10.04.2026, 21:51 ✶
Henryk w ogromie podziemnej groty przy niewystarczającym świetle nie widział zbyt wiele, ale zauważył, że snujący się gaz gryzący ich w gardła i nosy uchodzi w stronę pomieszczenia do którego sforsowali wcześniej drzwi i wzdłuż głównych schodów ku górze - do wyjścia. Leviathan z kolei bez problemu wyczarował zgodnie z życzeniem bąbel powietrzny i zaciągnięcie się nim było przyjemną odmianą, niewystarczającą jednak i zbyt krótkotrwałą, by pozbyć się osłabienia i zawrotów głowy.
Tymczasem rzeczy wkoło działy się bardzo dynamicznie, a znalezione wcześniej zdjęcie przechodziło z rąk do rąk.
Skup się na nich. Na tym co było wtedy, a nie teraz!
Na moment, na krótką chwilę wszystko zdawało się zamrzeć w bezruchu, gdy Leviathan wykrzyknął w kierunku potwory tych kilka słów, które w jego odczuciu mogły pomóc w tej nierównej walce.
Nie pomogły.
Ręce które przez moment zamarły, gwałtownie i ze złowieszczym pluskiem zostały wciągnięte do środka czegoś, co mogło być równie dobrze plecami, a mogło być i brzuchem. A potem istota przewaliła się na ziemie szamocząc się dalej. Tym razem wychynęła stopa, przez moment zdawało im się że ze straszliwego cielska wyłoni się głowa, ale...
– Na cycki Matki, co tu się wyprawia!? – wrzasnął nieco piskliwie Basil, wyrywając z ręki Rowla nieszczęsną wskazówkę tak, że kawałek narożnika został w palcach czystokrwistego czarodzieja. Przewodniczący towarzystwa odchrząknął i podjął o wiele pewniej: – Levi może i wiesz najlepiej co tu się dzieje i jesteś przekonany, że ze wszystkim poradzisz sobie sam, a Ty...– wskazał na Henryka, opierając się o murowany barek by nie stracić równowagi. Jeśli jednak ktokolwiek próbowałby mu zabrać zdjęcie... okazywał się bardzo szybki. Dodajmy też, że zdążył po drodze wyciągnąć z kieszeni różdżkę. – ...Ty Henry, może jesteś na wyprawie pierwszy raz i nie wiesz jakie tu zasady obowiązują. I ja! Ha! Ja może wypiłem z was najwięcej, ale to jest Cutty Sark do jasnej cholery! Różne rzeczy się dzieją na wyjazdach, a od pracy zespołowej i wzajemnego zaufania nie raz zależy przetrwanie wszystkich! Nigdy nie zabiorę Was na bardziej wymagające wycieczki, jeśli nie pokażecie, że potraficie ze sobą współpracować – przemawiał rozgorączkowany, w akompaniamencie plasknięć i błotno-szlamowej walki dziejącej się gdzieś tam... za ich plecami, na skraju basenu wypełnionego leczniczą wodą. A potem Skamander uniósł różdżkę i bez problemu rozjaśnił jej kraniec. Pochylił się nad zdjęciem, przybliżając światło i dając też miejsce pozostałym, żeby mogli spojrzeć na nie jeszcze raz. Mimo rozdarcia i wygniecenia - nadal wszystko pozostawało czytelne.
– A teraz gadać mi, czemu to zdjęcie jest takie ważne? Jak mogłoby pomóc? Ten Maledictus? To jakaś klątwa tak?
Teraz każdy kto chciałby spojrzeć na fotografię jeszcze raz, we względnym jak na okoliczności spokoju, mógłby zobaczyć uśmiechające się i machające życzliwie do fotografa instrumentalistki: czarnoskórą kobietę o lwiej grzywie, indiankę o orlim nosie i niską azjatkę, której oczy - mimo uśmiechu - zdawały się przez moment być podobne do Heleny. Zimnokrwiste. Płazie. Każda z nich trzymała rdzenny dla swojej kultury instrument. Po drugiej stronie zdjęcia widniała niezmiennie dedykacja dla Marco.
Tymczasem rzeczy wkoło działy się bardzo dynamicznie, a znalezione wcześniej zdjęcie przechodziło z rąk do rąk.
Skup się na nich. Na tym co było wtedy, a nie teraz!
Na moment, na krótką chwilę wszystko zdawało się zamrzeć w bezruchu, gdy Leviathan wykrzyknął w kierunku potwory tych kilka słów, które w jego odczuciu mogły pomóc w tej nierównej walce.
Nie pomogły.
Ręce które przez moment zamarły, gwałtownie i ze złowieszczym pluskiem zostały wciągnięte do środka czegoś, co mogło być równie dobrze plecami, a mogło być i brzuchem. A potem istota przewaliła się na ziemie szamocząc się dalej. Tym razem wychynęła stopa, przez moment zdawało im się że ze straszliwego cielska wyłoni się głowa, ale...
– Na cycki Matki, co tu się wyprawia!? – wrzasnął nieco piskliwie Basil, wyrywając z ręki Rowla nieszczęsną wskazówkę tak, że kawałek narożnika został w palcach czystokrwistego czarodzieja. Przewodniczący towarzystwa odchrząknął i podjął o wiele pewniej: – Levi może i wiesz najlepiej co tu się dzieje i jesteś przekonany, że ze wszystkim poradzisz sobie sam, a Ty...– wskazał na Henryka, opierając się o murowany barek by nie stracić równowagi. Jeśli jednak ktokolwiek próbowałby mu zabrać zdjęcie... okazywał się bardzo szybki. Dodajmy też, że zdążył po drodze wyciągnąć z kieszeni różdżkę. – ...Ty Henry, może jesteś na wyprawie pierwszy raz i nie wiesz jakie tu zasady obowiązują. I ja! Ha! Ja może wypiłem z was najwięcej, ale to jest Cutty Sark do jasnej cholery! Różne rzeczy się dzieją na wyjazdach, a od pracy zespołowej i wzajemnego zaufania nie raz zależy przetrwanie wszystkich! Nigdy nie zabiorę Was na bardziej wymagające wycieczki, jeśli nie pokażecie, że potraficie ze sobą współpracować – przemawiał rozgorączkowany, w akompaniamencie plasknięć i błotno-szlamowej walki dziejącej się gdzieś tam... za ich plecami, na skraju basenu wypełnionego leczniczą wodą. A potem Skamander uniósł różdżkę i bez problemu rozjaśnił jej kraniec. Pochylił się nad zdjęciem, przybliżając światło i dając też miejsce pozostałym, żeby mogli spojrzeć na nie jeszcze raz. Mimo rozdarcia i wygniecenia - nadal wszystko pozostawało czytelne.
– A teraz gadać mi, czemu to zdjęcie jest takie ważne? Jak mogłoby pomóc? Ten Maledictus? To jakaś klątwa tak?
Teraz każdy kto chciałby spojrzeć na fotografię jeszcze raz, we względnym jak na okoliczności spokoju, mógłby zobaczyć uśmiechające się i machające życzliwie do fotografa instrumentalistki: czarnoskórą kobietę o lwiej grzywie, indiankę o orlim nosie i niską azjatkę, której oczy - mimo uśmiechu - zdawały się przez moment być podobne do Heleny. Zimnokrwiste. Płazie. Każda z nich trzymała rdzenny dla swojej kultury instrument. Po drugiej stronie zdjęcia widniała niezmiennie dedykacja dla Marco.