Być może nie była klątwołamaczem, natomiast była to dziedzina, która bardzo mocno opierała się o tą, którą posługiwała się na co dzień i którą miała wystudiowaną bardzo mocno – nie tylko teoretycznie, ale również praktycznie, więc to i owo wiedziała. Potrafiła rozpoznawać niektóre, zwłaszcza prostsze, klątwy, w tym choćby tę, jaką poltergeist z Pokątnej (albo Magicznych Dzielnic…) rzucał na ludzi, zmieniając ich ciała. Na mruknięcie i niezadowolenie Chrisa uśmiechnęła się więc, bo może to był i dobry pomysł: zaadresować w końcu problem jaki mieli z poltergeistem… z drugiej strony myślała, że złapanie go może nie być takie proste, bo chyba nikt nie wiedział, gdzie on do końca się krył, a jeśli miał dla siebie całe podwórko jakim były Magiczne Dzielnice, to ooo matko… Brzmiało jak ból głowy i jeden egzorcysta to mogłoby być za mało.
– Naprawdę nie jestem o to zła i niezależnie jak zareagowałeś, jest tylko jedna osoba, która powinna mnie przepraszać, a oboje wiemy, że to nie nastąpi – może i mógł zareagować spokojniej, ale przecież to nie leżało w jego naturze: ten spokój, więc Lestrange nawet tego nie oczekiwała. – Nie wiem nawet czy gdybym ja była na twoim miejscu, to czy byłabym super spokojna w tamtej chwili – a ona z kolei zdecydowanie należała właśnie do tej kategorii ludzi: u których emocje nie wybuchały jasnym żarem… zazwyczaj. Bo potrafiła się zdenerwować, tak jak potrafiła czuć wszechogarniającą radość. – Hmm, to dobrze, może w końcu będziesz mieć od niej spokój – trzeba mieć tupet, by nadal próbować, tak jak to robiła Cressida. Bo że chodziło o jakąs formę zemsty, to wydawało się jasne… Na zasadzie „jeśli ja cię nie mam, to nikt nie będzie miał”, co jednak wpadało w pewne barwy szaleństwa.
Nie wątpiła, że Chris poradzi sobie z Analise; ostatecznie znał ją całe życie i do tej pory sobie jakoś radził, a jakoś wątpiła, by to był pierwszy przypadek, w którym matka miała do niego pytania o dziewczyny, czy kobiety, z którymi był widywany. Prawdę mówiąc, to zdziwiłaby się bardzo, gdyby to było pierwszy raz. Kiwnęła więc do niego głową i lekko się uśmiechnęła, nie ciągnąc ani żartu, ani rozmowy o matce, bo wszystko już wiedziała.
– Obserwowałam ją bardzo uważnie, wiesz… Jak na moje, to ona się nie spodziewała twojej reakcji. Wydaje mi się, że myślała, że po prostu napsuje ci krwi, a nie że i ty ją wyprowadzisz z równowagi – nie chciała mówić, że oboje wyciągali swoje najgorsze cechy, to nie był odpowiedni moment na tego typu stwierdzenie, więc zachowała tę obserwację dla siebie. – Ale to prawda, że niezła z niej aktorka. Marnuje się w tym malarstwie, czy co ona tam robi – mało to zresztą Victorię obchodziło. Do tej pory Cressida Avery była jej tak bardzo obojętna, jak zeszłoroczny śnieg. A później nastąpiło… stwierdzenie. Wyznanie. Zupełnie inaczej było to usłyszeć pośród krzyków i kłótni, a inaczej, gdy siedzieli naprzeciwko siebie i najwyraźniej Christopher stracił cierpliwość przy tej wymianie zdań i po prostu przeszedł do sedna. Fakt, któreś słowa Cressidy zasiały w niej ziarno wątpliwości, ale ono nie padło na podatny grunt i teraz miast kiełkować – po prostu sobie tak leżało i czekało aż rozdziobie go jakiś ptak. – A ja, gdybym nie chciała, to nigdzie bym z tobą nie wyszła – odparła po chwili ciszy, w której zastanawiała się, jak ten temat w ogóle ugryźć. – Nie mam powodu ci nie wierzyć – dodała do tego, żeby mieli tutaj jasność. – Ale nie boisz się, że spławię cię tak jak resztę? – Lestrange piła do słów, jakie rzuciła przy nich Cressida, do plotki, jaką sama słyszała na balu swojej rodziny, ale skoro słyszała ją ona… i Cressida… to całkiem możliwe, że usłyszał to również Chris. Było w tym jeszcze coś o tym, że jest strasznie wybredna i skończy z dwudziestoma kotami, ale koty już miała…