05.04.2026, 10:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2026, 10:45 przez Alexander Mulciber.)
A co dobrego było niby w litości? Bezwzględność, oto była cecha godna podziwu. Rację mieli starożytni, którzy woleli zginąć, aniżeli dopuścić się hańby. Dobić cierpiącego było aktem miłosierdzia, aktem łaski. W śmierci można było odnaleźć godność, uważał Alexander. Nie znajdywał jej natomiast zbyt wiele w zmartwychwstaniu. A jednak okazał litość swojemu bratu. Nie dobił go, skazując go w zamian na niewyobrażalne wręcz katusze życia w zawieszeniu. Nie było to okrutnym? Patrzeć jak powoli więdnie ciało brata, będące mu więzieniem. Patrzeć jak się męczy w otoczeniu magicznej aparatury, uwiązany do szpitalnego łóżka. Nie zasłużył jeszcze na wybawienie śmierci, stwierdził, świadomie przedłużając jego agonię. Jego litość wobec Donalda była okrucieństwem zamierzonym, ale co z litością pozbawioną wyrachowania? Ta była jeszcze gorsza. Bo przecież okazał litość Lorien. Myślał, że wybiera właściwie, odsuwając ją od rodziny, której częścią zawsze chciała być. Powinien wziąć ją dla siebie, dawno, dawno temu. Wybrać wątły puls jej miłości, zmusić, żeby jej serce biło dla niego, nie dla Donalda, a potem... Nie, nie chciał do tego wracać. Nie chciał przecież, żeby była nieszczęśliwa, chociaż przyczynił się do tego wieloma decyzjami, jakie podjął. Być może próba oszczędzenia jej bólu nie zawsze oznaczała wyzwolenie od niego. Niewystarczająco był więc bezwzględnym, choć myślał, że postępuje litościwie. Tak jak wtedy, gdy okazał litość Ambrosii. Nie dzielił się z nią prawdą na temat okrucieństw, jakich się dopuszczał, wierząc, że zdoła ją od nich uchronić. Śmierciożerców odnalazła na własną rękę. A on wyszedł na większego głupca niż ona na hipokrytkę, gdy zdał sobie sprawę, że wszystko, co dla niej robił, nie miało dla kobiety absolutnie żadnego znaczenia. Nieważne, że traktował ją z czułością. Byłoby lepiej, gdyby był wobec niej okrutnym jak Louvain. Nie sądził jednak, żeby zdołała znieść jego okrucieństwo, skoro szczyt okrucieństwa Louvaina Lestrange'a był dla niej tym samym, co ochłap litości Alexandra Mulcibera. Jeżeli więc jego litość była okrucieństwem, to czym było jego okrucieństwo? Jeżeli jego łagodność raniła równie głęboko, co cudza brutalność, to czym było okrucieństwo, którego nigdy naprawdę jej nie pokazał?
Gdy spojrzał na wykrzywioną szczerym przestrachem twarz kobiety obok, zrozumiał, że musi być czymś przerażającym.
Czymś absolutnie potwornym.
Wyjątkowo nie spodziewał się wymierzonego mu policzka. Nie uchylił się przed nim, nie poruszył się nawet, pozwalając, aby głowa odskoczyła mu pod impetem ciosu. Wysunęła się z jego rąk jak sen, którego nie był w stanie pochwycić, a jednak należała do jawy. Do jawy należała biała suknia uwalona piachem. Należały do niej również łzy, którymi się zalała, i drżące usta, zimne, zasiniałe. Mógł tylko wyobrażać sobie, jak musi teraz wyglądać. Nie miał jednak siły szukać swojego odbicia na dnie jej oczu. Odbierał tylko ją, wlewała mu się jak woda do płuc, intensywna jak żywioł, który nie był winny temu, że chciał odejść w jego objęciach. A jednak woda go wypluła. Alexander czuł jedynie obrzydzenie wobec samego siebie, ale i to wrażenie zdawało się jak gdyby przytępiałym, gdy kobieta wyszarpnęła się spod jego dłoni. Nie był w stanie rozpoznać jej intencji. Czuł jednak jej strach. Czuł jej żal. Nie spodziewał się, że wciąż będzie miała w sobie żal. Nie rozumiał tego. Być może był zbyt zmęczony, żeby rozumieć. Nawet jeżeli wierzył w to, że nie walczył o oddech, zanim odpłynął. Jeżeli walczył, przeciwstawiając się wodzie, wymusiło to na nim własne jego ciało, zdradziecka fizjologia, odruch, którego nie potrafił wygasić. Odruch, który wciąż kazał mu żyć. Wtedy, we Francji, gdy sądził, że mógłby się tego odruchu wyzbyć, wybrał utonięcie dlatego, że wymagało odwagi. Samobójstwo było aktem tchórzostwa, za który należało zapłacić bólem. Ocalić honor, okupiwszy go ofiarą. Ludzie wybierali szybką śmierć, niewymagającą finezji. Bezbolesną, pozbawioną żalu. Mężczyźni wieszali się albo wsadzali sobie różdżki w gardła, dławiąc się swoim ostatnim zaklęciem, mającym rozsadzić czaszkę. Kobiety piły truciznę albo otwierały sobie żyły. To było zbyt łatwe. W wodzie czułeś, że umierasz. W wodzie mogłeś zacząć żałować. A żal był jeszcze gorszy niż ból. Alexander całe życie uchylał się od konsekwencji swych działań, więc przynajmniej w ostatnim akcie swego tchórzostwa zamierzał godność zachować. Śmierć była decyzją, którą należało podjąć w pełni świadomie.
Alexander zdążył jedynie stęknąć głośno, zanim przygniotło go potężne cielsko zwierzęcia. Nie próbował walczyć, chociaż wciąż miał swoją różdżkę na podorędziu. Pozwolił, aby pies przycisnął go do ziemi. Słyszał warkot dobywający się z gardzieli nowofundlandczyka, widział zębiska obnażone tuż nad swoją twarzą. Skrzywdzenie go wydawało się jednak Alexandrowi czymś niewyobrażalnym, nawet jeżeli jawiło się przez chwilę jako konieczność. Z ciężkimi łapami opartymi na żebrach nie mógł bowiem zaczerpnąć powietrza. Wystarczyło słowo, żeby pies rozszarpał mu gardło. Nawet wtedy by go jednak nie winił. Alexander zaczął znowu odpływać, w końcu jednak ciężar na piersi zelżał, a potem całkowicie ustąpił. Rzężąc, obrócił się na bok, wykaszlując powietrze, którego zaczerpnął zbyt łapczywie. W końcu jakoś zdołał usiąść. Barki jego wznosiły się i opadały. Oddech zatracił swój naturalny rytm, klatka piersiowa pracowała nierówno. Najpierw gwałtowny wdech, potem kilka krótkich, pourywanych wydechów. Kaszel. Znów odetchnął zbyt głęboko. Zbyt chciwie.
– Dobry pies – stęknął, przyciskając ręką żebra.
Oddychanie bolało.
Siedzieli tak dłuższą chwilę. A może tylko Alexandrowi wydawało się, że upłynęło dużo czasu. Odliczał go oddechami, ale gdy bolało szybko tracił rachubę, zaczynał więc od nowa. Myślał, że kobieta odejdzie i zostawi go samemu sobie, ale wciąż trwała obok.
– Nie chciałem cię skrzywdzić. Myślałem... – Urywane słowa, które nie miały znaczenia. W końcu widział jej strach, czuł napięcie jej ciała, gdy wreszcie go odepchnęła, panikę, gdy zalała się łzami. Zawsze umiał przecież sprawić, by ludzie się go bali.
– Nie znikaj. Proszę. – Nic ci nie zrobię, chciał jej powiedzieć. Zamiast tego odłożył na bok różdżkę, żeby się nie bała. Powiódł przekrwionym spojrzeniem ku kobiecie i z powrotem, jak gdyby oceniał dzielącą ich odległość. A potem potoczył różdżkę w jej stronę, patrząc na ślad, jaki zostawia na mokrym piasku. Być może nie wydawało się to zbyt mądrym, Alexander rozumiał jednak, że uratowała mu właśnie życie... Mimo że nie próbował się zabić. A może jednak próbował, zastanowił się. Nie było to jednak ważne. Odruchowo pochylił się do przodu, opierając się rękoma o ziemię. Oddychało mu się tak nieco łatwiej. Pokręcił głową na wyciągnięte w jego stronę zielsko, z wzrokiem wciąż wbitym w ziemię. Nie przeszkadzały mu rany na dłoniach. Wolał skupić się na pieczeniu, niż na bólu, jaki czuł oddychając. Oddychał już nieco wolniej, ale wciąż płytko, nie chcąc sprowokować kolejnego napadu kaszlu.
Podjął jednak decyzję.
– Powiedz, jak masz na imię.
Gdy spojrzał na wykrzywioną szczerym przestrachem twarz kobiety obok, zrozumiał, że musi być czymś przerażającym.
Czymś absolutnie potwornym.
Wyjątkowo nie spodziewał się wymierzonego mu policzka. Nie uchylił się przed nim, nie poruszył się nawet, pozwalając, aby głowa odskoczyła mu pod impetem ciosu. Wysunęła się z jego rąk jak sen, którego nie był w stanie pochwycić, a jednak należała do jawy. Do jawy należała biała suknia uwalona piachem. Należały do niej również łzy, którymi się zalała, i drżące usta, zimne, zasiniałe. Mógł tylko wyobrażać sobie, jak musi teraz wyglądać. Nie miał jednak siły szukać swojego odbicia na dnie jej oczu. Odbierał tylko ją, wlewała mu się jak woda do płuc, intensywna jak żywioł, który nie był winny temu, że chciał odejść w jego objęciach. A jednak woda go wypluła. Alexander czuł jedynie obrzydzenie wobec samego siebie, ale i to wrażenie zdawało się jak gdyby przytępiałym, gdy kobieta wyszarpnęła się spod jego dłoni. Nie był w stanie rozpoznać jej intencji. Czuł jednak jej strach. Czuł jej żal. Nie spodziewał się, że wciąż będzie miała w sobie żal. Nie rozumiał tego. Być może był zbyt zmęczony, żeby rozumieć. Nawet jeżeli wierzył w to, że nie walczył o oddech, zanim odpłynął. Jeżeli walczył, przeciwstawiając się wodzie, wymusiło to na nim własne jego ciało, zdradziecka fizjologia, odruch, którego nie potrafił wygasić. Odruch, który wciąż kazał mu żyć. Wtedy, we Francji, gdy sądził, że mógłby się tego odruchu wyzbyć, wybrał utonięcie dlatego, że wymagało odwagi. Samobójstwo było aktem tchórzostwa, za który należało zapłacić bólem. Ocalić honor, okupiwszy go ofiarą. Ludzie wybierali szybką śmierć, niewymagającą finezji. Bezbolesną, pozbawioną żalu. Mężczyźni wieszali się albo wsadzali sobie różdżki w gardła, dławiąc się swoim ostatnim zaklęciem, mającym rozsadzić czaszkę. Kobiety piły truciznę albo otwierały sobie żyły. To było zbyt łatwe. W wodzie czułeś, że umierasz. W wodzie mogłeś zacząć żałować. A żal był jeszcze gorszy niż ból. Alexander całe życie uchylał się od konsekwencji swych działań, więc przynajmniej w ostatnim akcie swego tchórzostwa zamierzał godność zachować. Śmierć była decyzją, którą należało podjąć w pełni świadomie.
Alexander zdążył jedynie stęknąć głośno, zanim przygniotło go potężne cielsko zwierzęcia. Nie próbował walczyć, chociaż wciąż miał swoją różdżkę na podorędziu. Pozwolił, aby pies przycisnął go do ziemi. Słyszał warkot dobywający się z gardzieli nowofundlandczyka, widział zębiska obnażone tuż nad swoją twarzą. Skrzywdzenie go wydawało się jednak Alexandrowi czymś niewyobrażalnym, nawet jeżeli jawiło się przez chwilę jako konieczność. Z ciężkimi łapami opartymi na żebrach nie mógł bowiem zaczerpnąć powietrza. Wystarczyło słowo, żeby pies rozszarpał mu gardło. Nawet wtedy by go jednak nie winił. Alexander zaczął znowu odpływać, w końcu jednak ciężar na piersi zelżał, a potem całkowicie ustąpił. Rzężąc, obrócił się na bok, wykaszlując powietrze, którego zaczerpnął zbyt łapczywie. W końcu jakoś zdołał usiąść. Barki jego wznosiły się i opadały. Oddech zatracił swój naturalny rytm, klatka piersiowa pracowała nierówno. Najpierw gwałtowny wdech, potem kilka krótkich, pourywanych wydechów. Kaszel. Znów odetchnął zbyt głęboko. Zbyt chciwie.
– Dobry pies – stęknął, przyciskając ręką żebra.
Oddychanie bolało.
Siedzieli tak dłuższą chwilę. A może tylko Alexandrowi wydawało się, że upłynęło dużo czasu. Odliczał go oddechami, ale gdy bolało szybko tracił rachubę, zaczynał więc od nowa. Myślał, że kobieta odejdzie i zostawi go samemu sobie, ale wciąż trwała obok.
– Nie chciałem cię skrzywdzić. Myślałem... – Urywane słowa, które nie miały znaczenia. W końcu widział jej strach, czuł napięcie jej ciała, gdy wreszcie go odepchnęła, panikę, gdy zalała się łzami. Zawsze umiał przecież sprawić, by ludzie się go bali.
– Nie znikaj. Proszę. – Nic ci nie zrobię, chciał jej powiedzieć. Zamiast tego odłożył na bok różdżkę, żeby się nie bała. Powiódł przekrwionym spojrzeniem ku kobiecie i z powrotem, jak gdyby oceniał dzielącą ich odległość. A potem potoczył różdżkę w jej stronę, patrząc na ślad, jaki zostawia na mokrym piasku. Być może nie wydawało się to zbyt mądrym, Alexander rozumiał jednak, że uratowała mu właśnie życie... Mimo że nie próbował się zabić. A może jednak próbował, zastanowił się. Nie było to jednak ważne. Odruchowo pochylił się do przodu, opierając się rękoma o ziemię. Oddychało mu się tak nieco łatwiej. Pokręcił głową na wyciągnięte w jego stronę zielsko, z wzrokiem wciąż wbitym w ziemię. Nie przeszkadzały mu rany na dłoniach. Wolał skupić się na pieczeniu, niż na bólu, jaki czuł oddychając. Oddychał już nieco wolniej, ale wciąż płytko, nie chcąc sprowokować kolejnego napadu kaszlu.
Podjął jednak decyzję.
– Powiedz, jak masz na imię.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat