04.04.2026, 01:09 ✶
Znajomy rytuał złożenia jej dłoni w jego dłoń zawsze był mu miły. Mykew pamiętał ręce Larisy sprzed wielu lat, gdy to dopiero je poznawał — nieoszlifowane i niewprawne. Poddawały się jego rękom, gdy prowadził młodą żonę w tajniki swojego fachu. Jego dłoń nad jej dłonią kierująca ją po mentorsku w tym, jak trzymać w ręku nóż i jak osadzać w różdżkach rdzenie. Cieszył oczy tym, jak ona obchodziła się z jego rzemiosłem coraz sprawniej; po dziś dzień lubił obserwować ją przy pracy, dopatrywać się w jej ruchach cieni swojej własnej metody. Lubił podziwiać i czuć dłonie Larisy — były częścią jego dzieła. Jego Larisa, jego angielskie błogosławieństwo. Zawsze trzymał ją blisko przy sobie. Pokonał starego Gaunta, odebrał rodowy skarb, a w zamian za okaleczenie ojca ofiarował Larisie syna. Wziął wszystko, co miał wartościowego ten dom, i zbudował z jego piękną córką własny, na tej obcej sobie ziemi.
— Nie sądzę — odparł zdawkowo pan Gregorovitch, gdy padło pytanie o runę. — Nie farbą. Być może nałożenie innej runy. Spróbuję jeszcze dziś.
Pragnienia tych prób bynajmniej nie miał. Mykew Gregorovitch był człowiekiem czułym na smak porażki i gorzkniejącym pod nim od lat. Ów smak był niemal nieustannie obecny w jego ustach, lecz czy nie taka była dola wizjonera chcącego osiągnąć wielkość nieznaną ludzkości — że setki razy nie uda mu się i setki razy znosić będzie musiał porażki. Nie osładzało to nijak goryczy. Już teraz Gregorovitch potrafił ocenić, że moc runy krążącej po jego suficie jest wielka. Nie chciał być przez nią zwyciężony, lecz tak jak próbował niezłomnie od lat replikować niedosięgnione insygnium, tak nie zamierzał odchodzić i od runy. Mógł spróbować, jeśli miał szansę przynieść Larisie nieco ulgi — osłabić działanie klątwy czy przykryć ją na jakiś czas.
Kotary zaś wisiały w drzwiach zakładu od zawsze i nie było powodu się ich pozbywać, gdy stanowiły dodatkową warstwę oddzielającą państwa od klientów. Gdy wchodził kto i odzywały się przed nim drzwi, Gregorovitchowie dysponowali tym niewielkim buforem zasłony, aby się przygotować na przyjęcie klienta. Czas na dopchnięcie trupa w szafie, pozdrawiam synka.
Mężczyzna, pozornie zajęty rozstawianiem przyniesionej z zaplecza drabiny, spoglądał wciąż czujnie na żonę. Patrzył, na której tkaninie najdłużej zatrzymuje wzrok, którą najwięcej próbuje pod palcami. Ponure oko chętnie rejestrowało te szczegóły, niemal jakby Mykew Gregorovitch kontrolował, czy Larisa wybierze po jego myśli.
Siłą rzeczy dał kobiecie moment względnej prywatności, gdy wspiął się na drabinę. Ściągnął z siebie uprzednio elegancką szatę, aby nie podeptać jej przypadkiem. Pozostał w spodniach i koszuli, której podwinął rękawy. Tak przygotowany przystąpił do zdjęcia poprzednich zasłon, po czym w ciszy majstrował dłuższą chwilę przy karniszu i majstrował tak, dopóki nieszczęsne kotwy nie trzymały się na powrót stabilnie ściany. Uporawszy się ze swoją częścią pracy, zwrócił się z powrotem ku Larisie ze spojrzeniem mówiącym jasno, że oczekuje teraz jej decyzji.
— Nie sądzę — odparł zdawkowo pan Gregorovitch, gdy padło pytanie o runę. — Nie farbą. Być może nałożenie innej runy. Spróbuję jeszcze dziś.
Pragnienia tych prób bynajmniej nie miał. Mykew Gregorovitch był człowiekiem czułym na smak porażki i gorzkniejącym pod nim od lat. Ów smak był niemal nieustannie obecny w jego ustach, lecz czy nie taka była dola wizjonera chcącego osiągnąć wielkość nieznaną ludzkości — że setki razy nie uda mu się i setki razy znosić będzie musiał porażki. Nie osładzało to nijak goryczy. Już teraz Gregorovitch potrafił ocenić, że moc runy krążącej po jego suficie jest wielka. Nie chciał być przez nią zwyciężony, lecz tak jak próbował niezłomnie od lat replikować niedosięgnione insygnium, tak nie zamierzał odchodzić i od runy. Mógł spróbować, jeśli miał szansę przynieść Larisie nieco ulgi — osłabić działanie klątwy czy przykryć ją na jakiś czas.
Kotary zaś wisiały w drzwiach zakładu od zawsze i nie było powodu się ich pozbywać, gdy stanowiły dodatkową warstwę oddzielającą państwa od klientów. Gdy wchodził kto i odzywały się przed nim drzwi, Gregorovitchowie dysponowali tym niewielkim buforem zasłony, aby się przygotować na przyjęcie klienta. Czas na dopchnięcie trupa w szafie, pozdrawiam synka.
Mężczyzna, pozornie zajęty rozstawianiem przyniesionej z zaplecza drabiny, spoglądał wciąż czujnie na żonę. Patrzył, na której tkaninie najdłużej zatrzymuje wzrok, którą najwięcej próbuje pod palcami. Ponure oko chętnie rejestrowało te szczegóły, niemal jakby Mykew Gregorovitch kontrolował, czy Larisa wybierze po jego myśli.
Siłą rzeczy dał kobiecie moment względnej prywatności, gdy wspiął się na drabinę. Ściągnął z siebie uprzednio elegancką szatę, aby nie podeptać jej przypadkiem. Pozostał w spodniach i koszuli, której podwinął rękawy. Tak przygotowany przystąpił do zdjęcia poprzednich zasłon, po czym w ciszy majstrował dłuższą chwilę przy karniszu i majstrował tak, dopóki nieszczęsne kotwy nie trzymały się na powrót stabilnie ściany. Uporawszy się ze swoją częścią pracy, zwrócił się z powrotem ku Larisie ze spojrzeniem mówiącym jasno, że oczekuje teraz jej decyzji.