanie i... hmm... Wybrał pan takie piękne miejsce. Nigdy tu nie byłam.
Tak. Pogoda. Wystrój. Bezpieczne tematy, aby nie zdradzić za bardzo drżenia w głosie. Może nie zauważy, że nie tylko wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. To było takie okrutne ze strony jej matki. Dlaczego nie mogła jej po prostu pokazać narzeczonego, z już przybitą umową.