11.04.2026, 01:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 01:49 przez Benjy Fenwick.)
To był ten moment, gdy uparte „poczekaj, sprawdź, zrozum” spotykało się z równie zaciętym „zaryzykujmy i zobaczmy, co się stanie”. Nie było w tym nic dziwnego, że każde z nas poszło w swoją stronę, nawet jeśli fizycznie tkwiliśmy w tym samym pomieszczeniu - ja krążyłem jak zwierzę zamknięte w klatce, od kominka do stołu, od stołu na korytarz, z korytarza na górę, z góry z powrotem do ognia, jakby sama zmiana kąta patrzenia mogła coś przyspieszyć, ona siedziała z książką, spokojna, skupiona, próbująca zrozumieć coś, czego ja nawet nie próbowałem rozkładać na części. Dla niej brak odpowiedzi był problemem do rozwiązania, dla mnie był powodem, żeby w końcu przestać czekać, i chociaż pewnie nigdy bym tego nie przyznał wprost, gdzieś z tyłu głowy miałem świadomość, że dzięki niej przynajmniej nie robiliśmy wszystkiego kompletnie w ciemno.
Taaaak… Nie było w tym nic dziwnego, naprawdę, a przynajmniej tak zamierzałem sobie tłumaczyć to, iż miotałem się z miejsca na miejsce, po czym średnio co dziesięć minut i tak kończyłem spacer nad tym paleniskiem, jak idiota, który próbował wypatrzeć sens w czymś, co jeszcze nawet nie postanowiło się ujawnić, podczas gdy moja druga połówka siedziała prawie nieruchomo z książką i próbowała ten sens znaleźć zanim cokolwiek się wydarzy. To bez wątpienia były dwie zupełnie różne drogi, które jakimś cudem prowadziły nas zawsze w to samo miejsce - ja chodziłem, kręciłem się, zatrzymywałem, znowu ruszałem, jakby od tego miało zależeć tempo całego procesu, Pruey analizowała, układała w głowie fakty, nawet jeśli tych faktów było niewiele - oboje radziliśmy sobie z niewiadomą na swój własny sposób, i chyba właśnie dlatego jeszcze nie roznieśliśmy tego domu na drzazgi i cegły… I chociaż musiałem przyznać, że jej metoda była sensowniejsza, to moja przynajmniej nie wymagała udawania cierpliwości, której nigdy nie miałem.
Zerknąłem na nią krótko, widząc ten jej spokój, tę kontrolę, której ja nigdy nawet nie próbowałem udawać. Dla niej to była luka, dla mnie okazja - im mniej ktoś wiedział, tym więcej można było sprawdzić samemu, co zawsze kończyło się ciekawiej niż siedzenie nad czyimiś notatkami. Im mniej ktoś wcześniej grzebał przy danej sprawie, tym mniejsza była szansa, że coś pójdzie według czyjegoś schematu, a ja nigdy nie byłem fanem cudzych schematów. Nikt nie zdążył tego zepsuć albo zamknąć w jakichś zasadach, które, o ironio, z zasady - jak wiadomo - zawsze tylko wszystko spowalniały. Nie było w tym żadnej wielkiej filozofii z mojej strony, raczej przyzwyczajenie do tego, że jak już coś idzie źle - a szło stosunkowo często - to trzeba być szybszym niż problem, lecz uprzednie rozważanie setek możliwości i rozkładanie ich na czynniki pierwsze nic nie zmieni... Tak samo jak miotanie się w jedną i drugą, ale temu już nie umiałem zaradzić, zaś tydzień leżenia w łóżku tylko osłabił moje pokłady ogłady.
- Moszemy byś tym kimś. - Kącik ust uniósł mi się lekko, to nie była jej wina, że świat nie chciał się zmieścić w pierwszych chwyconych książkach, nawet najbardziej obiecujących, po prostu dla mnie to zawsze było trochę… Spóźnione - cała ta beletrystyka - informacje przychodziły po fakcie, a ja wolałem być w samym środku tego „faktu”, nawet jeśli oznaczało to ryzyko. - Tymi, któlych potem ktoś opisze w ksiąszce. - I to, w mojej głowie, brzmiało znacznie lepiej niż siedzenie i szukanie odpowiedzi, które i tak przyszłyby za późno. Pozostawała jeszcze tylko jedna kwestia. - Poza tym - dodałem ciszej, już bardziej skupiony - nawet, jakbyś znalazła tę ksiąszkę… Skąd byś wiedziała, sze ktoś nie kłamał? Ludzie zapisują lószne szezy. Nie wszystkie po to, szeby ktoś inny miał łatwiej. - Wzruszyłem ramionami, jakby to było oczywiste, no - dla mnie było - za dużo razy widziałem „pewne informacje”, które kończyły się dokładnie odwrotnie niż obiecywały.
