Mało kiedy się zdarzało, że ktoś wzywał go za pomocą mrocznego znaku, a jeśli już to był to Czarny Pan. Tym razem magia prowadziła gdzie indziej. Nie do Kromlechu i teatru, którym otaczał się Mistrz. Nie. Tym razem miał pojawić się w Dolinie Godryka.
Jeszcze parę dni temu jedli z Helloise obiad w rodzinnej posiadłości osadzonej między górskimi szczytami Snowdonii. Jeszcze niedawno słuchali smoczego śpiewu niesionego wiatrem, który podrywały uderzenia ich skrzydeł. Jutro natomiast mieli znów zagłębić się w znajome szlaki, żeby szukać między nimi gniazd niewielkich stworzonek, ale też zrodzonych z ognia. Może dlatego nie spodziewał się zobaczyć jej dzisiaj.
Patrzył na nią niebieskimi ślepiami, które przecinały pionowe źrenice. Patrzył i zastanawiał się, co takiego zrobiła, że musiał się tutaj zjawić. Prosił ją, a przynajmniej tak mu się wydawało, żeby była grzeczna, bo przecież nie chciał by zwracała na siebie zbyt dużą uwagę. Była dla niego zwyczajnie zbyt cenna, by oddać ją w całości ludziom z którymi przywdziewał maski i czarne szaty. Oni nie rozumieli jej tak jak on. Nie szanowali jej też równie mocno, bo wbrew swojej szorstkiej naturze, Leviathan przecież to robił. Teraz, na jej widok i brzmienie swojego pseudonimu, wywracał mu się żołądek. Mięśnie tężały i coś rozogniało się wewnątrz, bo przecież chodziło o to, żeby podobnych sytuacji uniknąć.
- Palimy ich do gołej ziemi - mruknął, ale bez większego przekonania. Była to prawda, bo przecież chwasty należało wyrywać, ale nie był do końca pewien, dlaczego w sumie to on musiał udzielać tych odpowiedzi. Lestrange się wstydził? Nie umiał ubrać tego w ładne słowa? A może w jakiś pokrętny sposób próbował pokazać, że miał pod sobą kogoś, kto zrobiłby to za niego? W ostatnim przypadku Rowle miał wrażenie, że niekoniecznie mogło to na publikę zadziałać.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast