Ten dzień ją rozjeżdżał walcem. Znaczy zaczęło się na prawdę zajebiście i wspólna praca układała im się super. A potem, a potem przyszły te słowa, te paskudne słowa.
Potrzebowała jeszcze kilku dni by zrozumieć, że to samo nie przejdzie.
Kilku dni, żeby wypchnąć ją w poszukiwaniu profesjonalnej pomocy (powiedzmy).
Ale nie teraz. Teraz myślała tylko o tym, że nie chce trafić znów do Lecznicy Dusz. Teraz myślała tylko o bieli i czerni, o szarości jej wizji, o cieniach pełzających po zapachu sanitarnego środka czyszczącego podłogę.
Szczęśliwie nie była tam, tylko tutaj, w towarzystwie ludzi, którym ufała i którzy je nie wydadzą.
Jeszcze nim oddech się uspokoił a łzy przestały płynąć, sięgnęła za siebie po rękaw drugiego z mężczyzn i przyciągnęła go zaborczo tak, by utworzyć z nich obu bezpieczny kokon. Ciało przy ciele. Serce przy sercu. Trzymała mocno.
– Jesteście moim ratunkowym kołem. – Wyszeptała w Thomasową koszulkę. Bo nie chodziło o to, że którykolwiek był niewystarczający w tym jaki był.
Chodziło o to, że jej było za dużo i zawsze towarzyszyła jej obawa granicząca z pewnością, że żaden człowiek nie jest w stanie udźwignąć jej na dłuższa metę. Nigdy nie był w stanie.
Ale dwóch ludzi.
Ciepłe objęcie. Splątane ze sobą oddechy strachu i troski przechodzące przecież - w jej postrzeganiu - w spokój. W bezpieczeństwo. W uczucie przed którym uciekała większość życia, widząc w nim tylko własną destrukcję.
Jeśli którykolwiek próbował uciec nie miał szans z żelaznym chwytem jej wychudłych dłoni. Była w tym nader samolubna i - co może najważniejsze w zaistniałej sytuacji - całkiem świadoma w przeciwieństwie do minionej nocy.
Potrzebowała jeszcze kilku dni by zrozumieć, że to samo nie przejdzie.
Kilku dni, żeby wypchnąć ją w poszukiwaniu profesjonalnej pomocy (powiedzmy).
Ale nie teraz. Teraz myślała tylko o tym, że nie chce trafić znów do Lecznicy Dusz. Teraz myślała tylko o bieli i czerni, o szarości jej wizji, o cieniach pełzających po zapachu sanitarnego środka czyszczącego podłogę.
Szczęśliwie nie była tam, tylko tutaj, w towarzystwie ludzi, którym ufała i którzy je nie wydadzą.
Jeszcze nim oddech się uspokoił a łzy przestały płynąć, sięgnęła za siebie po rękaw drugiego z mężczyzn i przyciągnęła go zaborczo tak, by utworzyć z nich obu bezpieczny kokon. Ciało przy ciele. Serce przy sercu. Trzymała mocno.
– Jesteście moim ratunkowym kołem. – Wyszeptała w Thomasową koszulkę. Bo nie chodziło o to, że którykolwiek był niewystarczający w tym jaki był.
Chodziło o to, że jej było za dużo i zawsze towarzyszyła jej obawa granicząca z pewnością, że żaden człowiek nie jest w stanie udźwignąć jej na dłuższa metę. Nigdy nie był w stanie.
Ale dwóch ludzi.
Ciepłe objęcie. Splątane ze sobą oddechy strachu i troski przechodzące przecież - w jej postrzeganiu - w spokój. W bezpieczeństwo. W uczucie przed którym uciekała większość życia, widząc w nim tylko własną destrukcję.
Jeśli którykolwiek próbował uciec nie miał szans z żelaznym chwytem jej wychudłych dłoni. Była w tym nader samolubna i - co może najważniejsze w zaistniałej sytuacji - całkiem świadoma w przeciwieństwie do minionej nocy.