07.04.2026, 13:53 ✶
Być może uderzająca była inteligencja tego kota — to, jak odpowiadał Helloise swoimi kocimi dźwiękami i jak mądrze na nią patrzył — lecz czarownica nie poświęciła temu wiele myśli. Być może gdyby zależało jej na tym, połączyłaby kropki i domyśliła się, że do czynienia ma z animagiem — znała ich przecież wielu i wiedziała, jak działa ta sztuka, czego szukać w zwierzęciu. Po cóż jednak komu nadmierna podejrzliwość tak spokojnego, deszczowego dnia? Niechże się toczy własnym rytmem.
— Tak, tak, chciałabym to zobaczyć, jak sobie radzisz — mruknęła tylko pobłażliwie czarownica, gdy kot ofuknął ją za uwagi o chochliku.
Kot nie pozostał kotem dużo dłużej. Najpierw czarownica zorientowała się, że on jest nią, bardzo ludzką nią, a po chwili rozpoznała Guinevere. Nawet po przemianie i utracie miedzianego futra Ginny nie przestała odznaczać się na tle otoczenia — jej opalona twarz emanowała ciepłem nieprzystającym do angielskiego krajobrazu. Sama Helloise, choć dużo przebywająca na zewnątrz, nie była nadmiernie kolorowa, chyba że liczyć blade zielonkawe tony na twarzy kojarzące się raczej z chorobą.
Jeśli Ginny oczekiwała niezręczności, mogła się rozczarować. Helloise uniosła lekko brwi w zdziwieniu, lecz jej twarz wyrażała przede wszystkim fascynację.
— Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby kontynuować — zaoferowała tajemniczo, choć jej uśmiech zdradzał, że jest to raczej żartobliwa propozycja. — Nie widziałam cię jeszcze z tej strony — westchnęła rozmarzona. — Animagowie, ach.
Czarownica wzięła kosz i przysiadła obok McGonagall.
— Macie problem z chochlikami? — Spojrzała badawczo w podwórze, jakby zaraz zza którego winkla miała wylecieć chmara szkodników. — Ktoś mi opowiadał… — zaczęła powoli, jakby z trudem przychodziło jej się skupić. — Ktoś mi opowiadał, że są takie kraje… zdaje się, że… komuniści. Komuniści robią z chochlików zaprzęgi i całe stada chochlików ciągną komunistom powozy. Wyobrażasz sobie? — Pokręciła głową, jakby nie mogło jej się to w tej głowie pomieścić. — Przyniosłam twoim dziadkom… — zawiesiła rękę nad koszykiem, jakby nie mogła się zdecydować, po co sięgnąć pierwsze — to, o co prosili. I coś małego dla was wszystkich. — Podniosła wzrok na Ginny. — Słyszałam, że źle wam się sypia.
— Tak, tak, chciałabym to zobaczyć, jak sobie radzisz — mruknęła tylko pobłażliwie czarownica, gdy kot ofuknął ją za uwagi o chochliku.
Kot nie pozostał kotem dużo dłużej. Najpierw czarownica zorientowała się, że on jest nią, bardzo ludzką nią, a po chwili rozpoznała Guinevere. Nawet po przemianie i utracie miedzianego futra Ginny nie przestała odznaczać się na tle otoczenia — jej opalona twarz emanowała ciepłem nieprzystającym do angielskiego krajobrazu. Sama Helloise, choć dużo przebywająca na zewnątrz, nie była nadmiernie kolorowa, chyba że liczyć blade zielonkawe tony na twarzy kojarzące się raczej z chorobą.
Jeśli Ginny oczekiwała niezręczności, mogła się rozczarować. Helloise uniosła lekko brwi w zdziwieniu, lecz jej twarz wyrażała przede wszystkim fascynację.
— Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby kontynuować — zaoferowała tajemniczo, choć jej uśmiech zdradzał, że jest to raczej żartobliwa propozycja. — Nie widziałam cię jeszcze z tej strony — westchnęła rozmarzona. — Animagowie, ach.
Czarownica wzięła kosz i przysiadła obok McGonagall.
— Macie problem z chochlikami? — Spojrzała badawczo w podwórze, jakby zaraz zza którego winkla miała wylecieć chmara szkodników. — Ktoś mi opowiadał… — zaczęła powoli, jakby z trudem przychodziło jej się skupić. — Ktoś mi opowiadał, że są takie kraje… zdaje się, że… komuniści. Komuniści robią z chochlików zaprzęgi i całe stada chochlików ciągną komunistom powozy. Wyobrażasz sobie? — Pokręciła głową, jakby nie mogło jej się to w tej głowie pomieścić. — Przyniosłam twoim dziadkom… — zawiesiła rękę nad koszykiem, jakby nie mogła się zdecydować, po co sięgnąć pierwsze — to, o co prosili. I coś małego dla was wszystkich. — Podniosła wzrok na Ginny. — Słyszałam, że źle wam się sypia.
dotknij trawy