10.04.2026, 19:33 ✶
Biały Wiwern nie zmienił się ani trochę od czasu, kiedy ostatni raz przekroczyliśmy jego próg, podczas tamtej pamiętnej nocy, co w gruncie rzeczy było jego największą zaletą. Zapach alkoholu mieszał się z czymś cięższym, trudnym do zidentyfikowania, a przytłumione światło sprawiało, że twarze gości wydawały się ostrzejsze, bardziej podejrzane, jakby każdy miał coś do ukrycia. Kiedy minęliśmy drzwi prowadzące na zaplecze, do moich nozdrzy doleciała również woń czegoś, co w przypływie niezdrowego optymizmu można było nazwać „całkiem sycącą strawą” składającą się z mięsa o wątpliwej jakości, uprzednio obkrojonych warzyw i mączno-ziemniaczanego zapychacza - kiedyś byłoby to całkiem kuszące rozwiązanie na wczesny obiad, ale teraz nawet nie spojrzałem w kierunku karty dań.
Wybrałem stolik w rogu, w kącie, z którego miałem dobry widok na wejście i większość sali, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby - tak już działałem, nawet jeśli nie byłem tu na zleceniu, nie potrafiłem tego wyłączyć - plecy do ściany, przestrzeń pod kontrolą, drogi ucieczki w zasięgu wzroku, dokładnie tak, jak powinno się siadać w miejscach, gdzie nigdy nie wiadomo, kto i po co się pojawi. To był odruch, którego nie dało się oduczyć, chociaż przecież nie byliśmy tu dla interesów ani dla problemów, tylko… Dla siebie.
- Lomantysznie. - Rzuciłem półgłosem, kąciki ust unosząc w tym swoim charakterystycznym, nieco przekornym uśmiechu, kiedy oparłem łokieć o blat. Krzesło zaskrzypiało cicho, kiedy się na nim rozsiadłem, wyciągając nogi trochę dalej niż wypadało i opierając się swobodnie, jakbym był u siebie.
Wybrałem stolik w rogu, w kącie, z którego miałem dobry widok na wejście i większość sali, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej potrzeby - tak już działałem, nawet jeśli nie byłem tu na zleceniu, nie potrafiłem tego wyłączyć - plecy do ściany, przestrzeń pod kontrolą, drogi ucieczki w zasięgu wzroku, dokładnie tak, jak powinno się siadać w miejscach, gdzie nigdy nie wiadomo, kto i po co się pojawi. To był odruch, którego nie dało się oduczyć, chociaż przecież nie byliśmy tu dla interesów ani dla problemów, tylko… Dla siebie.
- Lomantysznie. - Rzuciłem półgłosem, kąciki ust unosząc w tym swoim charakterystycznym, nieco przekornym uśmiechu, kiedy oparłem łokieć o blat. Krzesło zaskrzypiało cicho, kiedy się na nim rozsiadłem, wyciągając nogi trochę dalej niż wypadało i opierając się swobodnie, jakbym był u siebie.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)