07.04.2026, 23:16 ✶
Odchrząknąłem cicho, stłumionym dźwiękiem, słysząc o książkach, bo to akurat brzmiało jak coś, czego ja sam nigdy nie robiłem - właściwie, to stosunkowo często postępowałem tak, jak nie powinno się postępować, i widziałem w tym cały szereg zalet, które w ostatecznym rozrachunku przeważały nad ewentualnymi konsekwencjami nauki na błędach.
- Ksiąszki zwykle pomijają najciekawsze szeszy. - Rzuciłem lekko, przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i jeszcze raz zmierzyłem te cholerstwa wzrokiem, jakbym próbował je zastraszyć lub prześwietlić samym spojrzeniem - czyli oficjalnie doszliśmy do tego, iż nie spłoniemy przez smoka, reszta opcji była nadal otwarta. - Na pszykład to, jak często coś powinno byś maltwe, a jednak dalej plóbuje cię uglyś. - Wyprostowałem się, rozciągając kark, jakby to była najzwyklejsza rozmowa o kolacji, a nie o potencjalnym zagrożeniu w kuchni, po czym wzruszyłem ramionami. W rzeczywistości gdzieś z tyłu głowy już układałem sobie scenariusze, chociaż żaden z nich nie zakładał, że się wycofam, nigdy tego nie robiłem - i dokładnie w tym tkwił problem - nie potrafiłem zostawić rzeczy w spokoju, kiedy mogły okazać się niebezpieczne. A to… To zapowiadało się cholernie obiecująco.
- Oczywiście, sze nie musi. - Odpowiedziałem z tą charakterystyczną pewnością, którą zwykle miałem w sobie, nawet wtedy, kiedy gadałem kompletne bzdury, a tym razem opcji było wiele i każda brzmiała równie prawdopodobnie. - Mosze to tylko balso dlogie, balso bszydkie kamienie. Noktuln pełen jest takich cudów. - Nie brzmiałem tak, jakbym się tym przejmował - jasne, nie byłem idiotą, którego dało się naciągnąć na byle co, i w żadnym razie nie zamierzałem tego tolerować, gdyby jednak okazało się, iż ktoś dzisiaj próbował swojego szczęścia w robieniu z nas pary naiwniaków, ale… Za dużo razy widziałem rzeczy, które „na pewno nic nie zrobią”... Kącik ust drgnął mi w krzywym uśmiechu - zawsze coś robiły. - Ale jeśli nie musi, to ja chcę, szeby jednak musiało. - Powiedziałem, może trochę dziecinnie, nie ukrywając zdecydowania i tych wewnętrznych pokładów uporu, które mogłem włożyć w to, by dowiedzieć się, co zdobyliśmy - bo co to za interes kupić coś z Nokturnu i nie sprawdzić, co jest w środku? To jak dostać zamkniętą skrzynię i jej nie otworzyć - sprzeczne z moją naturą.
Zaśmiałem się krótko, kiedy wspomniała o „instrukcji obsługi”, tylko rozłożyłem ręce w geście oczywistości - była instrukcja, zignorowaliśmy ją popisowo, bo brzmiała „nie kupuj tego” - ewidentnie zapłaciliśmy za niespodziankę, prawda była taka, że i tak bardziej ufałem temu, co czułem pod palcami i własnym przeczuciom, niż temu, co ktoś kiedyś spisał przy kominku.
- Gdyby była instluksja, gdzie byłaby wtedy zabawa?
Książki, książeczki, instrukcje i biuletyny opisywały świat, który udawał, że ma zasady, my właśnie trzymaliśmy na stole coś, co najpewniej te zasady miało gdzieś. A ten typ ze straganu? Gdyby miał instrukcję, to by ją sprzedał osobno, więc z pewnością żadnej nie mogło być.
Słuchałem dalej, a im dłużej Prue mówiła o ogniu, tym bardziej czułem, jak coś we mnie się zapala - dosłownie i w przenośni - to miało sens. Zerknąłem na nią jeszcze raz, ten błysk w oczach, który pojawiał się wtedy, kiedy miałem zrobić coś głupiego, już tam był - nie musiałem nawet zastanawiać się nad decyzją, tak naprawdę już ją podjąłem w chwili, gdy wypowiedziała słowo „ogień”, zawsze tak miałem - im potencjalnie gorszy pomysł, tym łatwiej go podchwytywałem i tym trudniej było mi się od niego oderwać.
- Mosze się poczuś jak w domu. Mosze się nie wykluś. - Przechyliłem głowę, całkiem poważnie rozważając ten scenariusz jako „lepszy”. - Mosze się lospaść. Mosze eksplodowaś. Opcji jest masa, nie oglaniczajmy się, tylko splawśmy. - Stwierdziłem swobodnie, jakbyśmy omawiali kolory zasłon, a nie potencjalne zagrożenie dla życia, a potem, jak gdyby nigdy nic, ruszyłem z jednym jajkiem w stronę kominka, już zdecydowany sprawdzić jej teorię w praktyce, bo siedzenie i zastanawianie się nigdy nie było moją najmocniejszą stroną.
