08.04.2026, 22:20 ✶
Oparłem się o kominek tylko po to, żeby nie wyglądało, że zaraz sam do niego wejdę i sprawdzę, co tam się dzieje. W mojej robocie wszystko działo się szybko - wchodzisz, bierzesz, wychodzisz. A tutaj? Stałem jak idiota i gapiłem się w dwie przypalone skorupki, jakby zamieszkujące je stwory - o ile w ogóle istniały i żyły - miały nam łaskawie dać znak, kiedy uznają, że to już ten moment. Dwadzieścia cztery godziny to niby nic, ale kiedy wiesz, że prawdopodobnie coś tam jest, że coś się tworzy, że zaraz może się wydarzyć coś interesującego… Czas zaczyna się rozciągać jak przeklęta guma, i chociaż udawałem, że mam to gdzieś, bo to tylko kolejna dziwna rzecz, którą przyniosłem do domu, to prawda była taka, że byłem tak samo ciekawy jak dzieciak przed rozpakowaniem prezentu, a może nawet bardziej, bo prezenty rzadko próbują cię później zabić. Chociaż te z Nokturnu reprezentowały trochę inne standardy, niezależnie od tego, czym były.
Stałem tak chwilę, wpatrując się w palenisko z tym swoim charakterystycznym uporem w wyrazie twarzy, jakbym próbował zmusić jaja w żarze do wyklucia się szybciej samym spojrzeniem. Od rana kręciłem się jak cień, niby nie bez celu, niby wcale nie tylko przechodząc z miejsca na miejsce, ale prawda była prosta - co chwilę wracałem tutaj, jakbym się spodziewał, że jak tylko na sekundę spuścimy jajca z oczu, to właśnie wtedy coś się wydarzy, a snując się po domu, przynajmniej miałem wrażenie, że coś robię, zamiast siedzieć na dupie jak… Rozsądny człowiek. Jak moja żona, jak osoba, która potrafiła usiąść w jednym miejscu i nie potrzebowała robić tysięcy nadprogramowych kroków, zamiast tego próbując pogrążyć się w lekturze… Czegoś.
- Co czytasz? - Spytałem przelotnie, uświadomiwszy sobie, że prawdopodobnie było to głupie pytanie, bo - znając życie i moją najmilszą - była to jakaś publikacja dotycząca tego, co obecnie znajdowało się na naszej tapecie, i nawet jeśli nie miałem pojęcia, skąd mogłaby to wytrzasnąć… Ona po prostu tak miała, gdy chodziło o uzupełnianie wiedzy - właściwe materiały materializowały się zarówno w jej dłoniach, jak i w głowie - przynajmniej teraz trochę bardziej wiedziałem, z czego brała się ta druga zdolność. Talent do pozyskiwania bibliografii z powietrza wciąż pozostawał dla mnie zagadką, tak samo jak jej niemal legendarna cierpliwość do wszystkiego, prócz moich durnych pomysłów…
Nienawidziłem czekać, czekanie było dla ludzi, którzy nie mieli nic lepszego do roboty, wierzyli, że coś samo się ułoży albo bali się ruszyć sprawy dalej - ja nie miałem problemu ani z jednym, ani z drugim, ani tym bardziej z trzecim - całe życie działałem odwrotnie niż wypadało, wychodziłem z założenia, że jak coś się nie działo, to trzeba było to… Delikatnie popchnąć, trącić, szturchnąć… Albo kopnąć, zależnie od nastroju.
- No, oby nie planowało zasadzki, bo tlochę słabo jak na coś wielkości ziemniaka. - Mruknąłem bardziej w kierunku płomieni niż do niej, choć - oczywiście - słyszałem każde jej słowo. - Chociasz… S moim szczęściem bym się nie zdziwił. - Mruknąłem, nie odrywając wzroku od paleniska, lecz to tylko przyspieszyło decyzję zapadającą w mojej głowie. Pewnie mógłbym jeszcze poczekać, pewnie powinienem - no, ale nigdy nie byłem szczególnie dobry w „powinienem”. Prawda była taka, że cierpliwość skończyła mi się jakieś dwadzieścia trzy godziny temu - to, że jeszcze nic się nie wydarzyło, tylko mnie bardziej nakręcało - było za cicho, za spokojnie, zbyt normalnie jak na coś, co kupiliśmy na Nokturnie bez zadawania zbyt wielu pytań.
Nie wytrzymałem - to było silniejsze ode mnie - to całe czekanie, kręcenie się bez celu, udawanie, że mam kontrolę nad sytuacją, kiedy coś żywego siedziało sobie spokojnie w żarze i najwyraźniej uznało, że wykluwanie się nie jest pilne… To nie było nawet świadome, po prostu w pewnym momencie ręka sama sięgnęła po szczypce, bez żadnego „jeszcze chwilę”, żadnego „poczekajmy” - dość było tego gapienia się, przynajmniej dla mnie. Narzędzia były w mojej dłoni jeszcze zanim Prudence skończyła zdanie, a ja już pochylałem się nad kominkiem, wyciągając pierwsze jajo z żaru, przełamawszy tę cienką granicę między „może nie powinniśmy” a „za późno, robimy to”. Było gorące, czułem to nawet przez metal, cięższe niż wcześniej, jakby coś w środku naprawdę nabrało masy i… Wtedy to zobaczyłem - drobne pęknięcia, cienkie jak włos, z których sączyło się to cholernie dziwne, mleczne światło. Miałem już nawet zwrócić na to uwagę, gdy…
„Wolałabym jednak, żeby nic Cię już nie gryzło”...
Prychnąłem cicho, nawet się nie odwracając, kiedy to powiedziała, bo oczywiście, że musiała wrócić do tego tematu, jakby jedno małe, niefortunne spotkanie w ciemnym lesie nagle definiowało całe moje życie, a nie tylko jego dorosłą część.
- Ej. - Mruknąłem pod nosem, z cieniem rozbawienia, choć gdzieś tam przemknęła nuta udawanej urazy. - On mnie podlapał. To zupełnie inna liga nisz glysienie. - Uniosłem lekko brew, jak gdyby sama precyzja nazewnictwa miała tu jakieś znaczenie. - Ugryzienie bszmi powasznie. Podlapanie to wypadek pszy plasy. - Dodałem, już ciszej, bardziej do siebie niż do niej - chociaż dobrze wiedziałem, że mnie słyszała - gdzieś pod spodem było to moje uparte „nic mi nie jest”, którego nie zamierzałem odpuścić, choć oboje wiedzieliśmy swoje. Brzmiało to dokładnie tak, jakbym próbował umniejszyć spotkanie, które w normalnych okolicznościach powinno skończyć się znacznie gorzej, i może właśnie dlatego mówiłem to z takim spokojem, jakby chodziło o zadrapanie zarobione od kota sąsiadów, a nie coś, co większość ludzi wspominałaby do końca życia. Nie zamierzałem rozwlekać tematu wilkołaka, chociaż wspomnienie szarpnięcia pazurów wciąż gdzieś jeszcze siedziało mi pod skórą, jak echo, które nie chciało całkiem zniknąć - zamiast tego skupiłem się na jajku, które właśnie wyciągałem szczypcami z żaru. Byłem ostrożny, może nawet bardziej niż zwykle, chociaż sam bym się do tego nie przyznał, westchnąłem nawet pod nosem, jakbym chciał sam siebie za to wyśmiać, ale nie przestawałem uważać - nie dlatego, że się bałem, tylko dlatego, że… To było nasze, nie był jakiś przeklęty artefakt z grobowca, nie kontrabanda, którą trzeba było szybko spieniężyć, tylko coś, co sami przytaszczyliśmy do domu i co teraz faktycznie mogło się okazać czymś więcej niż tylko kolejnym błędem.
- Maltwisz się, sze bęsie mu smutno? - Zapytałem z rozbawieniem, ale bez złośliwości. - To są jaja, Pluey. - Zmrużyłem oczy i nachyliłem się trochę bliżej, ignorując zdrowy rozsądek, który gdzieś z tyłu głowy próbował mi podpowiedzieć, żebym jednak trzymał dystans. - Dobla, dobla. - Dodałem zaraz potem. - No, macie siebie, ziomeczki. - Rzuciłem półgłosem, jakby to faktycznie mogło coś zmienić, złapałem szczypce mocniej i znów sięgnąłem w żar, tym razem po drugie jajo, czując znajome ukłucie ekscytacji pod skórą, bo cokolwiek miało się wydarzyć… Właśnie zaczynało się dziać.
Stałem tak chwilę, wpatrując się w palenisko z tym swoim charakterystycznym uporem w wyrazie twarzy, jakbym próbował zmusić jaja w żarze do wyklucia się szybciej samym spojrzeniem. Od rana kręciłem się jak cień, niby nie bez celu, niby wcale nie tylko przechodząc z miejsca na miejsce, ale prawda była prosta - co chwilę wracałem tutaj, jakbym się spodziewał, że jak tylko na sekundę spuścimy jajca z oczu, to właśnie wtedy coś się wydarzy, a snując się po domu, przynajmniej miałem wrażenie, że coś robię, zamiast siedzieć na dupie jak… Rozsądny człowiek. Jak moja żona, jak osoba, która potrafiła usiąść w jednym miejscu i nie potrzebowała robić tysięcy nadprogramowych kroków, zamiast tego próbując pogrążyć się w lekturze… Czegoś.
- Co czytasz? - Spytałem przelotnie, uświadomiwszy sobie, że prawdopodobnie było to głupie pytanie, bo - znając życie i moją najmilszą - była to jakaś publikacja dotycząca tego, co obecnie znajdowało się na naszej tapecie, i nawet jeśli nie miałem pojęcia, skąd mogłaby to wytrzasnąć… Ona po prostu tak miała, gdy chodziło o uzupełnianie wiedzy - właściwe materiały materializowały się zarówno w jej dłoniach, jak i w głowie - przynajmniej teraz trochę bardziej wiedziałem, z czego brała się ta druga zdolność. Talent do pozyskiwania bibliografii z powietrza wciąż pozostawał dla mnie zagadką, tak samo jak jej niemal legendarna cierpliwość do wszystkiego, prócz moich durnych pomysłów…
Nienawidziłem czekać, czekanie było dla ludzi, którzy nie mieli nic lepszego do roboty, wierzyli, że coś samo się ułoży albo bali się ruszyć sprawy dalej - ja nie miałem problemu ani z jednym, ani z drugim, ani tym bardziej z trzecim - całe życie działałem odwrotnie niż wypadało, wychodziłem z założenia, że jak coś się nie działo, to trzeba było to… Delikatnie popchnąć, trącić, szturchnąć… Albo kopnąć, zależnie od nastroju.
- No, oby nie planowało zasadzki, bo tlochę słabo jak na coś wielkości ziemniaka. - Mruknąłem bardziej w kierunku płomieni niż do niej, choć - oczywiście - słyszałem każde jej słowo. - Chociasz… S moim szczęściem bym się nie zdziwił. - Mruknąłem, nie odrywając wzroku od paleniska, lecz to tylko przyspieszyło decyzję zapadającą w mojej głowie. Pewnie mógłbym jeszcze poczekać, pewnie powinienem - no, ale nigdy nie byłem szczególnie dobry w „powinienem”. Prawda była taka, że cierpliwość skończyła mi się jakieś dwadzieścia trzy godziny temu - to, że jeszcze nic się nie wydarzyło, tylko mnie bardziej nakręcało - było za cicho, za spokojnie, zbyt normalnie jak na coś, co kupiliśmy na Nokturnie bez zadawania zbyt wielu pytań.
