05.04.2026, 21:34 ✶
Alexander Mulciber poczuł coś na kształt irytacji, gdy zrozumiał, że widok na las przesłania mu iluzja. Coś na kształt gniewu. Chciał spojrzeć na drzewa, w których zamknięte były dusze, a nie mógł nawet skupić na nich wzroku. Chciał posłuchać, jak mówią, choć mówiły obcym językiem. Las mówi ze sobą w ziemi, mówiła Helloise, gdy odwiedził ją dzisiejszego ranka. W ziemi grzyby noszą między drzewa wieści. O chorobie. O suszy. O niebezpieczeństwie.
A jednak las milczał.
Alexander czuł obok siebie równie milczącą, widmową obecność eksterioryzującej Helloise, która odprowadziła go pod Knieję. Nie zbliżaj się do skraju, mruknął tylko, pożegnawszy się z nią na dobre. Nie odwrócił się za siebie. Skupił się na ścieżce.
Z Morpheusem przywitał się skinieniem głowy. Z Fredericką również, choć wątpił, żeby dostrzegła gest. Gdy się odezwał, głos jego był monotonny, jak zawsze pozbawiony właściwej intonacji, przez co Alexander brzmiał jak gdyby był znudzony. Było w tym coś irytującego. Było w tym też coś kojącego. W jego niewzruszonym spokoju. W wiecznej obojętności.
– Pomagałaś wytyczyć ich kształt? – zapytał, gdy Frederica napomknęła o zaklęciach obszarowych, nałożonych na Knieję z ramienia Biura Aurorów. Nie ufał jego przedstawicielom. Widać to było po nim. Alexander niespecjalnie lubił współpracować ze wścibskimi funkcjonariuszami prawa. Wierzył jednak w trafność przewidywań Niewymownej, która swym darem profecji wspomagała Departament Tajemnic. Ekspertyzy jasnowidzów traktował poważnie. Aurorom natomiast nie zależało na nauce, lecz na jej osiągach. Nie byli badaczami, a w prowadzonych badaniach wręcz przeszkadzali, co Alexander przyjmował z pogardą właściwą dla naukowca, który wolał mnożyć pytania, niż szukać konkretnych odpowiedzi. – Dlaczego wybrali taką, a nie inną ścieżkę?
Wiele ścieżek wiodło przecież przez las. Co czyniło tą bezpieczniejszą od innych? Być może była to kwestia wygody, a może kryło się za tym coś więcej. Coś w zachowaniu Widm, co sprawiło, że podążały konkretnymi szlakami.
Ubrany był dokładnie tak jak zawsze, w czerń i biel. Nudna, pozbawiona ozdobników czarna szata przypominająca garnitur. Elegancka biała koszula pod spodem, choć spod płaszcza wyglądał tylko zaprasowany kołnierzyk. Nie widać było śladów ziemi, jakie zostawiła na jego ramionach Helloise, która pomazała go czarnoziemem jak świętym olejem. Alexander był człowiekiem przesądnym, wierzył więc w udzielone mu błogosławieństwo. Potrzebował go, nie miał bowiem na palcach swych charakterystycznych, złotych pierścieni, będących atrybutami jasnowidza. Jedynie rodowy sygnet wciąż gościł na jego dłoni. Poza tym jego ubiór nie odbiegał niczym od sposobu, w jaki nosił się na co dzień. Kroje były proste, klasyczne, ale ubrania, jakie miał na sobie, niewątpliwie wyglądały na drogie. Nie pasowały na wyprawę do lasu. Ale pasowały do Alexandra, którego sposób bycia cechowała obrzydliwa nonszalancja kogoś, kto wychował się w bogactwie, więc nie nauczył się nigdy szanować posiadanych rzeczy. Może i były drogie, ale nie miały dla niego żadnej wartości. Tak łatwo dały się przecież zastąpić. Nie bał się przynajmniej upierdolić w trakcie roboty, co było zresztą widać po eleganckich butach z czarnej skóry. Były całe ubłocone. Musiał długo łazić po okolicy, zanim stawił się na umówione miejsce spotkania.
