09.04.2026, 15:41 ✶
Porzucenie, flegmatyczna melancholia, czerń oraz szarość - samotność. Nie martw się drogi Williamie, te słowa jeszcze padną, abyś mógł na nie odpowiedzieć.
Teraz jednak pewien wampir znalazł kwiat w ogrodzie. Zaśmiał się serdecznie na to proste stwierdzenie, postępując krok by naruszyć osobistą przestrzeń Williama i otrzeć się policzkiem o jego ramię przymilnie w dziwacznym tańcu istoty, która niczym kot lubiła bawić się swoim jedzeniem.
William - zupełnym przypadkiem z kolekcji nieudanych prób samobójczych Montbela - zaliczył się w bardzo specyficzny sposób do jadłospisu nieumarłego, choć zdecydowanie pijawka nie zamierzała swojego poprzedniego wyczynu powtarzać. Przynajmniej w najbliższym czasie.
Sama pieszczota była z resztą chwilowa, taniec trwał, w takt niesłyszalnej muzyki gdy okrążał mężczyznę w okularach połówkach i doniczkę.
– Sądzisz, że nie rozpoznałbym zapachu którejkolwiek wydzieliny? Jestem lekarzem, nie zapominaj o tym – zakomunikował usłużnie, chociaż wieki tak się nie przestawiał. A konkretnie odsetek wieku, będzie 6 lat. Los mimo wszystko przydawał mu ostatnio pacjentów a sieć kontaktów wypełniała się sama. Nieoczekiwanie, jak na kogoś kto planował o tej porze roku być już tylko kupką popiołu w zniszczonym francuskim ogrodzie.
– Bycie wampirem było banalne wtedy, gdy mniej przykładało się wagi do rejestru zniknięć – odpowiedział z właściwą sobie szczerością, nie zatapiając się jednak w nostalgicznym bagnie okresu, gdy nóż ofiarny tak wygodnie leżał w dłoni. – Teraz z resztą też nie jest wcale tak trudno być wampirem. Bycie mną... TO dopiero jest wyzwanie. – uśmiechnął się krzywo do własnych odczuć kłębiących się w nieumarłym ciele, jak wiatr szumiał po opustoszałych polach żałoby.
– Jesteś czymś o wiele więcej niż kartą legalnego wyniesienia cudzej własności mon amie. Chciałbym dostać kartę członkowską tego miejsca. Maida Vale przypomina mi dom i chcę aby każdy kto kocha ten ogród i jego los leży mu na sercu, wiedział, że i mi leży na sercu stan tych krzewów, traw, zaniedbanej - musisz przyznać straszliwe niedopatrzenie - oranżerii. Nawet jeśli to serce nie bije. Ten ogród sprawia, że czuje się lepiej, a toczy go choroba. Chcę, żeby formalnie nikt nie miał co do tego wątpliwości. – Trochę prosił. A trochę oczekiwał. – Och i jeżeli nie chcesz tej sadzonki, chętnie ją adoptuje. To byłby świetny test, aby sprawdzić co dzieje się z kwiatem kiedy nie jest w aurze tego miejsca. W ogóle wiedziałeś, że gdzieś tutaj ktoś zakopuje tajemnicze fiolki z krwią? Albo... one się tworzą za sprawą kwiatów i tylko imitują szkło. – zmrużył oczy próbując sobie przypomnieć, ale niestety, nie miał pewności - nie on odkrył świecidełko, nie on zanurzył nos w wonnościach, które chwilę później wyparowały. – Masz tu warunki do przeprowadzania badania? Jeśli tak, to czyń honory mój drogi, jeśli nie, ruszam za Tobą. To ostatecznie nie jest najważniejsze moje zmartwienie dnia dzisiejszego, a skoro noc młoda, pozwól wyrazić mi swoje życzenie, abym mógł wykorzystać Cię w sposób maksymalny – zachmurzył się nieco, wzrok odwrócił w dramatycznym geście, szukając na niebie księżyca, dopiero po chwili przypominając sobie, że przecież są w przeklętej oranżerii i efekt nieco przygasł. Z resztą chyba ostatnio był nów... Oblizał wargi. – Bez gryzienia oczywiście, po prostu Twoja ekspertyza przyda mi się i w innym... zmartwieniu – uściślił.
Teraz jednak pewien wampir znalazł kwiat w ogrodzie. Zaśmiał się serdecznie na to proste stwierdzenie, postępując krok by naruszyć osobistą przestrzeń Williama i otrzeć się policzkiem o jego ramię przymilnie w dziwacznym tańcu istoty, która niczym kot lubiła bawić się swoim jedzeniem.
William - zupełnym przypadkiem z kolekcji nieudanych prób samobójczych Montbela - zaliczył się w bardzo specyficzny sposób do jadłospisu nieumarłego, choć zdecydowanie pijawka nie zamierzała swojego poprzedniego wyczynu powtarzać. Przynajmniej w najbliższym czasie.
Sama pieszczota była z resztą chwilowa, taniec trwał, w takt niesłyszalnej muzyki gdy okrążał mężczyznę w okularach połówkach i doniczkę.
– Sądzisz, że nie rozpoznałbym zapachu którejkolwiek wydzieliny? Jestem lekarzem, nie zapominaj o tym – zakomunikował usłużnie, chociaż wieki tak się nie przestawiał. A konkretnie odsetek wieku, będzie 6 lat. Los mimo wszystko przydawał mu ostatnio pacjentów a sieć kontaktów wypełniała się sama. Nieoczekiwanie, jak na kogoś kto planował o tej porze roku być już tylko kupką popiołu w zniszczonym francuskim ogrodzie.
– Bycie wampirem było banalne wtedy, gdy mniej przykładało się wagi do rejestru zniknięć – odpowiedział z właściwą sobie szczerością, nie zatapiając się jednak w nostalgicznym bagnie okresu, gdy nóż ofiarny tak wygodnie leżał w dłoni. – Teraz z resztą też nie jest wcale tak trudno być wampirem. Bycie mną... TO dopiero jest wyzwanie. – uśmiechnął się krzywo do własnych odczuć kłębiących się w nieumarłym ciele, jak wiatr szumiał po opustoszałych polach żałoby.
– Jesteś czymś o wiele więcej niż kartą legalnego wyniesienia cudzej własności mon amie. Chciałbym dostać kartę członkowską tego miejsca. Maida Vale przypomina mi dom i chcę aby każdy kto kocha ten ogród i jego los leży mu na sercu, wiedział, że i mi leży na sercu stan tych krzewów, traw, zaniedbanej - musisz przyznać straszliwe niedopatrzenie - oranżerii. Nawet jeśli to serce nie bije. Ten ogród sprawia, że czuje się lepiej, a toczy go choroba. Chcę, żeby formalnie nikt nie miał co do tego wątpliwości. – Trochę prosił. A trochę oczekiwał. – Och i jeżeli nie chcesz tej sadzonki, chętnie ją adoptuje. To byłby świetny test, aby sprawdzić co dzieje się z kwiatem kiedy nie jest w aurze tego miejsca. W ogóle wiedziałeś, że gdzieś tutaj ktoś zakopuje tajemnicze fiolki z krwią? Albo... one się tworzą za sprawą kwiatów i tylko imitują szkło. – zmrużył oczy próbując sobie przypomnieć, ale niestety, nie miał pewności - nie on odkrył świecidełko, nie on zanurzył nos w wonnościach, które chwilę później wyparowały. – Masz tu warunki do przeprowadzania badania? Jeśli tak, to czyń honory mój drogi, jeśli nie, ruszam za Tobą. To ostatecznie nie jest najważniejsze moje zmartwienie dnia dzisiejszego, a skoro noc młoda, pozwól wyrazić mi swoje życzenie, abym mógł wykorzystać Cię w sposób maksymalny – zachmurzył się nieco, wzrok odwrócił w dramatycznym geście, szukając na niebie księżyca, dopiero po chwili przypominając sobie, że przecież są w przeklętej oranżerii i efekt nieco przygasł. Z resztą chyba ostatnio był nów... Oblizał wargi. – Bez gryzienia oczywiście, po prostu Twoja ekspertyza przyda mi się i w innym... zmartwieniu – uściślił.