• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue

[18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#5
10.04.2026, 13:06  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.04.2026, 13:07 przez Benjy Fenwick.)  
Już któryś raz z rzędu stanąłem przy tym kominku jak przy ołtarzu, tylko zamiast modlitwy miałem w głowie jedną myśl „no dalej, rusz się w końcu”, przez te dwadzieścia cztery godziny zrobiłem więcej kroków między drzwiami a paleniskiem niż przez ostatni tydzień razem wzięty, i nawet nie próbowałem zbyt mocno udawać, że mam nad tym kontrolę. Prue siedziała z książką, spokojna, opanowana, jakby to był zwykły wieczór, a nie czekanie na coś, co mogło nas ugryźć, podpalić albo zacząć mówić ludzkim głosem - właśnie w tym była między nami różnica - ona przetwarzała fakty w spokoju, ja chciałem jak najszybciej zobaczyć, co się stanie, gdy minie jakaś mityczna granica lub sami ją przekroczymy. Moja żona utrzymywała równowagę na każdej płaszczyźnie, ja starałem się nie okazywać zbyt jawnie, że stoję na krawędzi zrobienia czegoś głupiego od dobrych kilku godzin, chociaż chyba oboje wiedzieliśmy, jak to się skończy… Dwie zupełnie różne drogi, które jakimś cudem prowadziły nas w to samo miejsce, do tego samego domu, do bycia ze sobą całkiem zgranym duetem.
W tym momencie największą różnicą między nami było to, że ona próbowała przygotować się na to, co mogło nastąpić, a ja chciałem po prostu stać się tego świadkiem. Dwadzieścia cztery godziny to był mój osobisty rekord w powstrzymywaniu się od robienia czegoś głupiego. Może dlatego, że Pruey też tu była, patrzyła, analizowała, więc… Nie mogłem po prostu wziąć młotka i sprawdzić, co jest w środku - choć, na Merlina, przez chwilę naprawdę to rozważałem, będąc gotowym zaryzykować jej jęk dezaprobaty i spojrzenie pełne zawodu z powodu mojej porywczości. Nie musiałem nawet na nią patrzeć, żeby wiedzieć, że mnie obserwowała, czułem to w karku, w tym charakterystycznym napięciu, które pojawiało się zawsze, kiedy ktoś próbował mnie „czytać” jak otwartą księgę. Różnica była taka, że moja żona faktycznie rozumiała to, czego nie mówiłem werbalnie - nie mogłem się łudzić, nawet jeśli kiedyś by mnie to drażniło, a teraz wprawiało w ten dziwny stan między wesołością a wywracaniem oczami - dla Prudence byłem po prostu przewidywalny w swoich głupich pomysłach. Kręciłem się przy tym kominku jak przeklęta dusza, która nie potrafiła odejść od własnego błędu, i chociaż ani przez chwilę nie żałowałem zakupu tych jaj, to to czekanie działało mi na nerwy bardziej niż jakiekolwiek ryzyko.
Oparłem się o kominek, odsunąłem się, przeszedłem dwa kroki, wróciłem, jakbym był na uwięzi, tylko nikt nie raczył mi powiedzieć, gdzie dokładnie kończył się mój zasięg. I pewnie, mogłem wsadzić rękę w ogień, sprawdzić, czy coś się zmieniło - przemknęło mi to przez głowę więcej niż raz - ale nawet ja miałem jakieś granice... Czasem... Ostatnio coraz częściej, co, swoją drogą, było pewnym osiągnięciem względem poprzedniej połowy mojego życia.
- Czyli oficjalnie mamy coś, czego nie ma w ksiąszce. - Uśmiechnąłem się pod nosem, zerkając na okładkę tylko przelotnie, bo dla mnie to wcale nie była nowa sytuacja, to był raczej standard naszej dynamiki - Pruey szukała wzorca, porównania, czegoś, co pozwoliłoby to nazwać i oswoić, ja miałem gdzieś nazwy, interesowało mnie tylko, co to zrobi, kiedy w końcu wyjdzie. Dla mnie brak informacji nie był powodem, by się zatrzymać, tylko żeby sprawdzić szybciej i boleśniej, jeśli trzeba - prawda była taka, że im mniej ktoś wiedział, tym bardziej mnie to ciągnęło, aby to sprawdzić - zbyt dobrze opisane rzeczy były nudne, przewidywalne, bez pazura, a to… To mogło być cokolwiek i zdecydowanie mogło mieć zajebiście długie pazury. - Bszmi jak dobly inteles. - Mruknąłem z cieniem satysfakcji.
Słuchałem jej dalej, tego całego spokojnego rozkładania niewiadomej na czynniki pierwsze, i przez chwilę naprawdę próbowałem podejść do tego tak jak ona - logicznie, z dystansem, ale to nie działało, bo dla mnie to nie była teoria… To było coś, co właśnie mieliśmy przed sobą, coś, co reagowało, pękało, świeciło.
Prychnąłem cicho, kiedy nazwała to, co nie raz, nie dwa działo się w moim życiu, wpychając mnie we wzburzone wody, „podejściem”, ale tym razem nie zaprzeczyłem, bo… Miała rację, zresztą, wkurzająco często ją miała.
- To nie podejście. To styl szycia. - Rzuciłem lekko i wzruszyłem lekko ramionami na jej analizę, bo dla mnie to wszystko było proste - albo coś z tego wyjdzie, albo nie, a jeśli wyjdzie, to wtedy się będziemy martwić - zawsze działałem w tej kolejności i jakoś nadal stałem tu, a nie leżałem sześć stóp pod ziemią. - Ja po plostu splawdzam szybciej. - Nie powiedziałem „na własnej skórze”, chociaż zapewne oboje o tym pomyśleliśmy. - Poza tym nie zwalaj wszystkiego na mnie. - Mruknąłem z cieniem rozbawienia. - Czasem świat po plostu lubi się dobsze zabawiś moim kosztem. - Nie dodałem, że często mu w tym pomagałem, to było oczywiste, wynikało również z tego, co sama mi przed chwilą powiedziała, a czemu ja nie zaprzeczałem. Wiedziałem, że miała rację, wiedziałem też, że nic z tym nie zrobię, kiedy jednak przeszliśmy od wspomnienia o gryzieniu do przypomnienia o tamtym „podrapaniu”, zatrzymałem się na ułamek sekundy, ledwo zauważalnie - nie odwróciłem się gwałtownie, nie skomentowałem od razu, tylko przez chwilę patrzyłem na jajo w szczypcach, jakby było wygodnym pretekstem, żeby nie wracać do tamtej nocy bardziej, niż było to konieczne. Teraz mieliśmy coś innego przed sobą i, szczerze, wolałem skupić się na tym, machnąłem lekko ręką na jej komentarz, chociaż przez sekundę coś mnie ukłuło - lepiej brzmiało „podrapał” niż „prawie mnie rozerwał”, nawet jeśli oboje wiedzieliśmy, jak blisko to drugie było prawdy.
Stuknąłem palcem w rant garnka, przygryzając wargę i marszcząc brwi, jakbym się zastanawiał, czy faktycznie powinniśmy robić temu przytulny dom. To, co było w środku - czymkolwiek było - zasługiwało jednak na to, żeby nie spartaczyć sprawy na samym końcu, szczególnie, iż Pruey naprawdę o tym myślała - o tym, co było wewnątrz jajek - nie tylko, czym było, ale również jakie będzie. Dla mnie to też nie była wyłącznie zagadka do rozwiązania, tylko coś, co trzeba było w końcu popchnąć, żeby zobaczyć, czy wybuchnie, ugryzie, czy może tylko zapiszczy z entuzjazmem. Pochyliłem się nieco nad garnkiem, mrużąc oczy, jakby to miało mi pomóc zobaczyć więcej - światło było jaśniejsze, bardziej natarczywe, a skorupki… No, nie wyglądały już jak coś, co chciało sobie spokojnie poleżeć.
- Jak to coś splóbuje nas zeszleś, pszypomnę ci te słowa. - Powiedziałem lekko, zerkając na nią z boku. - „Chciałam, szeby czuło się dobsze”. - Uniosłem lekko głowę i przewróciłem oczami, chociaż kącik ust znów mi drgnął. Gadanie o planach tych stworzeń brzmiało sensownie, logicznie, nawet uspokajająco, ale mnie to tylko jeszcze bardziej drażniło, bo logika zakładała czekanie, a ja nienawidziłem czekać. Za to „nieco ugotować” brzmiało… Dobrze. Niby trochę jak plan na nieznane, potencjalnie wkurzone stworzenie, ale dobrze, więc zdecydowanie pokiwałem głową.
- To mose im pomóc. Albo… - Dodałem wolniej, z tym swoim charakterystycznym błyskiem w oczach. - Mose się wkulwią, jak bęsie za goląso i wilgotno, i szybciej wyjdą. - Uśmiechnąłem się krzywo, bez ukrywania tego, jak bardzo mi się ten pomysł podobał, po czym znów skupiłem się na tym, co było w środku, gotowy zobaczyć, co właściwie właśnie sprowadziliśmy na własną głowę.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (3960), Prudence Fenwick (2987)




Wiadomości w tym wątku
[18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.04.2026, 13:07
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 08.04.2026, 14:17
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 08.04.2026, 22:20
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 09.04.2026, 16:34
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 10.04.2026, 13:06
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 10.04.2026, 18:46
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Benjy Fenwick - 11.04.2026, 01:47
RE: [18.10.72] Relax, nothing is under control | Benjy, Prue - przez Prudence Fenwick - 14.04.2026, 10:45

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa