07.04.2026, 21:07 ✶
Wróciłem do domu zmęczony, ale z tym przyjemnym ciężarem w mięśniach, który zawsze przypominał mi, że jeszcze żyję i że dzień nie poszedł na marne - różnica tkwiła w tym, iż wyczerpanie tego typu zwykle dopadało mnie po robocie, ale tym razem nie było w nim ani krwi, ani przekleństw, ani pośpiechu. Wiedziałem, że ten spacer kosztował mnie więcej, niż byłem skłonny przyznać na głos, ale jednocześnie nie żałowałem ani jednego kroku - rzadko miałem okazję chodzić gdzieś bez punktu końcowego, jeszcze rzadziej w czyimś towarzystwie, które nie kończyło się kontraktem albo trupem, a dobrze było przez chwilę być kimś normalnym, po prostu szczęśliwym, żonatym mężczyzną. Nie planowałem, że zajdzie to aż tak daleko i będziemy krążyć ulicami bez pośpiechu, włóczyć się bez celu, zaglądać w witryny, zatrzymywać się bez powodu, a jednak właśnie tego było mi trzeba, przynajmniej mentalnie, gdyż fizycznie czułem swoje. Niby już byłem na nogach, niby wszystko wracało do normy po tamtej felernej nocy, ale ciało dalej pamiętało więcej, niż bym chciał, nie powiedziałem jednak ani słowa mogącego brzmieć, jak narzekanie, bo po co - wystarczyło, że widziałem, jak na mnie patrzyła, co jakiś czas, tym swoim uzdrowicielskim wzrokiem, który potrafił prześwietlić człowieka na wylot. Udawałem, że tego nie widzę, ale prawda była taka, iż odkąd zacząłem odpuszczać, trochę mnie to bawiło, co bez wątpienia było lepszym podejściem, niż wkurzanie się o… W gruncie rzeczy - zawodowe skrzywienie i małżeńską troskę. Dziwne uczucie… Nie byłem do niego przyzwyczajony, ale nie zamierzałem go już od siebie odpychać.
Oparłem się biodrem o futrynę, patrząc w kierunku Prue i dopiero po chwili przenosząc wzrok na te cholerne jaja, które w przypływie genialnej głupoty przynieśliśmy z Nokturnu.
- Większe. - Odpowiedziałem w końcu, odrywając się od własnych myśli i podchodząc bliżej. Stanąłem obok niej, skrzyżowałem ręce i zmrużyłem oczy, jakbym samym spojrzeniem mógł wyciągnąć z nich prawdę. - Zdecydowanie większe. I cięszsze, s tego, co pamiętam. - I zazwyczaj ktoś próbuje cię zabić, zanim zdążysz je obejrzeć z bliska, ale tego już nie dodałem. Spojrzałem na nią z cieniem rozbawienia, chociaż w środku wcale nie było mi aż tak bardzo do śmiechu - smok w naszej kuchni brzmiał absurdalnie, ale po paru akcjach i po samym Nokturnie nauczyłem się nie wykluczać rzeczy tylko dlatego, że wydają się niedorzeczne. Oparłem dłoń o blat, nachylając się nad jajami, jakbym próbował wyczytać z ich powierzchni coś więcej, niż tylko informacje o strukturze zewnętrznej jaja, które zupełnie nic mi nie mówiły, bo byłem - co najwyżej - pozyskiwaczem i przemytnikiem, nie magizoologiem. Skorupa nie była zwyczajna, to było jasne, miała fakturę, której nie potrafiłem od razu przypisać do żadnego stworzenia, a to mnie irytowało bardziej, niż powinno, ponieważ - wbrew wszelkim pozorom - lubiłem wiedzieć, w co się pakuję, nawet jeśli i tak zazwyczaj w następnym kroku pakowałem się we wszystko.
- Jeśli coś się z tego wykluje - mruknąłem, skupiwszy się na podkreśleniu tego, że równie dobrze to mogła być wielka, pusta ściema - to wolałbym, szeby miało skszydła. Łatwiej coś, co lata, wypuściś pszes okno, nisz wywaliś coś, co pełza po podłodze i znika pod meblami. - Sięgnąłem dłonią i stuknąłem lekko w jedno z jaj knykciem, jakbym sprawdzał beczkę z trefnym towarem. - Patsząc po gabalytach… Pszynajmniej nie od lasu bęsie chciało nas zjeść. - Rzuciłem lżej, próbując rozładować napięcie, jak zwykle, gdy spotykałem się z czymś nieznanym, lecz niekoniecznie od razu groźnym - wcale nie byłem tego tak pewien, jak brzmiało. Widziałem już różne rzeczy w życiu - rzeczy, które nie miały prawa istnieć, a jednak istniały i potrafiły rozszarpać człowieka szybciej, niż zdążyłby krzyknąć. Rozmiar rzadko był wyznacznikiem problemu, czasem te najmniejsze detale były najgorsze.
