06.04.2026, 23:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2026, 23:40 przez Aaron Andrew Moody.)
Ciężka noc w robocie? Wstrętna, przepełniona ironią zaczepka, prowokująca, żeby wymyśliła usprawiedliwienie dla swego stanu. Być może to nie gniew czuł, gdy stał tam, otoczony przez puste butelki, pojemniczki z farbą, pędzle i inne przybory do malowania. Gniew był jednak lepszym niż bezradność. Bardziej produktywnym. Gdy spadła z kanapy, kopnął więc nogą w stojącą obok ławę, żeby przypadkiem nie wyrżnęła w nią głową.
A może po to, żeby nie miała jak sięgnąć po alkohol.
Zabrzęczały stojące na stoliku butelki, rozdzwoniło się szkło. Miał nadzieję, że ozwały się w jej głowie jak kościelne dzwony, których huk miał według legendy zbudzić pochowanego pod wzgórzami Glostonbury króla Artura. Czy dzwony, zdolne obudzić pogrążoną w śnie armię wojów, zdołałyby wyrwać jego dziecko z tego przeklętego marazmu? Bo Millie wciąż była przecież dzieckiem. Jak mógł w niej nie widzieć dziecka, gdy jedyne, na co było ją stać, to dziecinne odpyskowanie ojcu. Być może powinien być w stosunku do niej mniej pobłażliwym. Kazać jej wziąć się wreszcie w garść. Może wtedy nie byłaby tak słaba. Może wtedy umiałaby o siebie zadbać. Gdyby nie wracał tutaj, próbując kolejny raz naprawić... Nie pęknięcie szerzące się wzdłuż ściany w sypialni, tylko jej życie.
Ale on zawsze za bardzo się o nią bał. Zawsze wracał.
– Wstawaj – rzucił krótką komendą. Jego cierpliwość, gdy chodziło o Millie, miała równie krótki lont.
Mówił przez zęby.
Nie dotarły jeszcze do niego najnowsze wieści od Bonesa. Przyjaźnili się od lat, a ten, znając charakter Moody'ego, dawkował mu starannie doniesienia na temat postępów córki. Dawkował mu rozczarowania, a może po prostu próbował oszczędzić mu wstydu.
Wstyd miał smak wódki.
A może po to, żeby nie miała jak sięgnąć po alkohol.
Zabrzęczały stojące na stoliku butelki, rozdzwoniło się szkło. Miał nadzieję, że ozwały się w jej głowie jak kościelne dzwony, których huk miał według legendy zbudzić pochowanego pod wzgórzami Glostonbury króla Artura. Czy dzwony, zdolne obudzić pogrążoną w śnie armię wojów, zdołałyby wyrwać jego dziecko z tego przeklętego marazmu? Bo Millie wciąż była przecież dzieckiem. Jak mógł w niej nie widzieć dziecka, gdy jedyne, na co było ją stać, to dziecinne odpyskowanie ojcu. Być może powinien być w stosunku do niej mniej pobłażliwym. Kazać jej wziąć się wreszcie w garść. Może wtedy nie byłaby tak słaba. Może wtedy umiałaby o siebie zadbać. Gdyby nie wracał tutaj, próbując kolejny raz naprawić... Nie pęknięcie szerzące się wzdłuż ściany w sypialni, tylko jej życie.
Ale on zawsze za bardzo się o nią bał. Zawsze wracał.
– Wstawaj – rzucił krótką komendą. Jego cierpliwość, gdy chodziło o Millie, miała równie krótki lont.
Mówił przez zęby.
Nie dotarły jeszcze do niego najnowsze wieści od Bonesa. Przyjaźnili się od lat, a ten, znając charakter Moody'ego, dawkował mu starannie doniesienia na temat postępów córki. Dawkował mu rozczarowania, a może po prostu próbował oszczędzić mu wstydu.
Wstyd miał smak wódki.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.