07.04.2026, 23:26 ✶
Czuła na sobie ciężkie spojrzenie Leviathana. Był z niej niezadowolony od samego rana, od spaceru po kiermaszu. Warczał na nią i prychał złośliwie, gdy próbowała rozmawiać z nim o Bogini. W sabat, nawet w sabat nie chciał z nią o sprawach boskich mówić. I widziała, że teraz również Leviathan jest niepocieszony sposobem, w jaki była obecna. Nieustannie był z niej niezadowolony.
— Chodźmy. — Skinęła powoli głową, gdy Seisyll zaoferował jej spacer. Nie mogłaby się nie zgodzić, kiedy niemal wyczytał to z jej myśli.
Słuchała przy oknie opowieści Heleny: że każdy chciałby zabezpieczony sufit, że każdy chciałby okna. Tak bardzo się bali? Tak bardzo panikowali? Tak dużo mieli do stracenia? Chodziło jej to wszystko po głowie, gdy tak patrzyła nieprzytomnie na jezioro, i chodziło jej po głowie, że być może ta ulewa, taki potop, może to byłoby dla nich wszystkich z pożytkiem. Może ludzie musieliby wtedy choć czas jakiś spędzić bliżej z Naturą, tak jak ona sama musiała zamieszkać na czas jakiś w domu bez okien, gdzie nieskrępowanie zaglądały wiatry i deszcze — bo dostrzegała w tym pożytki, skoro już zapomniała o przeziębieniu wynikłym z owego wypadku. To była w jej opinii słuszna lekcja pokory przed żywiołami.
Helloise przyjęła puchar od Heleny, uśmiechając się do niej ciepło. Kochana dziewczyna, jej obecność zawsze podnosiła ją na duchu i budziła coś opiekuńczego. Nikt nie puściłby Heleny blisko Kniei — ani ciotka, ani ojciec.
— Żałuję, że cię nie było. Nie poznałabyś ogrodu. Nigdy w nim chyba nie urosło tyle kwiatów, co tego lata — westchnęła, lecz ciężko jakoś. Obecność tych nadlicznych kwiatów była bowiem wynikiem tego, że Helloise nie mogła znikać w lesie i cały swój czas spędzała wokół domu. Klęcząc między półdzikimi rabatami dzień w dzień, z nową miłością dbała o to, co jej zostało, i wypełniała kolejnymi projetkami pustkę. — Następnego lata, kochanie. Ważne, że ja wciąż mogę was odwiedzać. — Pogłaskała dziewczynę po ramieniu (ta Hela z przestrzenią personalną i jej naruszeniami problemu nie miała), po czym skierowała ją z powrotem do stołu i sama tam podążyła.
Krzesło obok jej matki wciąż było puste — Helloise zerknęła przelotnie pierw na nie, później na Leviathana, który siedział niemal idealnie naprzeciw. Mogła wciąż zająć to miejsce. Mogła wrócić tam i patrzeć na niego; zmusić go, żeby musiał do niej wracać spojrzeniem raz po raz przez całą kolację.
Levi mógł widzieć w tamtej chwili w intensywności jej przymrużonych oczu, że myślała o tym — ale zrezygnowała. Przeszła dalej, zostawiając to puste miejsce komuś, kto być może nie będzie budził w panu dziedzicu złych instynktów samym faktem, że posiada własne zdanie i aktywne struny głosowe.
To był dzień dla bogów. Dzień świąteczny, kiedy powinno się pielęgnować wdzięczność za wszystkie dary Matki. Helloise nie chciała poświęcać Mabon na pogłębianie wzajemnego niezadowolenia z kimś, z kim tyle ją łączyło. Byłoby w tym coś niewłaściwego.
Dzień był dla bogów. Dzień był święty. To było ważniejsze niż ich tarcia.
Wędrując cicho wzdłuż stołu, czarownica zatrzymała się zamyślona za Moną. Oparła dłonie na oparciu jej krzesła i pochyliła się lekko nad bratanicą.
— Martwisz się o niego. Nie chcesz go sprowadzać do Londynu. Czemu więc robisz to sama sobie, skoro nie chcesz zrobić tego jemu? — zapytała ze swoim specyficznym rodzajem nieco ignoranckiej może, ale szczerej troski. — Jesteś tak samo szlachetną istotą co on.
I zaraz odeszła, aby przysiąść na jednym z krzeseł u boku Seisylla.
Gdy wszystkie przewidziane miejsca zostały zajęte, na stół wniesiono potrawy. Przystąpienie do jedzenia poprzedziło krótkie oficjalne powitanie ze strony Lazarusa. Mówił o tym, jak dobrze widzieć rodzinę tak licznie świątecznego dnia w tych szczególnych okolicznościach. Cieszył się, mogąc ich gościć i cieszył się, że zasiadają do stołu zjednoczeni wartościami oraz krwią. Podziękował również swojej żonie, Evelyn, pani domu, która czuwała nad przygotowaniami uroczystej kolacji.
