09.04.2026, 20:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2026, 07:52 przez Gabriel Montbel.)
Tłumaczenie Lucy tylko zaogniło płomień zazdrości i z chęcią w narracji pojawiłby się proces myślowy Gabriela, niestety to kilkusetletnie chłopię zazwyczaj mówiło co myślało. Albo zanim w ogóle zdołało pomyśleć.
– Och dawny a nie były??? To może jeszcze zaraz się okaże, że dawny jest całkiem obecny i bieżący? – gorączkował się, choć z racji swojej nieumarłości nie mógł ani się zaczerwienić, ani zweryfikować gdzie tak na prawdę te emocje go dźgają w środku. Od największa zawada bycia martwym - rozpoznanie emocjonalnego stanu było znacząco utrudnione prawidłowo działającą fizjologią. Zatem filtry jaźni i przekonań działały same, za wszystko odpowiadał mózg, a wampirowi łatwo było pomylić tęsknotę i żal, z wściekłością i rozgoryczeniem. Zwłaszcza takiemu jak Gabriel, który absolutnie nienawidził teraz całej jadalni, zapominając o portrecie, o planach i o tym, że chciał jej sprawić przyjemność lub ba! celowo zdenerwować, żeby wyrzuciła go z domu. Przypominał trochę kota wyciągniętego ze śmietnika, który mimo przespanych kilku nocy w domu zaczął się awanturować, gdy próbowało się go wziąć na ręce.
A może... dlatego, że przyśniło mu się, że ktoś go z tych rąk zrzucił.
Wszystkie odpowiedzi zdawały się adekwatne, choć obecnie Montbel przez czerwoną mgłę nie widział ani ich, ani choćby pytań, mogących w jakikolwiek sposób go wyciszyć.
Stanął jednak słysząc jej polecenie, kawałek tapety spadł na ziemię, a on nie był aż tak zamroczony wściekłością by próbować forsować ten piękny krzak.
– Nie mamy o czym rozmawiać – wycedził, wściekając się jeszcze bardziej faktem, że jest wściekły, gdy ją najwidoczniej nic to nie obchodziło, ani on, ani jego ból, ani to że sprawiła mu taką przykrość tym razem na jawie.
Powinna się cieszyć, że nie ruszył na łowy. Że nie zrobił dla niej na pożegnanie bukieciku z gałek ocznych na nowym zamówionym stole, skoro tak bardzo ten kolor lubiła.
A jeszcze nie miał on nic wspólnego z jego własnym chłodnym błękitem tęczówek, co uważał za podwójnie urażające.
Potrójnie!
– Spalę to i się wyprowadzę – przepchnął się obok ignorując wyczarowane krzesło, ignorując ją, ignorując własne ręce drżące, którymi przyciskał do serca znienawidzony papier. Co chciał w ten sposób osiągnąć? Zdążył zapomnieć, gdy długimi krokami przemierzał korytarze opactwa, szukając wyjścia na błonia.
Nie musiała czekać długo by usłyszeć odbijający się echem po całej posiadłości pełen irytacji krzyk. Znów skręcił nie w tą stronę i trafił na ślepy korytarzyk z eleganckim popiersiem. Teraz pod postumentem leżał stos podartych ścianowych świstków, których nie pogubił po drodze. Leżał też i on skutecznym sposobem relaksacji za pomocą wciskania twarzy w chłodny kamień podłogi korytarza.
Owszem.
Zgubił się.
– Och dawny a nie były??? To może jeszcze zaraz się okaże, że dawny jest całkiem obecny i bieżący? – gorączkował się, choć z racji swojej nieumarłości nie mógł ani się zaczerwienić, ani zweryfikować gdzie tak na prawdę te emocje go dźgają w środku. Od największa zawada bycia martwym - rozpoznanie emocjonalnego stanu było znacząco utrudnione prawidłowo działającą fizjologią. Zatem filtry jaźni i przekonań działały same, za wszystko odpowiadał mózg, a wampirowi łatwo było pomylić tęsknotę i żal, z wściekłością i rozgoryczeniem. Zwłaszcza takiemu jak Gabriel, który absolutnie nienawidził teraz całej jadalni, zapominając o portrecie, o planach i o tym, że chciał jej sprawić przyjemność lub ba! celowo zdenerwować, żeby wyrzuciła go z domu. Przypominał trochę kota wyciągniętego ze śmietnika, który mimo przespanych kilku nocy w domu zaczął się awanturować, gdy próbowało się go wziąć na ręce.
A może... dlatego, że przyśniło mu się, że ktoś go z tych rąk zrzucił.
Wszystkie odpowiedzi zdawały się adekwatne, choć obecnie Montbel przez czerwoną mgłę nie widział ani ich, ani choćby pytań, mogących w jakikolwiek sposób go wyciszyć.
Stanął jednak słysząc jej polecenie, kawałek tapety spadł na ziemię, a on nie był aż tak zamroczony wściekłością by próbować forsować ten piękny krzak.
– Nie mamy o czym rozmawiać – wycedził, wściekając się jeszcze bardziej faktem, że jest wściekły, gdy ją najwidoczniej nic to nie obchodziło, ani on, ani jego ból, ani to że sprawiła mu taką przykrość tym razem na jawie.
Powinna się cieszyć, że nie ruszył na łowy. Że nie zrobił dla niej na pożegnanie bukieciku z gałek ocznych na nowym zamówionym stole, skoro tak bardzo ten kolor lubiła.
A jeszcze nie miał on nic wspólnego z jego własnym chłodnym błękitem tęczówek, co uważał za podwójnie urażające.
Potrójnie!
– Spalę to i się wyprowadzę – przepchnął się obok ignorując wyczarowane krzesło, ignorując ją, ignorując własne ręce drżące, którymi przyciskał do serca znienawidzony papier. Co chciał w ten sposób osiągnąć? Zdążył zapomnieć, gdy długimi krokami przemierzał korytarze opactwa, szukając wyjścia na błonia.
Nie musiała czekać długo by usłyszeć odbijający się echem po całej posiadłości pełen irytacji krzyk. Znów skręcił nie w tą stronę i trafił na ślepy korytarzyk z eleganckim popiersiem. Teraz pod postumentem leżał stos podartych ścianowych świstków, których nie pogubił po drodze. Leżał też i on skutecznym sposobem relaksacji za pomocą wciskania twarzy w chłodny kamień podłogi korytarza.
Owszem.
Zgubił się.