Zerknąłem na nią przelotnie, kiedy mówiła o tym całym „podejściu do świata”, i prychnąłem cicho.
- Jedno i to samo? - Powtórzyłem, kręcąc głową. - Nie, Pluey. Podejście moszesz zmieniś. Styl szycia… To jusz tlochę za późno. - Było w tym coś z uporu, coś z przyzwyczajenia, którego nawet nie próbowałem ukrywać - nie zamierzałem się z tego tłumaczyć, bo nigdy nie miałem zamiaru być kimś innym, a ona… Ona zdawała się to rozumieć lepiej niż ktokolwiek. Zbyt wiele rzeczy wisiało między nami bez słów, a ja nie byłem typem, który nagle zaczynał wszystko nazywać. Brzmiało to może trochę zbyt poważnie jak na mnie, więc zaraz potem wzruszyłem ramionami, jakby to nie miało większego znaczenia, a jednak miało… Miało go bardzo dużo, oboje o tym wiedzieliśmy, nawet jeśli unikaliśmy powrotu do tej konkretnej rozmowy. - Świat nic nie wie. - Rzuciłem, jak zwykle, bagatelizując wielką rolę losu, przeznaczenia i innych mitycznych mocy. - Po prostu szuca, co ma pod lęką, bo lubi patsześ, jak sobie lasę. Ja tylko łapię, bo umiem. Tesz bym oglądał, nie powiem. - I to była chyba najbliższa prawdy wersja, jaką miałem - bez wielkiej filozofii, bez sensu ukrytego gdzieś głęboko - ruch i reakcja, akcja i konsekwencja, trochę jak w quidditchu za szkolnych czasów.
Przeniosłem wzrok z powrotem na garnek, kiedy zaczęła mówić o odpowiedzialności - to już było bardziej jej, dla niej to nie były tylko jaja - to było coś, co należało zrozumieć, potraktować jak trzeba, dać temu szansę. Ja widziałem w tym bardziej… Sytuację. Coś, co się wydarzy i z czym będziemy musieli sobie poradzić.
Na słowa o pamięci tylko uniosłem brew i uśmiechnąłem się krzywo.
- No, właśnie tego się tlochę boję - rzuciłem półżartem, kątem ust - potem będziesz wspominaś kaszdy szczegół, jak coś pójdzie nie tak. - Pochyliłem się jeszcze trochę, za blisko, zdecydowanie za blisko, ale nie cofnąłem się, wpatrując się w pęknięcia, które zaczynały się rozchodzić coraz wyraźniej. - Dobla, dobla. - Mruknąłem ciszej, teatralnie ugodowo, leciutko unosząc jedną rękę. To padło odruchowo, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej intencji. - Jak tylko splóbuje mnie uglyźć, to najpielw zapytam, czy to pszes to, sze nie czuje się u nas komfoltowo, a dopielo potem dam mu w dziób, lyj czy cokolwiek tam ma. - Zapewniłem z całą powagą, jaką mogłem mieć w tej sytuacji, wypowiedziawszy równie irracjonalne słowa. Pokręciłem lekko głową, ale kącik ust mi drgnął. Właśnie przez to się równoważyliśmy - ona myślała o tym, jak coś przyjąć, ja o tym, jak to przeżyć. W moim świecie rzeczy rzadko działały według zasad, czasem robiłeś wszystko dobrze i i tak kończyło się źle, czasem robiłeś wszystko źle i jakoś to wychodziło.
Skinąłem głową, ale to nie było takie zwykłe, bezmyślne przytaknięcie - to było chyba najbliżej przyznania, że jej ufam, na jakie mnie było stać bez robienia z tego wielkiej sprawy. Zamilkłem na chwilę, obserwując jak światło w szczelinach zaczyna pulsować mocniej, jakby coś w środku budziło się naprawdę. To już nie było bierne czekanie, coś się działo- i to wystarczyło, żeby moje skupienie nagle się wyostrzyło.
- „Ostloszny” to pszeciesz moje dlugie imię. - Mruknąłem pod nosem z cieniem ironii, nawet nie próbując udawać, że to prawda. Złapałem za uchwyt garnka i przesunąłem go dokładniej nad płomień, tak żeby ogień objął go równomiernie, nie za słabo, ale też nie na tyle mocno, żeby wszystko szlag trafił w jednej chwili. Ciepło zaczęło narastać niemal od razu, czułem je na dłoniach, na twarzy, a to coś w środku garnka odpowiedziało szybciej, niż się spodziewałem - pęknięcia rozeszły się odrobinę szerzej, jak cienkie żyłki światła przebijające się przez ciemną skorupę - zamarłem na moment, skupiając się na tym widoku z całą uwagą, na jaką było mnie stać.
Taaaak… Nie było w tym nic dziwnego, naprawdę, a przynajmniej tak zamierzałem sobie tłumaczyć to, iż miotałem się z miejsca na miejsce, po czym średnio co dziesięć minut i tak kończyłem spacer nad tym paleniskiem, jak idiota, który próbował wypatrzeć sens w czymś, co jeszcze nawet nie postanowiło się ujawnić, podczas gdy moja druga połówka siedziała prawie nieruchomo z książką i próbowała ten sens znaleźć zanim cokolwiek się wydarzy. To bez wątpienia były dwie zupełnie różne drogi, które jakimś cudem prowadziły nas zawsze w to samo miejsce - ja chodziłem, kręciłem się, zatrzymywałem, znowu ruszałem, jakby od tego miało zależeć tempo całego procesu, Pruey analizowała, układała w głowie fakty, nawet jeśli tych faktów było niewiele - oboje radziliśmy sobie z niewiadomą na swój własny sposób, i chyba właśnie dlatego jeszcze nie roznieśliśmy tego domu na drzazgi i cegły… I chociaż musiałem przyznać, że jej metoda była sensowniejsza, to moja przynajmniej nie wymagała udawania cierpliwości, której nigdy nie miałem.
Zerknąłem na nią krótko, widząc ten jej spokój, tę kontrolę, której ja nigdy nawet nie próbowałem udawać. Dla niej to była luka, dla mnie okazja - im mniej ktoś wiedział, tym więcej można było sprawdzić samemu, co zawsze kończyło się ciekawiej niż siedzenie nad czyimiś notatkami. Im mniej ktoś wcześniej grzebał przy danej sprawie, tym mniejsza była szansa, że coś pójdzie według czyjegoś schematu, a ja nigdy nie byłem fanem cudzych schematów. Nikt nie zdążył tego zepsuć albo zamknąć w jakichś zasadach, które, o ironio, z zasady - jak wiadomo - zawsze tylko wszystko spowalniały. Nie było w tym żadnej wielkiej filozofii z mojej strony, raczej przyzwyczajenie do tego, że jak już coś idzie źle - a szło stosunkowo często - to trzeba być szybszym niż problem, lecz uprzednie rozważanie setek możliwości i rozkładanie ich na czynniki pierwsze nic nie zmieni... Tak samo jak miotanie się w jedną i drugą, ale temu już nie umiałem zaradzić, zaś tydzień leżenia w łóżku tylko osłabił moje pokłady ogłady.
- Moszemy byś tym kimś. - Kącik ust uniósł mi się lekko, to nie była jej wina, że świat nie chciał się zmieścić w pierwszych chwyconych książkach, nawet najbardziej obiecujących, po prostu dla mnie to zawsze było trochę… Spóźnione - cała ta beletrystyka - informacje przychodziły po fakcie, a ja wolałem być w samym środku tego „faktu”, nawet jeśli oznaczało to ryzyko. - Tymi, któlych potem ktoś opisze w ksiąszce. - I to, w mojej głowie, brzmiało znacznie lepiej niż siedzenie i szukanie odpowiedzi, które i tak przyszłyby za późno. Pozostawała jeszcze tylko jedna kwestia. - Poza tym - dodałem ciszej, już bardziej skupiony - nawet, jakbyś znalazła tę ksiąszkę… Skąd byś wiedziała, sze ktoś nie kłamał? Ludzie zapisują lószne szezy. Nie wszystkie po to, szeby ktoś inny miał łatwiej. - Wzruszyłem ramionami, jakby to było oczywiste, no - dla mnie było - za dużo razy widziałem „pewne informacje”, które kończyły się dokładnie odwrotnie niż obiecywały.
Zerknąłem na nią przelotnie, kiedy mówiła o tym całym „podejściu do świata”, i prychnąłem cicho.
