Skrzatka pojawiła się z dzbankiem i filiżankami, rozlała herbatę, zostawiła łyżeczki, cukier i mleko w dzbanuszku, i zaraz zniknęła, zostawiając Victorię i Flinta samych.
Miał rację, że zauważywszy jego minę, zaczęła się zastanawiać. Ale nie było to wcale trudne do przewidzenia – znali się przecież całe długie szesnaście lat i pewne rzeczy były po prostu oczywiste w tak długiej, nadal pielęgnowanej znajomości. Znajomości, która być może nie pasowała do poukładanej Victorii, ale ta nie zamierzała się tym ani trochę przejmować.
– Coś się stało? – zapytała po jakichś dwóch, może trzech sekundach wpatrywania się w zmarszczony nos Dægberhta. Bardzo zgrabny zmarszczony nos. – Och – wyrwało jej się, gdy Berht zrzucił to, co mu leżało na sercu, i obdarzyła go łagodnym uśmiechem. Martwił się. Rzadko myślała o tym, jak jej zawód wpływał na innych, jej rodzina chyba jakoś mocno się nie przejmowała, że coś może jej się stać, większość innych bliskich chyba po prostu przechodziła nad tym do porządku dziennego. Ale nie Berht, nie. – Znasz mnie, nie jestem typem, który rzuca się w akcję bez planu i przemyśleń – to akurat była prawda, zwykle najpierw myślała, a potem robiła, rzadko na odwrót. Być może to ją uchowało od wielu kontuzji, których nabawiał się na przykład taki Atreus. – Ale wiesz, to miłe, że się martwisz – rozlewało się to jakimś takim ciepłem na sercu. Kiwnęła głową na to, że są wstępnie umówieni. – U Yaxleyów, dosłownie zaraz po Mabon – faktycznie powiedziała to tak, jakby to było oczywiste… ale nie musiało.