06.04.2026, 22:58 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2026, 23:02 przez Anthony Shafiq.)
– Bogów nie ma – stwierdził rozbawiony Anthony, pochylając się lekko ku kędzierzawemu brunetowi o skórze pociągniętej słońcem. Nieco plebejsko, ale nigdy mu to nie przeszkadzało w żywym ogniu, który był jego przyjacielem, powiernikiem, był jego najdroższą duszą. Dolał mu wino, w winie leżała prawda, a zrobił to tylko po to, by wsłuchać się w roztaczaną opowieść, pełną pasji i energetyki, w której świetle ogrzewał się jak w słońcu.
Egregory. Cudowne bożki, idole, myślowe byty energetyczne. Pasożyty. Istnienia powołane wiarą, wchłaniające wiarę, rosnące w siłę im więcej im więcej...
...im więcej razy powtórzysz jego imię.
– ...przejmuja kontrolę nad zbiorową myślą, kształtują ją nawykami i zabobonami, zakazami i nakazami, które uzależniają ludzkie dusze od ich istnienia. – Tłumaczył mu Morpheus rozłożony na szezlongu pokrytym miękkim ciemnogranatowym lazurem. Anthony rozłożony był podczas całej rozmowy na bliźniaczym meblu, choć otoczenie ich ginęło w mroku wadliwej pamięci. To było czyjeś poddasze, meble były stare, dedykowane zupełnie innym aktywnościom, innym duszom, starszym, choć czy oni - para krukonów - nie byli starzy jak świat, starością przeczytanych woluminów, starością osuszonych butelczyn podkradzionych z rodzinnych winnicznych piwniczek?
– Język kształtuje kulturę, kultura religię, religia język, i tak w koło i w koło i w koło Somnia nie uważasz, że dopinanie do tego twarzy, że antropo...antromorfi...emm... anropomorfikacja, nie czekaj... antropomorficzna personifikacja bóstwa jest lekką, daleko posuniętą... hipotezą bez pokrycia? – śmiał się Anthony będący w idealnej superpozycji alkoholowej w której jednocześnie był i nie był w dobrym stanie upojenia aby prowadzić tego typu rozmowy.
Jego siostra, rodzona siostra Jackie nauczyła go reagować na absolutnie każdą wersję imienia Anthony. Żywą czy umarłą. Antoine, Antón, Antun, Ante, Αντώνης, António, Antônio czy bardziej swojski Antain. Anakoni.
Bezcenny
– W religii, podobnie jak w ekonomii jednostka nie ma aż takiego znaczenia. Moje imię, pańskie imię – umilkł na moment spoglądając na palce obracające niewidzialne złote zgłoski, strzępki wspomnienia pachnącego siarkową leczniczą wody zbudowanej na grobowcu martwej syreny. Włochy. Kolejna fala nostalgii obmyła jego serce. Być może była to kwestia posiadłości, być może rodowej maksymy. Aleksander. Obrońca mężów, jakże adekwatne wtedy do rosłego ochroniarza w czasie pełni zmieniającego się w bestię, jakże dostojne, perfekcyjnie układające się na języku w miękkim wybrzmieniu samogłosek, smoczym "ks" po środku i zdecydowanym końcowym "der", brzmiącym niczym przestroga dla każdego, kto stanie po niewłaściwej stronie. Drugie imię. Nie pierwsze. Cały czas żałował, że nie zapytał wtedy przed sześciu laty, czy mógłby się właśnie tak do niego zwracać.
Tak nieprzystające teraz, gdy spoglądał w twarz dziedzica rodu Mulciber, mężczyzny cieszącego się niezbyt dobrą sławą, sławą czającą się zbyt blisko stołu z alkoholem ze swoimi podejrzanie szerokimi źrenicami. Utracjuszowskie zblazowanie - mogło być tylko maską, za którą się skrywał, ale któż jak Anthony J. Shafiq wiedział lepiej na ile maski potrafiły przylgnąć do twarzy unifikując się z ich właścicielem tak, że nie jest w stanie finalnie odróżnić własnej osobowości od wykreowanej na potrzebę okoliczności persony?
Stracił wątek, lecz złapał go za moment, przekonując, że imiona mają znaczenie, niczym rasowy advocatus diaboli stając po drugiej stronie barykady, by wyciągnąć kwintesensje argumentu, obronę tezy. Rozmowa płynęła i nie byłby wychowankiem wieży kruka, gdyby nie był w stanie sprostać jej merytorycznie, czy choćby retorycznie, ale oczywiście nie byli tutaj sami. Każdorazowo jednak milkł na te perły sekund dłużej, gdy Alexander zwracał się do siedzącej na oparciu fotela drobnej, kruchej wyniszczającą chorobą i katorżniczą pracą kobiety. Milkł patrząc ku nim, smakiem niezjedzonej capunaty.