Alexander zjadł porcję potrawki z elfa zanim stawił się na miejsce spotkania. Potrawka sprawia, że postać do końca dnia przestaje odczuwać lęk – niweluje opisy zawad.
A jednak las milczał.
Alexander czuł obok siebie równie milczącą, widmową obecność eksterioryzującej Helloise, która odprowadziła go pod Knieję. Nie zbliżaj się do skraju, mruknął tylko, pożegnawszy się z nią na dobre. Nie odwrócił się za siebie. Skupił się na ścieżce.
Z Morpheusem przywitał się skinieniem głowy. Z Fredericką również, choć wątpił, żeby dostrzegła gest. Gdy się odezwał, głos jego był monotonny, jak zawsze pozbawiony właściwej intonacji, przez co Alexander brzmiał jak gdyby był znudzony. Było w tym coś irytującego. Było w tym też coś kojącego. W jego niewzruszonym spokoju. W wiecznej obojętności.
– Pomagałaś wytyczyć ich kształt? – zapytał, gdy Frederica napomknęła o zaklęciach obszarowych, nałożonych na Knieję z ramienia Biura Aurorów. Nie ufał jego przedstawicielom. Widać to było po nim. Alexander niespecjalnie lubił współpracować ze wścibskimi funkcjonariuszami prawa. Wierzył jednak w trafność przewidywań Niewymownej, która swym darem profecji wspomagała Departament Tajemnic. Ekspertyzy jasnowidzów traktował poważnie. Aurorom natomiast nie zależało na nauce, lecz na jej osiągach. Nie byli badaczami, a w prowadzonych badaniach wręcz przeszkadzali, co Alexander przyjmował z pogardą właściwą dla naukowca, który wolał mnożyć pytania, niż szukać konkretnych odpowiedzi. – Dlaczego wybrali taką, a nie inną ścieżkę?
Wiele ścieżek wiodło przecież przez las. Co czyniło tą bezpieczniejszą od innych? Być może była to kwestia wygody, a może kryło się za tym coś więcej. Coś w zachowaniu Widm, co sprawiło, że podążały konkretnymi szlakami.
Ubrany był dokładnie tak jak zawsze, w czerń i biel. Nudna, pozbawiona ozdobników czarna szata przypominająca garnitur. Elegancka biała koszula pod spodem, choć spod płaszcza wyglądał tylko zaprasowany kołnierzyk. Nie widać było śladów ziemi, jakie zostawiła na jego ramionach Helloise, która pomazała go czarnoziemem jak świętym olejem. Alexander był człowiekiem przesądnym, wierzył więc w udzielone mu błogosławieństwo. Potrzebował go, nie miał bowiem na palcach swych charakterystycznych, złotych pierścieni, będących atrybutami jasnowidza. Jedynie rodowy sygnet wciąż gościł na jego dłoni. Poza tym jego ubiór nie odbiegał niczym od sposobu, w jaki nosił się na co dzień. Kroje były proste, klasyczne, ale ubrania, jakie miał na sobie, niewątpliwie wyglądały na drogie. Nie pasowały na wyprawę do lasu. Ale pasowały do Alexandra, którego sposób bycia cechowała obrzydliwa nonszalancja kogoś, kto wychował się w bogactwie, więc nie nauczył się nigdy szanować posiadanych rzeczy. Może i były drogie, ale nie miały dla niego żadnej wartości. Tak łatwo dały się przecież zastąpić. Nie bał się przynajmniej upierdolić w trakcie roboty, co było zresztą widać po eleganckich butach z czarnej skóry. Były całe ubłocone. Musiał długo łazić po okolicy, zanim stawił się na umówione miejsce spotkania.
Alexander zjadł porcję potrawki z elfa zanim stawił się na miejsce spotkania. Potrawka sprawia, że postać do końca dnia przestaje odczuwać lęk – niweluje opisy zawad.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat