05.04.2026, 16:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.04.2026, 16:33 przez Alexander Mulciber.)
Umazała go ziemią. Odchylił głowę do tyłu, gdy rękoma przesunęła wzdłuż jego barków, odcisnąwszy czarne ślady swych dłoni na białej koszuli. Alexander poruszył ramionami, pozbywając się powoli tkwiącego w nich napięcia. Niemal uśmiechnął się, czując jak kurczowo zacisnęła na nim swe palce Helloise. Nie protestował, pozwalając jej snuć swą opowieść, podczas gdy sam siedział rozparty w krześle, które kazała mu odstawić na środek chaty. Odeszli od stołu po tym jak już zjadł postawioną przed nim potrawkę z elfa. Ufała mu na tyle, aby podzielić się z nim swymi tajemnicami. Pomóc mu słyszeć, tak jak on pomagał jej patrzeć. Wspólnie przyglądali się otwartym na leśną ścieżynę drzwiom. Wspólnie przysłuchiwali się głuchemu stukotowi chaty, która odpowiedziała na wezwanie. Las mówił ze sobą w ziemi, a Alexander pomazany był ziemią.
Nie musiał odpowiadać. Wystarczyło, że oparł głowę o jej głowę, zaplótłszy palce w skołtunionych włosach kobiety. Wiedziała, że spełni jej prośbę.
– Nie jesteś duchem, Helloise – powiedział. Mogę cię dotknąć. Zrobił to, zamiast wyrzec słowa na głos. Obrócił się na krześle, pożądliwie przyciągając ją do siebie ramieniem, gdy osunęła się niżej. Pocałował ją, nagle pełen zaciętości, której ona się wyzbyła. Zrobił to krótko, ale dobitnie. Nie chciał innych duchów. Nie chciał, żeby stała się jednym z Widm. – Nie wychodź znowu zbyt daleko – wyszeptał. Trącił ją lekko nosem, gdy zderzyła się z nim, słaniając się na nogach niby w wieszczym transie. Wpadła w jego ramiona, słodka i omdlewająca jak opita krwią pajęczyca. Wydawało się to dziwnie właściwym. Posadził ją na tym samym krześle, na którym siedział wcześniej, przytrzymując ją delikatnie, aby nie uderzyła o oparcie głową opadającą pod ciężarem snów wonących mchem i paprocią. Snów wonących laudanum. A może tak po prostu nim.
Na odchodnym zastukał trzy razy we framugę drzwi. Stuk. Stuk. Stuk. Zabrał płaszcz z płotu. Gdy narzucał go na siebie, czuł dłonie Helloise na swych ramionach.
Nie musiał odpowiadać. Wystarczyło, że oparł głowę o jej głowę, zaplótłszy palce w skołtunionych włosach kobiety. Wiedziała, że spełni jej prośbę.
– Nie jesteś duchem, Helloise – powiedział. Mogę cię dotknąć. Zrobił to, zamiast wyrzec słowa na głos. Obrócił się na krześle, pożądliwie przyciągając ją do siebie ramieniem, gdy osunęła się niżej. Pocałował ją, nagle pełen zaciętości, której ona się wyzbyła. Zrobił to krótko, ale dobitnie. Nie chciał innych duchów. Nie chciał, żeby stała się jednym z Widm. – Nie wychodź znowu zbyt daleko – wyszeptał. Trącił ją lekko nosem, gdy zderzyła się z nim, słaniając się na nogach niby w wieszczym transie. Wpadła w jego ramiona, słodka i omdlewająca jak opita krwią pajęczyca. Wydawało się to dziwnie właściwym. Posadził ją na tym samym krześle, na którym siedział wcześniej, przytrzymując ją delikatnie, aby nie uderzyła o oparcie głową opadającą pod ciężarem snów wonących mchem i paprocią. Snów wonących laudanum. A może tak po prostu nim.
Na odchodnym zastukał trzy razy we framugę drzwi. Stuk. Stuk. Stuk. Zabrał płaszcz z płotu. Gdy narzucał go na siebie, czuł dłonie Helloise na swych ramionach.
Koniec sesji
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat