Prawdę powiedziawszy, to nie szukała dla siebie swojej kopii. Lubiła w innych burzę emocji, było to odświeżające i nie miała problemu z tym, jeśli ktoś emocjom dał się ponieść. Sama może w złości nie rozbijała wazonów, żeby się wyżyć, ale z drugiej strony lepiej tak, niż bić się z innymi, albo po prostu innych, by móc się uspokoić. Jeśli zaś Christopher potrafił się zachowywać jak pacan czy ostatni dupek, póki nie robił tego wobec niej czy jej bliskich, to było w porządku, a póki co nic takiego nie miało miejsca. Był wobec niej wręcz zadziwiająco wyrozumiały, zwłaszcza jak na to, że nie wiedział, jaką burzę przeżywała ostatnio, w jakim stanie było jej serce i że potrzebowała odrobiny czasu, żeby pozbierać się do kupy – ale na szczęście wszystko było na dobrej drodze, być może dlatego, że co do tego ostatniego zawodu miłosnego i tak nie robiła sobie wielkiej nadziei i jakoś czuła w kościach zbliżający się koniec. Być może powinna się zastanowić, jakie Christopher miał intencje. Czy oczekiwał, że jej rodzina kogoś jej wciśnie, by mieć wymówkę na wycofanie się, gdy się już przez moment pobawi i odkryje, że w Victorii nie ma nic fascynującego? Lestrange nie wiedziała, że Christopher poddał się chwili i zaprosił ją do tej Wenecji myśląc sobie, że trzeba uderzyć tym szybciej, nim właśnie rodzina znajdzie jej kolejnego absztyfikanta (którego ona nie zamierzała przyjąć i chyba jej matka nikogo jej zresztą po ostatniej kłótni nie szukała, ale jak miał o tym ktokolwiek wiedzieć?).
– Nie no, bez przesady. Nie miałam na myśli mojej rodziny, myślałam, że to oczywiste… – trochę ją przeraziła ta wizja, bo owszem, niektóre rody łączyły kuzynów, ale dla Victorii było to całkiem obrzydliwe, a Gauntowie byli jasnym dowodem na to, dlaczego nie powinno się tego robić. Nawet jeśli był to żart, to mimo wszystko wolała by mieli tutaj jasność, Lestrange może i byli surowi, ale nie szaleni. – Sam mówiłeś, że Atreus miał mnóstwo dziewczyn. Ale nie byłam jedną z nich – no i jeśli chodziło o innych kolegów Rosiera, no to również nie. Jakoś tak wyszło, że się z nimi minęła, być może tym lepiej, skoro teraz randkowali ze sobą i to rzeczywiście lepiej, jeśli nie mieli w swojej historii związków z przyjaciółmi tej drugiej strony. Odejmowało to trochę niezręczności i niepotrzebnych nieporozumień.
Przez moment milczała, przypatrując się po prostu Chrisowi, próbując przy tym uspokoć oddech, jakby co najmniej biegła w zawodach na lekkoatletycznych, a przecież nie ruszyła się z miejsca. Na chwilę przymknęła oczy, odliczyła do pięciu i pokręciła głową.
– Wydawało mi się, że zobaczyłam kogoś, kto już dawno powinien być martwy – dużo się więc nie pomylił z tym wyjątkowo strasznym duchem. Nie o upiorność jednak chodziło. – Mmm… Czy za tobą nadal jest czarnowłosa kobieta w czerni? – dodała ciszej, nie śmiąc się wychylić za Chrisa. Nie, nie chodziło wcale o Rookwooda, pomimo zbieżności tematu z jej dziwaczną reakcją. Trochę nie ufała sobie w tej chwili – czy jej się ubzdurało, czy zobaczyła ducha, czy po prostu z widząc scenę z lekkiego oddalenia i nie od przodu, jej mózg dorobił sobie resztę i zwariował… Potrzebowała tego potwierdzenia. Jakiegoś. – Okej… Um… – zmarszczyła lekko brwi, zastanawiając się jak ubrać to w słowa. – Twojego kuzyna nie spławiłam, to wiesz, chociaż prawdę mówiąc bardzo chciałam – ale nie miała wtedy w sobie wystarczającej siły przebicia, czuła się przymuszona do wysłuchania woli rodziny… Jego śmierć, jakkolwiek źle to nie brzmiało, była dla niej błogosławieństwem. Wolnością. Nie zamierzała się nad tym rozwodzić, chociaż bardzo chciała. – A jeśli chodzi o Sauriela… To Rookwoodzi zerwali zaręczyny, nie ja. Mogę ci powiedzieć czemu, ale to chyba wymaga drugiej lampki wina – albo całej butelki. I tej kolacji. To dopiero było skomplikowane.