Poblakłe stare zdjęcie. Biały welon Lorien Johanny Mulciber.
Wino przelało się przez ich gardła, ale nie było w nim prawdy. Anthony pił oszczędnie, podjudzając naukową dysputę, by nie dotykać wrażliwszych sfer, które być może kiedyś będzie chciał eksplorować. Być może nigdy. W końcu też wzniósł ostatni toast tego wieczoru. Za rozwój. Za chwalebną ewolucję, choć bogowie - prawdziwi czy nie - wiedzieli jak trudno echa minionej rozmowy przechodziły mu przez gardło, w niemej akceptacji faktu, że teraz, dwa tygodnie później znajdowali się w absurdalnie odmiennym położeniu, jakby świat runął i ci, którzy rekonstruowali go od nowa zapomnieli pierwotnego szkicu i kilkudziesięciu aneksów poczynionych po drodze.
– Z wielką chęcią mia cara. – z właściwą sobie galanterią podał jej ramię. – Muszę przyznać, że wrzosowiska mają u mnie niebywale silne, co pozytywne skojarzenia. Już kiedy tu się pojawiliśmy, moje serce skradły te wonne fale zlewającego się w jedną myśl kwiecia. – W jego percepcji, zieleń łodyżek była niemal jednym z filetem drobnych kwiatków. Wszystko zlane, nieprzebrane, rysujące bruzdą przemierzający przez nie wiatr. Nie miało to znaczenia, miał świadomość, że te same kwiaty okalają Knieję Godryka, skrywając w swoich przestrzeniach ruiny domostw pierwszych osadników. Magiczne miejsce.
– Alexandrze... – skłonił się na pożegnanie gospodarzowi domu i ruszył już do wyjścia gdy poczuł to.
Tylko na moment spiął ścięgno przy żuchwie odznaczające się na skroni subtelną, acz widoczną irytacją. Zatrzymał się też w miejscu, trzymając mocno dłoń ptaka, któremu z miłości chciał ofiarować zdrowie, co finalnie zostało wyrzucone mu jako brak akceptacji i nienawiści do jej istnienia.
Świadom ingerencji trzeciego oka odwrócił się jeszcze na moment, by skrzyżować spojrzenie z Mulciberem: –... a na wypadek, gdybyśmy się nie zobaczyli potem... dobrego wieczoru i dobrej nocy. – I póki nie wyszli z wiekowych murów, ku ulubionym łanom Lorien, uśmiech nie sięgnął oczu. Potrzebował chwili by ochłonąć i zacząć wypytywać o historię altany i detale architektowniczne, szczególnie urokliwe nawet dla jego niezbyt idealnego oka.
Egregory. Cudowne bożki, idole, myślowe byty energetyczne. Pasożyty. Istnienia powołane wiarą, wchłaniające wiarę, rosnące w siłę im więcej im więcej...
...im więcej razy powtórzysz jego imię.
– ...przejmuja kontrolę nad zbiorową myślą, kształtują ją nawykami i zabobonami, zakazami i nakazami, które uzależniają ludzkie dusze od ich istnienia. – Tłumaczył mu Morpheus rozłożony na szezlongu pokrytym miękkim ciemnogranatowym lazurem. Anthony rozłożony był podczas całej rozmowy na bliźniaczym meblu, choć otoczenie ich ginęło w mroku wadliwej pamięci. To było czyjeś poddasze, meble były stare, dedykowane zupełnie innym aktywnościom, innym duszom, starszym, choć czy oni - para krukonów - nie byli starzy jak świat, starością przeczytanych woluminów, starością osuszonych butelczyn podkradzionych z rodzinnych winnicznych piwniczek?
– Język kształtuje kulturę, kultura religię, religia język, i tak w koło i w koło i w koło Somnia nie uważasz, że dopinanie do tego twarzy, że antropo...antromorfi...emm... anropomorfikacja, nie czekaj... antropomorficzna personifikacja bóstwa jest lekką, daleko posuniętą... hipotezą bez pokrycia? – śmiał się Anthony będący w idealnej superpozycji alkoholowej w której jednocześnie był i nie był w dobrym stanie upojenia aby prowadzić tego typu rozmowy.
Jego siostra, rodzona siostra Jackie nauczyła go reagować na absolutnie każdą wersję imienia Anthony. Żywą czy umarłą. Antoine, Antón, Antun, Ante, Αντώνης, António, Antônio czy bardziej swojski Antain. Anakoni.
Bezcenny
– W religii, podobnie jak w ekonomii jednostka nie ma aż takiego znaczenia. Moje imię, pańskie imię – umilkł na moment spoglądając na palce obracające niewidzialne złote zgłoski, strzępki wspomnienia pachnącego siarkową leczniczą wody zbudowanej na grobowcu martwej syreny. Włochy. Kolejna fala nostalgii obmyła jego serce. Być może była to kwestia posiadłości, być może rodowej maksymy. Aleksander. Obrońca mężów, jakże adekwatne wtedy do rosłego ochroniarza w czasie pełni zmieniającego się w bestię, jakże dostojne, perfekcyjnie układające się na języku w miękkim wybrzmieniu samogłosek, smoczym "ks" po środku i zdecydowanym końcowym "der", brzmiącym niczym przestroga dla każdego, kto stanie po niewłaściwej stronie. Drugie imię. Nie pierwsze. Cały czas żałował, że nie zapytał wtedy przed sześciu laty, czy mógłby się właśnie tak do niego zwracać.
Tak nieprzystające teraz, gdy spoglądał w twarz dziedzica rodu Mulciber, mężczyzny cieszącego się niezbyt dobrą sławą, sławą czającą się zbyt blisko stołu z alkoholem ze swoimi podejrzanie szerokimi źrenicami. Utracjuszowskie zblazowanie - mogło być tylko maską, za którą się skrywał, ale któż jak Anthony J. Shafiq wiedział lepiej na ile maski potrafiły przylgnąć do twarzy unifikując się z ich właścicielem tak, że nie jest w stanie finalnie odróżnić własnej osobowości od wykreowanej na potrzebę okoliczności persony?
Stracił wątek, lecz złapał go za moment, przekonując, że imiona mają znaczenie, niczym rasowy advocatus diaboli stając po drugiej stronie barykady, by wyciągnąć kwintesensje argumentu, obronę tezy. Rozmowa płynęła i nie byłby wychowankiem wieży kruka, gdyby nie był w stanie sprostać jej merytorycznie, czy choćby retorycznie, ale oczywiście nie byli tutaj sami. Każdorazowo jednak milkł na te perły sekund dłużej, gdy Alexander zwracał się do siedzącej na oparciu fotela drobnej, kruchej wyniszczającą chorobą i katorżniczą pracą kobiety. Milkł patrząc ku nim, smakiem niezjedzonej capunaty.
Poblakłe stare zdjęcie. Biały welon Lorien Johanny Mulciber.
Wino przelało się przez ich gardła, ale nie było w nim prawdy. Anthony pił oszczędnie, podjudzając naukową dysputę, by nie dotykać wrażliwszych sfer, które być może kiedyś będzie chciał eksplorować. Być może nigdy. W końcu też wzniósł ostatni toast tego wieczoru. Za rozwój. Za chwalebną ewolucję, choć bogowie - prawdziwi czy nie - wiedzieli jak trudno echa minionej rozmowy przechodziły mu przez gardło, w niemej akceptacji faktu, że teraz, dwa tygodnie później znajdowali się w absurdalnie odmiennym położeniu, jakby świat runął i ci, którzy rekonstruowali go od nowa zapomnieli pierwotnego szkicu i kilkudziesięciu aneksów poczynionych po drodze.
– Z wielką chęcią mia cara. – z właściwą sobie galanterią podał jej ramię. – Muszę przyznać, że wrzosowiska mają u mnie niebywale silne, co pozytywne skojarzenia. Już kiedy tu się pojawiliśmy, moje serce skradły te wonne fale zlewającego się w jedną myśl kwiecia. – W jego percepcji, zieleń łodyżek była niemal jednym z filetem drobnych kwiatków. Wszystko zlane, nieprzebrane, rysujące bruzdą przemierzający przez nie wiatr. Nie miało to znaczenia, miał świadomość, że te same kwiaty okalają Knieję Godryka, skrywając w swoich przestrzeniach ruiny domostw pierwszych osadników. Magiczne miejsce.
– Alexandrze... – skłonił się na pożegnanie gospodarzowi domu i ruszył już do wyjścia gdy poczuł to.
Tylko na moment spiął ścięgno przy żuchwie odznaczające się na skroni subtelną, acz widoczną irytacją. Zatrzymał się też w miejscu, trzymając mocno dłoń ptaka, któremu z miłości chciał ofiarować zdrowie, co finalnie zostało wyrzucone mu jako brak akceptacji i nienawiści do jej istnienia.
Rozproszenie ◉◉◉◉○ na utrzymanie oklumencji
Rzut PO 1d100 - 68
Sukces!
Sukces!
Świadom ingerencji trzeciego oka odwrócił się jeszcze na moment, by skrzyżować spojrzenie z Mulciberem: –... a na wypadek, gdybyśmy się nie zobaczyli potem... dobrego wieczoru i dobrej nocy. – I póki nie wyszli z wiekowych murów, ku ulubionym łanom Lorien, uśmiech nie sięgnął oczu. Potrzebował chwili by ochłonąć i zacząć wypytywać o historię altany i detale architektowniczne, szczególnie urokliwe nawet dla jego niezbyt idealnego oka.