09.04.2026, 18:32 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.04.2026, 18:37 przez Aaron Andrew Moody.)
Aaron już otwierał usta, żeby powiedzieć, że nie pije na służbie... Zamiast tego zachował jednak godne milczenie, bo przecież na służbie nie był, chociaż lubił mawiać, że służba aurora nie kończy się po wyjściu z pracy. Gdyby zasłonił się posadą, wyszedłby jednak na hipokrytę. Przed chwilą pokrzepił się dobytym z piersiówki łyczkiem czegoś mocniejszego. Powinien odmówić. Powinien, ale nie odmówił. No ale co to było, jedna szklaneczka! Uzależnienie nie pozwalało o sobie zapomnieć, a musem starego majstra było przecież robotę opić.
– Chlapnij, co tam masz – rzekł więc wspaniałomyślnie Aaron. Wprowadzony do kuchni, nie odzywał się wiele, skupił się bowiem na ocenie zniszczeń, nie przestał jednak przysłuchiwać się Gabrielowi. Na wspomnienie "obżerającej się pralinkami wampirzycy" zmarszczył brwi, ale że przyglądał się wówczas z uwagą zdemolowanym meblom, a w rękach obracał rozwaloną szufladę, sprawdzając, czy drewno pękło wzdłuż włókien, czy tylko rozeszło się na łączeniach, trudno było przyporządkować jego reakcję do tych konkretnych słów. Aaron doszedł do wniosku, że nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad nawykami żywieniowymi wampirów. O tym, że potrzebują krwi, wiedzieli wszyscy, ale czy wciąż czerpały przyjemność z normalnych posiłków? Żadnego wampira jakoś bliżej nie znał, z żadnym również wieczerzać nie planował, posługiwać mógł się więc tym temacie wyłącznie dowodami anegdotycznymi. W sumie, gdyby podać wampirowi taką czerninę, to powinien się ucieszyć. A kaszanka? Co z kaszanką? Do niej też dodawało się przecież krwi. A alkohol, zaczął rozważać pytanie Gabriela, co z alkoholem? A bo mało to było wampirów, które odwalały głupoty, bo wyssały pijaka ze zbyt wieloma promilami we krwi? Ożesz, zdał sobie sprawę, gafę popełnił, piersiówką się nie podzielił. Ale to akurat należało zrzucić na karb zdenerwowania. Zabawne, pomyślał, zdejmując z zawiasów drzwiczki od szafki, w których pięść Gabriela pozostawiła ziejącą dziurę. Prześwietlił go kiedyś na tyle, żeby wiedzieć, jaki rodzaj krwi pija najchętniej, i jakie zdolności magiczne posiada. Nie pomyślał, żeby sprawdzić, czy w ogóle jada i pije. Niedopatrzenie nagle przestało mu się wydawać zabawnym. Stało się niedopuszczalnym zaniechaniem. Przez takie zaniechania ludzie tracili życia. Tracili je, bo przestawali być czujnymi. "Zawsze czujny, czyż nie?" trąciło nagle kpiną. Wiedział, że Gabriel z niego nie kpił. Nawet gdyby, Aaron nie odebrałby tego źle. Myśli Aarona zawsze mimowolnie uciekały jednak w stronę pracy. W stronę tego, co należało poprawić. Być może nie był tak czujny jak powinien. Nie był wystarczająco dokładny. Przyzwyczaił się do tego, że nigdy nie będzie idealnie. Że bycie aurorem to niekończące się dążenie do ideału, który nawet w jego głowie był nieosiągalnym. A jednak o im większej ilości rzeczy się pomyślało, im więcej objęło się procedurą, wtłoczyło w nawyk, tym więcej istnień dało się ocalić. Bo do tego się to przecież sprowadzało. Do tego, żeby nigdy więcej nie było Spalonej Nocy, pomyślał, chociaż śpiew ptaszków za oknem przypomniał mu chichot pewnej sędziny, która niechybnie by te myśli wyśmiała.
Zabrał się do pracy, chociaż na końcu języka miał pytanie, czy sprzątają po próbie przemeblowania, czy po małżeńskiej kłótni. Sądząc jednak po słowach rozanielonego Gabriela, ten był dokładnie tam, gdzie chciał być, czyli na garnuszku pralinkowej wampirzycy. Po zabezpieczeniu podłogi i innych newralgicznych miejsc, przydzielił mu za zadanie zdrapanie resztek farby ze ścian, a sam zajął się rozmontowywaniem kuchni. Drzwiczki zdjał całkowicie, zawias po zawiasie, bez szarpania, bo wyrwane śruby dało się osadzić na nowo. Wspólnie rozdzielali elementy: osobno drewno, które nadawało się jeszcze do wykorzystania, osobno te, które należało wyrzucić. Połamane fronty Aaron odkładał przy ścianie, sprawdzając palcami, czy pęknięcie biegnie z drewnianym włóknem. Jeśli drewno rozeszło się poprzecznie, nie tracił na nie czasu. Oczyścił drewno z odprysków, dziury po uderzeniach nie znosiły bowiem pośpiechu: krawędzie należało podciąć tak, by klej miał się czego trzymać. Zanim zabrali się do napraw, wyczyścili całe pomieszczenie. Stara farba miejscami odchodziła płatami ze ścian, więc najpierw Gabriel dostał magiczny skrobak. Ryj pod kątem, bez rwania tynku, powtarzał Aaron. Sam zajął się potem bardziej problematycznymi miejscami, gdzie pęknięcia trzeba było otworzyć delikatnie ostrzem, aby masa szpachlowa weszła głębiej, a nie tylko przykryła rysę od góry.
Potem nadszedł czas na malowanie części mebli na różowo. Moody nie pozwolił używać szerokiego machnięcia różdżką do pomalowania całości, choć wiedział, że wtedy byłoby szybciej. Jak nie masz wprawy, zostają zacieki, wyjaśnił. Najpierw więc zrób narożniki pędzlem. Potem cienka warstwa na front. Nie grubo, bo zacznie spływać. A te najbardziej uszkodzone części możemy dodatkowo zafornirować. Pokażę ci potem, teraz maluj. Gdy Moody skręcał pomalowane wspólnie meble, wprawiony już nieco w malowaniu Gabriel otrzymał w przydziale wielki wałek, którym wywijał wcale zręcznie, pokrywając ściany dwiema warstwami farby. Najpierw podmalówka, a po wyschnięciu, właściwe pokrycie. Moody polecił mu zacząć od sufitu, potem położyć farbę na ścianę przy oknach (ramy oczyścił wcześniej tak na wszelki wypadek), zawsze zgodnie z kierunkiem światła wpadającego przez szyby, żeby od razu było widać, czy farba została rozprowadzona równo. Pędzel zanurzasz do jednej trzeciej włosia, nie głębiej. Nadmiar ścierasz o krawędź... Nie chlap po podłodze! Najpierw narożniki, potem środek wałkiem. Tak. Właśnie tak. Nie wracasz do miejsc, które zaczynają schnąć, bo zostaną ślady. Montaż umeblowania Moody zostawił oczywiście na koniec. Ściany magicznie wyschły, elementy kuchennego wyposażenia również. Zerwane drzwiczki od szafek ułożył na naprawionym magią stole, każdy zawias obok odpowiedniego miejsca złączenia. Wszystkie zepsute elementy zostały naprawione albo wymienione.
– Opactwo w Thanet – rzucił nagle Moody, pozornie bez związku. Wytarł wierzchem dłoni usta, zrobił sobie bowiem przerwę, żeby napić się wody prosto z kranu, po tym jak już obsadził zlew i sprawdził, czy reszta armatury nie została naruszona. – Anglosaski klasztor położony na półwyspie w północno-wschodniej część hrabstwa Kent. Wakacjowałem tam kiedyś. Dobre miejsce na spóźniony miesiąc miodowy, jakbyś kiedyś potrzebował. Tańsze niż Dorset. Wciąż blisko do plaży i ośrodków turystycznych, ale można też mieć ciszę i spokój. No i jest jeszcze to opactwo... Nawa główna robi duże wrażenie dzięki sklepieniu wykonanego z masywnych bloków kredowych. Prezbiterium jest we wczesnogotyckim stylu angielskim, wstawiono tam potem przypory łukowe, bo górne partie murów zaczęły się rozchodzić. Na szczęście tu u was nie powinno być tego problemu. Wieżę z towarzyszącą jej wieżyczką w południowo-wschodnim narożniku wzniesiono przynajmniej częściowo z kamienia z Caen. Być może przypomni ci o rodzinnych stronach. Jej – Aaron skinął wymownie głową w stronę różowych szafek – też powinno się spodobać. Chociaż mniej tam różowego. – Zabrzmiało to jak żart, ale Moody się nie roześmiał, tylko wzruszył lekko ramionami, wracając do pracy. – Za kobietą tu zjechałeś?
Odkryj wiadomość pozafabularną
– Chlapnij, co tam masz – rzekł więc wspaniałomyślnie Aaron. Wprowadzony do kuchni, nie odzywał się wiele, skupił się bowiem na ocenie zniszczeń, nie przestał jednak przysłuchiwać się Gabrielowi. Na wspomnienie "obżerającej się pralinkami wampirzycy" zmarszczył brwi, ale że przyglądał się wówczas z uwagą zdemolowanym meblom, a w rękach obracał rozwaloną szufladę, sprawdzając, czy drewno pękło wzdłuż włókien, czy tylko rozeszło się na łączeniach, trudno było przyporządkować jego reakcję do tych konkretnych słów. Aaron doszedł do wniosku, że nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad nawykami żywieniowymi wampirów. O tym, że potrzebują krwi, wiedzieli wszyscy, ale czy wciąż czerpały przyjemność z normalnych posiłków? Żadnego wampira jakoś bliżej nie znał, z żadnym również wieczerzać nie planował, posługiwać mógł się więc tym temacie wyłącznie dowodami anegdotycznymi. W sumie, gdyby podać wampirowi taką czerninę, to powinien się ucieszyć. A kaszanka? Co z kaszanką? Do niej też dodawało się przecież krwi. A alkohol, zaczął rozważać pytanie Gabriela, co z alkoholem? A bo mało to było wampirów, które odwalały głupoty, bo wyssały pijaka ze zbyt wieloma promilami we krwi? Ożesz, zdał sobie sprawę, gafę popełnił, piersiówką się nie podzielił. Ale to akurat należało zrzucić na karb zdenerwowania. Zabawne, pomyślał, zdejmując z zawiasów drzwiczki od szafki, w których pięść Gabriela pozostawiła ziejącą dziurę. Prześwietlił go kiedyś na tyle, żeby wiedzieć, jaki rodzaj krwi pija najchętniej, i jakie zdolności magiczne posiada. Nie pomyślał, żeby sprawdzić, czy w ogóle jada i pije. Niedopatrzenie nagle przestało mu się wydawać zabawnym. Stało się niedopuszczalnym zaniechaniem. Przez takie zaniechania ludzie tracili życia. Tracili je, bo przestawali być czujnymi. "Zawsze czujny, czyż nie?" trąciło nagle kpiną. Wiedział, że Gabriel z niego nie kpił. Nawet gdyby, Aaron nie odebrałby tego źle. Myśli Aarona zawsze mimowolnie uciekały jednak w stronę pracy. W stronę tego, co należało poprawić. Być może nie był tak czujny jak powinien. Nie był wystarczająco dokładny. Przyzwyczaił się do tego, że nigdy nie będzie idealnie. Że bycie aurorem to niekończące się dążenie do ideału, który nawet w jego głowie był nieosiągalnym. A jednak o im większej ilości rzeczy się pomyślało, im więcej objęło się procedurą, wtłoczyło w nawyk, tym więcej istnień dało się ocalić. Bo do tego się to przecież sprowadzało. Do tego, żeby nigdy więcej nie było Spalonej Nocy, pomyślał, chociaż śpiew ptaszków za oknem przypomniał mu chichot pewnej sędziny, która niechybnie by te myśli wyśmiała.