Spojrzałem na te dwa jaja, jakby mogły w każdej chwili postanowić, że mają dość bycia martwymi przedmiotami, wiedziałem, że powinniśmy byli wyciągnąć więcej informacji od sprzedawcy, nawet jeśli nie był ku temu chętny, dowiedzieć się więcej, zrobić cokolwiek rozsądnego, ale zamiast tego staliśmy teraz we własnym domu, z dwiema zagadkowymi zdobyczami na stole i nadzieją, że nie okażą się początkiem większych problemów, bo cokolwiek przynieśliśmy do domu, było już nasze.
!Jajo z kalendarza
Oparłem się biodrem o futrynę, patrząc w kierunku Prue i dopiero po chwili przenosząc wzrok na te cholerne jaja, które w przypływie genialnej głupoty przynieśliśmy z Nokturnu.
- Większe. - Odpowiedziałem w końcu, odrywając się od własnych myśli i podchodząc bliżej. Stanąłem obok niej, skrzyżowałem ręce i zmrużyłem oczy, jakbym samym spojrzeniem mógł wyciągnąć z nich prawdę. - Zdecydowanie większe. I cięszsze, s tego, co pamiętam. - I zazwyczaj ktoś próbuje cię zabić, zanim zdążysz je obejrzeć z bliska, ale tego już nie dodałem. Spojrzałem na nią z cieniem rozbawienia, chociaż w środku wcale nie było mi aż tak bardzo do śmiechu - smok w naszej kuchni brzmiał absurdalnie, ale po paru akcjach i po samym Nokturnie nauczyłem się nie wykluczać rzeczy tylko dlatego, że wydają się niedorzeczne. Oparłem dłoń o blat, nachylając się nad jajami, jakbym próbował wyczytać z ich powierzchni coś więcej, niż tylko informacje o strukturze zewnętrznej jaja, które zupełnie nic mi nie mówiły, bo byłem - co najwyżej - pozyskiwaczem i przemytnikiem, nie magizoologiem. Skorupa nie była zwyczajna, to było jasne, miała fakturę, której nie potrafiłem od razu przypisać do żadnego stworzenia, a to mnie irytowało bardziej, niż powinno, ponieważ - wbrew wszelkim pozorom - lubiłem wiedzieć, w co się pakuję, nawet jeśli i tak zazwyczaj w następnym kroku pakowałem się we wszystko.
- Jeśli coś się z tego wykluje - mruknąłem, skupiwszy się na podkreśleniu tego, że równie dobrze to mogła być wielka, pusta ściema - to wolałbym, szeby miało skszydła. Łatwiej coś, co lata, wypuściś pszes okno, nisz wywaliś coś, co pełza po podłodze i znika pod meblami. - Sięgnąłem dłonią i stuknąłem lekko w jedno z jaj knykciem, jakbym sprawdzał beczkę z trefnym towarem. - Patsząc po gabalytach… Pszynajmniej nie od lasu bęsie chciało nas zjeść. - Rzuciłem lżej, próbując rozładować napięcie, jak zwykle, gdy spotykałem się z czymś nieznanym, lecz niekoniecznie od razu groźnym - wcale nie byłem tego tak pewien, jak brzmiało. Widziałem już różne rzeczy w życiu - rzeczy, które nie miały prawa istnieć, a jednak istniały i potrafiły rozszarpać człowieka szybciej, niż zdążyłby krzyknąć. Rozmiar rzadko był wyznacznikiem problemu, czasem te najmniejsze detale były najgorsze.
Spojrzałem na te dwa jaja, jakby mogły w każdej chwili postanowić, że mają dość bycia martwymi przedmiotami, wiedziałem, że powinniśmy byli wyciągnąć więcej informacji od sprzedawcy, nawet jeśli nie był ku temu chętny, dowiedzieć się więcej, zrobić cokolwiek rozsądnego, ale zamiast tego staliśmy teraz we własnym domu, z dwiema zagadkowymi zdobyczami na stole i nadzieją, że nie okażą się początkiem większych problemów, bo cokolwiek przynieśliśmy do domu, było już nasze.
!Jajo z kalendarza
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)