Pan Rowle mówił niewylewnie i do rzeczy, bez zbędnych ozdobników czy przesadnej emfazy. Zwięzła mowa była zresztą wskazana, skoro przed gośćmi pojawiły się już te parujące półmiski pełne smakowitych potraw. Ledwie więc gospodarz skończył, pierwsze widelce zadzwoniły o talerze.
— Chodźmy. — Skinęła powoli głową, gdy Seisyll zaoferował jej spacer. Nie mogłaby się nie zgodzić, kiedy niemal wyczytał to z jej myśli.
Słuchała przy oknie opowieści Heleny: że każdy chciałby zabezpieczony sufit, że każdy chciałby okna. Tak bardzo się bali? Tak bardzo panikowali? Tak dużo mieli do stracenia? Chodziło jej to wszystko po głowie, gdy tak patrzyła nieprzytomnie na jezioro, i chodziło jej po głowie, że być może ta ulewa, taki potop, może to byłoby dla nich wszystkich z pożytkiem. Może ludzie musieliby wtedy choć czas jakiś spędzić bliżej z Naturą, tak jak ona sama musiała zamieszkać na czas jakiś w domu bez okien, gdzie nieskrępowanie zaglądały wiatry i deszcze — bo dostrzegała w tym pożytki, skoro już zapomniała o przeziębieniu wynikłym z owego wypadku. To była w jej opinii słuszna lekcja pokory przed żywiołami.
Helloise przyjęła puchar od Heleny, uśmiechając się do niej ciepło. Kochana dziewczyna, jej obecność zawsze podnosiła ją na duchu i budziła coś opiekuńczego. Nikt nie puściłby Heleny blisko Kniei — ani ciotka, ani ojciec.
— Żałuję, że cię nie było. Nie poznałabyś ogrodu. Nigdy w nim chyba nie urosło tyle kwiatów, co tego lata — westchnęła, lecz ciężko jakoś. Obecność tych nadlicznych kwiatów była bowiem wynikiem tego, że Helloise nie mogła znikać w lesie i cały swój czas spędzała wokół domu. Klęcząc między półdzikimi rabatami dzień w dzień, z nową miłością dbała o to, co jej zostało, i wypełniała kolejnymi projetkami pustkę. — Następnego lata, kochanie. Ważne, że ja wciąż mogę was odwiedzać. — Pogłaskała dziewczynę po ramieniu (ta Hela z przestrzenią personalną i jej naruszeniami problemu nie miała), po czym skierowała ją z powrotem do stołu i sama tam podążyła.
Krzesło obok jej matki wciąż było puste — Helloise zerknęła przelotnie pierw na nie, później na Leviathana, który siedział niemal idealnie naprzeciw. Mogła wciąż zająć to miejsce. Mogła wrócić tam i patrzeć na niego; zmusić go, żeby musiał do niej wracać spojrzeniem raz po raz przez całą kolację.
Levi mógł widzieć w tamtej chwili w intensywności jej przymrużonych oczu, że myślała o tym — ale zrezygnowała. Przeszła dalej, zostawiając to puste miejsce komuś, kto być może nie będzie budził w panu dziedzicu złych instynktów samym faktem, że posiada własne zdanie i aktywne struny głosowe.
To był dzień dla bogów. Dzień świąteczny, kiedy powinno się pielęgnować wdzięczność za wszystkie dary Matki. Helloise nie chciała poświęcać Mabon na pogłębianie wzajemnego niezadowolenia z kimś, z kim tyle ją łączyło. Byłoby w tym coś niewłaściwego.
Dzień był dla bogów. Dzień był święty. To było ważniejsze niż ich tarcia.
Wędrując cicho wzdłuż stołu, czarownica zatrzymała się zamyślona za Moną. Oparła dłonie na oparciu jej krzesła i pochyliła się lekko nad bratanicą.
— Martwisz się o niego. Nie chcesz go sprowadzać do Londynu. Czemu więc robisz to sama sobie, skoro nie chcesz zrobić tego jemu? — zapytała ze swoim specyficznym rodzajem nieco ignoranckiej może, ale szczerej troski. — Jesteś tak samo szlachetną istotą co on.
I zaraz odeszła, aby przysiąść na jednym z krzeseł u boku Seisylla.
Gdy wszystkie przewidziane miejsca zostały zajęte, na stół wniesiono potrawy. Przystąpienie do jedzenia poprzedziło krótkie oficjalne powitanie ze strony Lazarusa. Mówił o tym, jak dobrze widzieć rodzinę tak licznie świątecznego dnia w tych szczególnych okolicznościach. Cieszył się, mogąc ich gościć i cieszył się, że zasiadają do stołu zjednoczeni wartościami oraz krwią. Podziękował również swojej żonie, Evelyn, pani domu, która czuwała nad przygotowaniami uroczystej kolacji.
Pan Rowle mówił niewylewnie i do rzeczy, bez zbędnych ozdobników czy przesadnej emfazy. Zwięzła mowa była zresztą wskazana, skoro przed gośćmi pojawiły się już te parujące półmiski pełne smakowitych potraw. Ledwie więc gospodarz skończył, pierwsze widelce zadzwoniły o talerze.
dotknij trawy