- Ksiąszki zwykle pomijają najciekawsze szeszy. - Rzuciłem lekko, przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka i jeszcze raz zmierzyłem te cholerstwa wzrokiem, jakbym próbował je zastraszyć lub prześwietlić samym spojrzeniem - czyli oficjalnie doszliśmy do tego, iż nie spłoniemy przez smoka, reszta opcji była nadal otwarta. - Na pszykład to, jak często coś powinno byś maltwe, a jednak dalej plóbuje cię uglyś. - Wyprostowałem się, rozciągając kark, jakby to była najzwyklejsza rozmowa o kolacji, a nie o potencjalnym zagrożeniu w kuchni, po czym wzruszyłem ramionami. W rzeczywistości gdzieś z tyłu głowy już układałem sobie scenariusze, chociaż żaden z nich nie zakładał, że się wycofam, nigdy tego nie robiłem - i dokładnie w tym tkwił problem - nie potrafiłem zostawić rzeczy w spokoju, kiedy mogły okazać się niebezpieczne. A to… To zapowiadało się cholernie obiecująco.
- Oczywiście, sze nie musi. - Odpowiedziałem z tą charakterystyczną pewnością, którą zwykle miałem w sobie, nawet wtedy, kiedy gadałem kompletne bzdury, a tym razem opcji było wiele i każda brzmiała równie prawdopodobnie. - Mosze to tylko balso dlogie, balso bszydkie kamienie. Noktuln pełen jest takich cudów. - Nie brzmiałem tak, jakbym się tym przejmował - jasne, nie byłem idiotą, którego dało się naciągnąć na byle co, i w żadnym razie nie zamierzałem tego tolerować, gdyby jednak okazało się, iż ktoś dzisiaj próbował swojego szczęścia w robieniu z nas pary naiwniaków, ale… Za dużo razy widziałem rzeczy, które „na pewno nic nie zrobią”... Kącik ust drgnął mi w krzywym uśmiechu - zawsze coś robiły. - Ale jeśli nie musi, to ja chcę, szeby jednak musiało. - Powiedziałem, może trochę dziecinnie, nie ukrywając zdecydowania i tych wewnętrznych pokładów uporu, które mogłem włożyć w to, by dowiedzieć się, co zdobyliśmy - bo co to za interes kupić coś z Nokturnu i nie sprawdzić, co jest w środku? To jak dostać zamkniętą skrzynię i jej nie otworzyć - sprzeczne z moją naturą.
Zaśmiałem się krótko, kiedy wspomniała o „instrukcji obsługi”, tylko rozłożyłem ręce w geście oczywistości - była instrukcja, zignorowaliśmy ją popisowo, bo brzmiała „nie kupuj tego” - ewidentnie zapłaciliśmy za niespodziankę, prawda była taka, że i tak bardziej ufałem temu, co czułem pod palcami i własnym przeczuciom, niż temu, co ktoś kiedyś spisał przy kominku.
- Gdyby była instluksja, gdzie byłaby wtedy zabawa?
Książki, książeczki, instrukcje i biuletyny opisywały świat, który udawał, że ma zasady, my właśnie trzymaliśmy na stole coś, co najpewniej te zasady miało gdzieś. A ten typ ze straganu? Gdyby miał instrukcję, to by ją sprzedał osobno, więc z pewnością żadnej nie mogło być.
Słuchałem dalej, a im dłużej Prue mówiła o ogniu, tym bardziej czułem, jak coś we mnie się zapala - dosłownie i w przenośni - to miało sens. Zerknąłem na nią jeszcze raz, ten błysk w oczach, który pojawiał się wtedy, kiedy miałem zrobić coś głupiego, już tam był - nie musiałem nawet zastanawiać się nad decyzją, tak naprawdę już ją podjąłem w chwili, gdy wypowiedziała słowo „ogień”, zawsze tak miałem - im potencjalnie gorszy pomysł, tym łatwiej go podchwytywałem i tym trudniej było mi się od niego oderwać.
- Mosze się poczuś jak w domu. Mosze się nie wykluś. - Przechyliłem głowę, całkiem poważnie rozważając ten scenariusz jako „lepszy”. - Mosze się lospaść. Mosze eksplodowaś. Opcji jest masa, nie oglaniczajmy się, tylko splawśmy. - Stwierdziłem swobodnie, jakbyśmy omawiali kolory zasłon, a nie potencjalne zagrożenie dla życia, a potem, jak gdyby nigdy nic, ruszyłem z jednym jajkiem w stronę kominka, już zdecydowany sprawdzić jej teorię w praktyce, bo siedzenie i zastanawianie się nigdy nie było moją najmocniejszą stroną.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)