Zabrał się do pracy, chociaż na końcu języka miał pytanie, czy sprzątają po próbie przemeblowania, czy po małżeńskiej kłótni. Sądząc jednak po słowach rozanielonego Gabriela, ten był dokładnie tam, gdzie chciał być, czyli na garnuszku pralinkowej wampirzycy. Po zabezpieczeniu podłogi i innych newralgicznych miejsc, przydzielił mu za zadanie zdrapanie resztek farby ze ścian, a sam zajął się rozmontowywaniem kuchni. Drzwiczki zdjał całkowicie, zawias po zawiasie, bez szarpania, bo wyrwane śruby dało się osadzić na nowo. Wspólnie rozdzielali elementy: osobno drewno, które nadawało się jeszcze do wykorzystania, osobno te, które należało wyrzucić. Połamane fronty Aaron odkładał przy ścianie, sprawdzając palcami, czy pęknięcie biegnie z drewnianym włóknem. Jeśli drewno rozeszło się poprzecznie, nie tracił na nie czasu. Oczyścił drewno z odprysków, dziury po uderzeniach nie znosiły bowiem pośpiechu: krawędzie należało podciąć tak, by klej miał się czego trzymać. Zanim zabrali się do napraw, wyczyścili całe pomieszczenie. Stara farba miejscami odchodziła płatami ze ścian, więc najpierw Gabriel dostał magiczny skrobak. Ryj pod kątem, bez rwania tynku, powtarzał Aaron. Sam zajął się potem bardziej problematycznymi miejscami, gdzie pęknięcia trzeba było otworzyć delikatnie ostrzem, aby masa szpachlowa weszła głębiej, a nie tylko przykryła rysę od góry.
Potem nadszedł czas na malowanie części mebli na różowo. Moody nie pozwolił używać szerokiego machnięcia różdżką do pomalowania całości, choć wiedział, że wtedy byłoby szybciej. Jak nie masz wprawy, zostają zacieki, wyjaśnił. Najpierw więc zrób narożniki pędzlem. Potem cienka warstwa na front. Nie grubo, bo zacznie spływać. A te najbardziej uszkodzone części możemy dodatkowo zafornirować. Pokażę ci potem, teraz maluj. Gdy Moody skręcał pomalowane wspólnie meble, wprawiony już nieco w malowaniu Gabriel otrzymał w przydziale wielki wałek, którym wywijał wcale zręcznie, pokrywając ściany dwiema warstwami farby. Najpierw podmalówka, a po wyschnięciu, właściwe pokrycie. Moody polecił mu zacząć od sufitu, potem położyć farbę na ścianę przy oknach (ramy oczyścił wcześniej tak na wszelki wypadek), zawsze zgodnie z kierunkiem światła wpadającego przez szyby, żeby od razu było widać, czy farba została rozprowadzona równo. Pędzel zanurzasz do jednej trzeciej włosia, nie głębiej. Nadmiar ścierasz o krawędź... Nie chlap po podłodze! Najpierw narożniki, potem środek wałkiem. Tak. Właśnie tak. Nie wracasz do miejsc, które zaczynają schnąć, bo zostaną ślady. Montaż umeblowania Moody zostawił oczywiście na koniec. Ściany magicznie wyschły, elementy kuchennego wyposażenia również. Zerwane drzwiczki od szafek ułożył na naprawionym magią stole, każdy zawias obok odpowiedniego miejsca złączenia. Wszystkie zepsute elementy zostały naprawione albo wymienione.
– Opactwo w Thanet – rzucił nagle Moody, pozornie bez związku. Wytarł wierzchem dłoni usta, zrobił sobie bowiem przerwę, żeby napić się wody prosto z kranu, po tym jak już obsadził zlew i sprawdził, czy reszta armatury nie została naruszona. – Anglosaski klasztor położony na półwyspie w północno-wschodniej część hrabstwa Kent. Wakacjowałem tam kiedyś. Dobre miejsce na spóźniony miesiąc miodowy, jakbyś kiedyś potrzebował. Tańsze niż Dorset. Wciąż blisko do plaży i ośrodków turystycznych, ale można też mieć ciszę i spokój. No i jest jeszcze to opactwo... Nawa główna robi duże wrażenie dzięki sklepieniu wykonanego z masywnych bloków kredowych. Prezbiterium jest we wczesnogotyckim stylu angielskim, wstawiono tam potem przypory łukowe, bo górne partie murów zaczęły się rozchodzić. Na szczęście tu u was nie powinno być tego problemu. Wieżę z towarzyszącą jej wieżyczką w południowo-wschodnim narożniku wzniesiono przynajmniej częściowo z kamienia z Caen. Być może przypomni ci o rodzinnych stronach. Jej – Aaron skinął wymownie głową w stronę różowych szafek – też powinno się spodobać. Chociaż mniej tam różowego. – Zabrzmiało to jak żart, ale Moody się nie roześmiał, tylko wzruszył lekko ramionami, wracając do pracy. – Za kobietą tu zjechałeś?
Korzystam z przewagi Renowacja II i rzemiosła ◉◉◉○○
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.