01.04.2026, 22:15 ✶
— Okazanie psychicznego wsparcia nie wymaga rzucania zaklęć — zauważył Sebastian. Ewidentnie nie potrafił pozwolić na to, aby to Brenna miała ostatnie słowo w dyskusji. — Wiem o tym, bo jestem kapłanem.
Przez chwilę otwierał i zamykał raz po raz usta, jakby nie mógł się zdecydować, czy powinien coś jeszcze powiedzieć, aż koniec końców... Zdecydował się na ciszę. Na końcu języka zatańczyło mu kolejne zaproszenie Longbottomówny do kowenu. Tym razem mógłby zaprosić ją i jej znajomych z BUMu pod płaszczykiem zorganizowania warsztatów z zakresu rozwijania kompetencji w obszarze komunikacji wspierającej. Może udałoby mu się nawet namówić jakiegoś wiernego medyka z Lecznicy Dusz? Krótki wykład, kilka zestawów ćwiczeń, a na koniec medytacja z imieniem Matki na ustach... Huh, to mogłoby się nawet udać.
— Cieszę się, że w końcu poszedł po rozum do głowy — mruknął Macmillan, obserwując, jak jego asystenci odsuwają się na bok, aby jeszcze raz wytłumaczyć wszystko po kolei Turpinowi. Może to i dobrze, że doszło do tego spotkania? Bądź co bądź, jeśli chcieli pracować z takimi widziadłami, to musieli wiedzieć, co może się wydarzyć podczas pracy w terenie. — Dzięki niech będą Matce, że Oksford wygląda tak malowniczo o każdej porze roku. Może tamte okolice nie znudzą go zbyt szybko.
Wiele na pewno zależało od tego, jak dogada się z mieszkającymi tam już duchami. O ile w ogóle zamierzał wchodzić z nimi w jakąkolwiek interakcję, biorąc pod uwagę, że nawet na takim odludziu Turpin trzymał się raczej z boku i unikał towarzystwa. Tutaj pewnie zdecydował się na taki ruch ze względu na potencjalną wizytę swojej żony. Gdyby zaczął się pokazywać jakiemuś stałemu bywalcowi, a ten chlapnął madame Turpin, że mąż jednak nie czekał na niej po drugiej stronie Zasłony... Sebastian pokręcił powoli głową. Cóż, może mężczyzna rozkręci się nieco, gdy pod Oksfordem zyska praktycznie kompletną anonimowość.
— Zaraz wrócę — rzucił, zerkając badawczo w stronę Damiena i Alice i ruszając w ich stronę.
Przez to, że pan Turpin nie stawiał zbytnio oporu, parze udało się dość szybko pochwycić go w puzderko transportowe. Sebastian dokonał inspekcji naczynia, upewniając się, że zamknięcie przeprowadzono zgodnie ze ''sztuką'', po czym zdecydował się wysłać Alice do Oksfordu, pozostawiając przy sobie jedynie Damiena. Wolał usunąć stąd - nawet zamkniętego - Turpina przez wywołaniem jego żony.
— No dobrze, to chyba możemy zabrać się za to, co nas tutaj sprowadziło — orzekł, jeszcze raz sprawdzając poprawność wykonania kręgu runicznego przy grobie Turpinów.
Sebastian uklęknął przed kręgiem, a Damien szybko dołączył do niego po jego prawej stronie, a kiedy wszyscy, włącznie z Brenną pilnującą tyłów, byli gotowi, Macmillan ustawił szkatułę z madame Turpin wewnątrz kręgu. Raz... Dwa... Trzy. Na trzy uderzył czubkiem różdżki o wieku, a te rozchyliło się, uwalniając sporych rozmiarów obłok mleczno-białego dymu, który w mig uformował się w postać znanej jej kobiety. No... Prawie. Duchy nie potrafiły zaczerwienić się ze złości, jednak potrafiły okazać swoje niezadowolenie w inny sposób. Na przykład przez modyfikację swojego wyglądu.
Jak do tej pory Turpin ukazywała w takiej samej postaci, jak prezentowała się za życia, jednak teraz... Na pewno można było dostrzec w niej upiora. Rysy twarzy pozostały znajome, lecz wyostrzone, przesadzone: policzki zapadnięte, kości policzkowe nienaturalnie wystające. Oczy wyglądały tak, jakby ktoś zgasił w nich światło; tęczówki wyblakły, a zbyt szerokie źrenice pochłaniały światło, zamiast je odbijać. Wokół twarzy unosiła się delikatna mgiełka, która czasem odsłaniała fragmenty czaszki pod skórą; były to krótkie, niepokojące mignięcia, przez które trudno było stwierdzić, czy to rzeczywistość, czy tylko złudzenie.
Kobieta... Bluzgała. Dużo. Przynajmniej według wyczulonych na podobne epitety uszach Sebastiany. Próbowała zerwać się ze smyczy w trakcie procesu uwiązywania, jednak krąg runiczny okazał się na tyle stabilny, że nie pozwolił jej uciec. Cała procedura zajęła może osiem minut, a cały rytuał podsumowało mignięcie wyrysowanych run jasnym światłem, które równie szybko, jak się pojawiło, tak prędko i zniknęło. Turpin zaś... stała się niewidzialna, znikając im z pola widzenia. Nie znaczyło to jednak, że nie dała o sobie znać: kilka zniczy na sąsiednim grobie pękło z hukiem. I to... To by było na tyle. Najwidoczniej nawet Turpin była już tym wszystkim zmęczona. I chyba tym lepiej dla nich, czyż nie?
Przez chwilę otwierał i zamykał raz po raz usta, jakby nie mógł się zdecydować, czy powinien coś jeszcze powiedzieć, aż koniec końców... Zdecydował się na ciszę. Na końcu języka zatańczyło mu kolejne zaproszenie Longbottomówny do kowenu. Tym razem mógłby zaprosić ją i jej znajomych z BUMu pod płaszczykiem zorganizowania warsztatów z zakresu rozwijania kompetencji w obszarze komunikacji wspierającej. Może udałoby mu się nawet namówić jakiegoś wiernego medyka z Lecznicy Dusz? Krótki wykład, kilka zestawów ćwiczeń, a na koniec medytacja z imieniem Matki na ustach... Huh, to mogłoby się nawet udać.
— Cieszę się, że w końcu poszedł po rozum do głowy — mruknął Macmillan, obserwując, jak jego asystenci odsuwają się na bok, aby jeszcze raz wytłumaczyć wszystko po kolei Turpinowi. Może to i dobrze, że doszło do tego spotkania? Bądź co bądź, jeśli chcieli pracować z takimi widziadłami, to musieli wiedzieć, co może się wydarzyć podczas pracy w terenie. — Dzięki niech będą Matce, że Oksford wygląda tak malowniczo o każdej porze roku. Może tamte okolice nie znudzą go zbyt szybko.
Wiele na pewno zależało od tego, jak dogada się z mieszkającymi tam już duchami. O ile w ogóle zamierzał wchodzić z nimi w jakąkolwiek interakcję, biorąc pod uwagę, że nawet na takim odludziu Turpin trzymał się raczej z boku i unikał towarzystwa. Tutaj pewnie zdecydował się na taki ruch ze względu na potencjalną wizytę swojej żony. Gdyby zaczął się pokazywać jakiemuś stałemu bywalcowi, a ten chlapnął madame Turpin, że mąż jednak nie czekał na niej po drugiej stronie Zasłony... Sebastian pokręcił powoli głową. Cóż, może mężczyzna rozkręci się nieco, gdy pod Oksfordem zyska praktycznie kompletną anonimowość.
— Zaraz wrócę — rzucił, zerkając badawczo w stronę Damiena i Alice i ruszając w ich stronę.
Przez to, że pan Turpin nie stawiał zbytnio oporu, parze udało się dość szybko pochwycić go w puzderko transportowe. Sebastian dokonał inspekcji naczynia, upewniając się, że zamknięcie przeprowadzono zgodnie ze ''sztuką'', po czym zdecydował się wysłać Alice do Oksfordu, pozostawiając przy sobie jedynie Damiena. Wolał usunąć stąd - nawet zamkniętego - Turpina przez wywołaniem jego żony.
— No dobrze, to chyba możemy zabrać się za to, co nas tutaj sprowadziło — orzekł, jeszcze raz sprawdzając poprawność wykonania kręgu runicznego przy grobie Turpinów.
Sebastian uklęknął przed kręgiem, a Damien szybko dołączył do niego po jego prawej stronie, a kiedy wszyscy, włącznie z Brenną pilnującą tyłów, byli gotowi, Macmillan ustawił szkatułę z madame Turpin wewnątrz kręgu. Raz... Dwa... Trzy. Na trzy uderzył czubkiem różdżki o wieku, a te rozchyliło się, uwalniając sporych rozmiarów obłok mleczno-białego dymu, który w mig uformował się w postać znanej jej kobiety. No... Prawie. Duchy nie potrafiły zaczerwienić się ze złości, jednak potrafiły okazać swoje niezadowolenie w inny sposób. Na przykład przez modyfikację swojego wyglądu.
Jak do tej pory Turpin ukazywała w takiej samej postaci, jak prezentowała się za życia, jednak teraz... Na pewno można było dostrzec w niej upiora. Rysy twarzy pozostały znajome, lecz wyostrzone, przesadzone: policzki zapadnięte, kości policzkowe nienaturalnie wystające. Oczy wyglądały tak, jakby ktoś zgasił w nich światło; tęczówki wyblakły, a zbyt szerokie źrenice pochłaniały światło, zamiast je odbijać. Wokół twarzy unosiła się delikatna mgiełka, która czasem odsłaniała fragmenty czaszki pod skórą; były to krótkie, niepokojące mignięcia, przez które trudno było stwierdzić, czy to rzeczywistość, czy tylko złudzenie.
Kobieta... Bluzgała. Dużo. Przynajmniej według wyczulonych na podobne epitety uszach Sebastiany. Próbowała zerwać się ze smyczy w trakcie procesu uwiązywania, jednak krąg runiczny okazał się na tyle stabilny, że nie pozwolił jej uciec. Cała procedura zajęła może osiem minut, a cały rytuał podsumowało mignięcie wyrysowanych run jasnym światłem, które równie szybko, jak się pojawiło, tak prędko i zniknęło. Turpin zaś... stała się niewidzialna, znikając im z pola widzenia. Nie znaczyło to jednak, że nie dała o sobie znać: kilka zniczy na sąsiednim grobie pękło z hukiem. I to... To by było na tyle. Najwidoczniej nawet Turpin była już tym wszystkim zmęczona. I chyba tym lepiej dla nich, czyż nie?
Koniec sesji