01.04.2026, 18:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.04.2026, 18:41 przez Christopher Rosier.)
Twarz Cressidy, na której dziś mieli okazję widzieć wściekłość, potem smutek i urażoną niewinność, nie wyrażała zupełnie niczego, gdy spojrzała na nich po raz ostatni, zanim asystentka Christophera podeszła do niej, by nieśmiało zaproponować „przejście do osobnego pomieszczenia, by poprawić fryzurę” (bo faktycznie imponująca fryzura Cressidy była w strasznym stanie, policzki miała zaczerwienione, a i ubranie po tym szale rozchełstane).
– Annie, przeproś potem klientkę z przymierzalni i zaoferuj jej rabat – rzucił cicho Christopher do pracownicy, starannie rozwieszając koralikową suknię z powrotem na wieszaku. Skrzywił się za to okropnie, gdy – prawdopodobnie – Penny pokazała mu inne ubranie, zerwane przez Cressidę i z westchnieniem przerzucił je sobie przez ramię. Zostało uszkodzone i nie było mowy, aby mogli zaoferować coś takiego w sklepie, nawet jeżeli uszkodzenie było minimalne. Obrócił się ku Victorii i matki, jakoś pełen złych przeczuć, których nie potrafił do końca wyjaśnić. Może chodziło o to, że ten dzień zdawał się jakimś jednym wielkim nieszczęściem…? Normalnie nie byłby miły dla Cressidy, ale prawdopodobnie trochę bardziej panowałby nad językiem, przynajmniej do chwili, gdy zaczęła zrywać z wieszaków warte majątek ubrania…
– Rozumiem – powiedziała tymczasem jego matka, z pewnym zaskoczeniem spoglądając najpierw na Victorię, a potem na sowę w klatce. Wiedziała, że jej syn niezbyt znał się na magicznych zwierzętach i nie spodziewała się, że postanowi kupić sobie sowę. – Rozumiem, że Victoria tu jest, bo pomagała ci ją wybrać?
– Nie, ostatnio się spotykamy – odparł całkiem bezmyślnie, a potem zmarszczył jasne brwi.
– Po przyjacielsku? – upewniła się jego matka, Christopher zaś otworzył odruchowo usta i niemal natychmiast je zamknął, a przynajmniej spróbował, ale…
– Nie? – powiedział, chociaż naprawdę nie miał ochoty prowadzić takiej rozmowy ze swoją matką w takich okolicznościach.
– Christopherze, Victorio, może porozmawiamy przy herbacie…
– O nie – zaprotestował nagle Christopher, bo zaprzeczenie przecież wyrwało się mu jakieś samo, i nagle dotarło do niego, że naprawdę zrobił się nie tyleż nadmiernie szczery, ile wręcz brutalny w tejże szczerości i dosadności odpowiedzi. I że to było jakieś dziwne, wręcz podejrzane/ – O nie, mamo, nie będę teraz z tobą rozmawiał. Coś jest nie tak. Ja za dużo mówię.
– Annie, przeproś potem klientkę z przymierzalni i zaoferuj jej rabat – rzucił cicho Christopher do pracownicy, starannie rozwieszając koralikową suknię z powrotem na wieszaku. Skrzywił się za to okropnie, gdy – prawdopodobnie – Penny pokazała mu inne ubranie, zerwane przez Cressidę i z westchnieniem przerzucił je sobie przez ramię. Zostało uszkodzone i nie było mowy, aby mogli zaoferować coś takiego w sklepie, nawet jeżeli uszkodzenie było minimalne. Obrócił się ku Victorii i matki, jakoś pełen złych przeczuć, których nie potrafił do końca wyjaśnić. Może chodziło o to, że ten dzień zdawał się jakimś jednym wielkim nieszczęściem…? Normalnie nie byłby miły dla Cressidy, ale prawdopodobnie trochę bardziej panowałby nad językiem, przynajmniej do chwili, gdy zaczęła zrywać z wieszaków warte majątek ubrania…
– Rozumiem – powiedziała tymczasem jego matka, z pewnym zaskoczeniem spoglądając najpierw na Victorię, a potem na sowę w klatce. Wiedziała, że jej syn niezbyt znał się na magicznych zwierzętach i nie spodziewała się, że postanowi kupić sobie sowę. – Rozumiem, że Victoria tu jest, bo pomagała ci ją wybrać?
– Nie, ostatnio się spotykamy – odparł całkiem bezmyślnie, a potem zmarszczył jasne brwi.
– Po przyjacielsku? – upewniła się jego matka, Christopher zaś otworzył odruchowo usta i niemal natychmiast je zamknął, a przynajmniej spróbował, ale…
– Nie? – powiedział, chociaż naprawdę nie miał ochoty prowadzić takiej rozmowy ze swoją matką w takich okolicznościach.
– Christopherze, Victorio, może porozmawiamy przy herbacie…
– O nie – zaprotestował nagle Christopher, bo zaprzeczenie przecież wyrwało się mu jakieś samo, i nagle dotarło do niego, że naprawdę zrobił się nie tyleż nadmiernie szczery, ile wręcz brutalny w tejże szczerości i dosadności odpowiedzi. I że to było jakieś dziwne, wręcz podejrzane/ – O nie, mamo, nie będę teraz z tobą rozmawiał. Coś jest nie tak. Ja za dużo mówię.