Nie wytrzymałem - to było silniejsze ode mnie - to całe czekanie, kręcenie się bez celu, udawanie, że mam kontrolę nad sytuacją, kiedy coś żywego siedziało sobie spokojnie w żarze i najwyraźniej uznało, że wykluwanie się nie jest pilne… To nie było nawet świadome, po prostu w pewnym momencie ręka sama sięgnęła po szczypce, bez żadnego „jeszcze chwilę”, żadnego „poczekajmy” - dość było tego gapienia się, przynajmniej dla mnie. Narzędzia były w mojej dłoni jeszcze zanim Prudence skończyła zdanie, a ja już pochylałem się nad kominkiem, wyciągając pierwsze jajo z żaru, przełamawszy tę cienką granicę między „może nie powinniśmy” a „za późno, robimy to”. Było gorące, czułem to nawet przez metal, cięższe niż wcześniej, jakby coś w środku naprawdę nabrało masy i… Wtedy to zobaczyłem - drobne pęknięcia, cienkie jak włos, z których sączyło się to cholernie dziwne, mleczne światło. Miałem już nawet zwrócić na to uwagę, gdy…
„Wolałabym jednak, żeby nic Cię już nie gryzło”...
Prychnąłem cicho, nawet się nie odwracając, kiedy to powiedziała, bo oczywiście, że musiała wrócić do tego tematu, jakby jedno małe, niefortunne spotkanie w ciemnym lesie nagle definiowało całe moje życie, a nie tylko jego dorosłą część.
- Ej. - Mruknąłem pod nosem, z cieniem rozbawienia, choć gdzieś tam przemknęła nuta udawanej urazy. - On mnie podlapał. To zupełnie inna liga nisz glysienie. - Uniosłem lekko brew, jak gdyby sama precyzja nazewnictwa miała tu jakieś znaczenie. - Ugryzienie bszmi powasznie. Podlapanie to wypadek pszy plasy. - Dodałem, już ciszej, bardziej do siebie niż do niej - chociaż dobrze wiedziałem, że mnie słyszała - gdzieś pod spodem było to moje uparte „nic mi nie jest”, którego nie zamierzałem odpuścić, choć oboje wiedzieliśmy swoje. Brzmiało to dokładnie tak, jakbym próbował umniejszyć spotkanie, które w normalnych okolicznościach powinno skończyć się znacznie gorzej, i może właśnie dlatego mówiłem to z takim spokojem, jakby chodziło o zadrapanie zarobione od kota sąsiadów, a nie coś, co większość ludzi wspominałaby do końca życia. Nie zamierzałem rozwlekać tematu wilkołaka, chociaż wspomnienie szarpnięcia pazurów wciąż gdzieś jeszcze siedziało mi pod skórą, jak echo, które nie chciało całkiem zniknąć - zamiast tego skupiłem się na jajku, które właśnie wyciągałem szczypcami z żaru. Byłem ostrożny, może nawet bardziej niż zwykle, chociaż sam bym się do tego nie przyznał, westchnąłem nawet pod nosem, jakbym chciał sam siebie za to wyśmiać, ale nie przestawałem uważać - nie dlatego, że się bałem, tylko dlatego, że… To było nasze, nie był jakiś przeklęty artefakt z grobowca, nie kontrabanda, którą trzeba było szybko spieniężyć, tylko coś, co sami przytaszczyliśmy do domu i co teraz faktycznie mogło się okazać czymś więcej niż tylko kolejnym błędem.
- Maltwisz się, sze bęsie mu smutno? - Zapytałem z rozbawieniem, ale bez złośliwości. - To są jaja, Pluey. - Zmrużyłem oczy i nachyliłem się trochę bliżej, ignorując zdrowy rozsądek, który gdzieś z tyłu głowy próbował mi podpowiedzieć, żebym jednak trzymał dystans. - Dobla, dobla. - Dodałem zaraz potem. - No, macie siebie, ziomeczki. - Rzuciłem półgłosem, jakby to faktycznie mogło coś zmienić, złapałem szczypce mocniej i znów sięgnąłem w żar, tym razem po drugie jajo, czując znajome ukłucie ekscytacji pod skórą, bo cokolwiek miało się wydarzyć… Właśnie zaczynało się dziać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)