– Nie mam innych skojarzeń – nie myślała nad tym długo, po prostu gdy zestawiła w głowie Flinta i Prewetta, to jakoś jasno przyszedł ten punkt wspólny: umiłowanie do wody. U Laurenta wiązało się to z obcowaniem bardzo bezpośrednim, gdy przywdziewał skórę swojej matki i zamieniał się w swoją foczą formę, zaś Dægberht nie wytrzymywał przesadnie długo na lądzie. Woda wzywała. Victoria tego nie rozumiała, ale akceptowała.
– Mogły, trochę by mi wtedy ułatwiły robotę. Ale znając życie zrobiłyby krzywdę komuś kompletnie niewinnemu – Berht nie powiedział niczego nie tak, a zresztą Victoria nawet niewiele się zastanawiała nad odpowiedzią. Nie chodziło nawet o to, że tak powinno się odpowiedzieć, co po tym, co przydarzyło się z jej rodzinnym domem w Dolinie Godryka, Victoria gryzła się w język odrobinę mniej, a już zwłaszcza w towarzystwie, które było jej bliskie. Chyba nikt nie oczekiwał, że aurorka, która podobno stanęła oko-w-oko z Voldemortem w Limbo będzie pałać miłością do zgrupowania, które było bezpośrednim powodem, że ten dom spłonął? – Póki co mam sporo pracy, dużo nadgodzin, to w sumie cud, że trafiłeś tutaj na mnie, a nie na którąś z moich sióstr albo skrzata, bo w większości to siedzę ostatnio w pracy i nie wiem ile to jeszcze potrwa. Spojrzę dzisiaj na grafik i może ci podeślę i jakoś się zmówimy…? Wiem na pewno, że tuż po Mabon jestem wpisana na dużo godzin przez ten ślub – na który się nie wybierała, ale jej znajomi – już tak. Też coś, wymyślać sobie trzydniowe wesele w tak kiepskim momencie.