- Jedno i to samo? - Powtórzyłem, kręcąc głową. - Nie, Pluey. Podejście moszesz zmieniś. Styl szycia… To jusz tlochę za późno. - Było w tym coś z uporu, coś z przyzwyczajenia, którego nawet nie próbowałem ukrywać - nie zamierzałem się z tego tłumaczyć, bo nigdy nie miałem zamiaru być kimś innym, a ona… Ona zdawała się to rozumieć lepiej niż ktokolwiek. Zbyt wiele rzeczy wisiało między nami bez słów, a ja nie byłem typem, który nagle zaczynał wszystko nazywać. Brzmiało to może trochę zbyt poważnie jak na mnie, więc zaraz potem wzruszyłem ramionami, jakby to nie miało większego znaczenia, a jednak miało… Miało go bardzo dużo, oboje o tym wiedzieliśmy, nawet jeśli unikaliśmy powrotu do tej konkretnej rozmowy. - Świat nic nie wie. - Rzuciłem, jak zwykle, bagatelizując wielką rolę losu, przeznaczenia i innych mitycznych mocy. - Po prostu szuca, co ma pod lęką, bo lubi patsześ, jak sobie lasę. Ja tylko łapię, bo umiem. Tesz bym oglądał, nie powiem. - I to była chyba najbliższa prawdy wersja, jaką miałem - bez wielkiej filozofii, bez sensu ukrytego gdzieś głęboko - ruch i reakcja, akcja i konsekwencja, trochę jak w quidditchu za szkolnych czasów.
Przeniosłem wzrok z powrotem na garnek, kiedy zaczęła mówić o odpowiedzialności - to już było bardziej jej, dla niej to nie były tylko jaja - to było coś, co należało zrozumieć, potraktować jak trzeba, dać temu szansę. Ja widziałem w tym bardziej… Sytuację. Coś, co się wydarzy i z czym będziemy musieli sobie poradzić.
Na słowa o pamięci tylko uniosłem brew i uśmiechnąłem się krzywo.
- No, właśnie tego się tlochę boję - rzuciłem półżartem, kątem ust - potem będziesz wspominaś kaszdy szczegół, jak coś pójdzie nie tak. - Pochyliłem się jeszcze trochę, za blisko, zdecydowanie za blisko, ale nie cofnąłem się, wpatrując się w pęknięcia, które zaczynały się rozchodzić coraz wyraźniej. - Dobla, dobla. - Mruknąłem ciszej, teatralnie ugodowo, leciutko unosząc jedną rękę. To padło odruchowo, bardziej z przyzwyczajenia niż z realnej intencji. - Jak tylko splóbuje mnie uglyźć, to najpielw zapytam, czy to pszes to, sze nie czuje się u nas komfoltowo, a dopielo potem dam mu w dziób, lyj czy cokolwiek tam ma. - Zapewniłem z całą powagą, jaką mogłem mieć w tej sytuacji, wypowiedziawszy równie irracjonalne słowa. Pokręciłem lekko głową, ale kącik ust mi drgnął. Właśnie przez to się równoważyliśmy - ona myślała o tym, jak coś przyjąć, ja o tym, jak to przeżyć. W moim świecie rzeczy rzadko działały według zasad, czasem robiłeś wszystko dobrze i i tak kończyło się źle, czasem robiłeś wszystko źle i jakoś to wychodziło.
Skinąłem głową, ale to nie było takie zwykłe, bezmyślne przytaknięcie - to było chyba najbliżej przyznania, że jej ufam, na jakie mnie było stać bez robienia z tego wielkiej sprawy. Zamilkłem na chwilę, obserwując jak światło w szczelinach zaczyna pulsować mocniej, jakby coś w środku budziło się naprawdę. To już nie było bierne czekanie, coś się działo- i to wystarczyło, żeby moje skupienie nagle się wyostrzyło.
- „Ostloszny” to pszeciesz moje dlugie imię. - Mruknąłem pod nosem z cieniem ironii, nawet nie próbując udawać, że to prawda. Złapałem za uchwyt garnka i przesunąłem go dokładniej nad płomień, tak żeby ogień objął go równomiernie, nie za słabo, ale też nie na tyle mocno, żeby wszystko szlag trafił w jednej chwili. Ciepło zaczęło narastać niemal od razu, czułem je na dłoniach, na twarzy, a to coś w środku garnka odpowiedziało szybciej, niż się spodziewałem - pęknięcia rozeszły się odrobinę szerzej, jak cienkie żyłki światła przebijające się przez ciemną skorupę - zamarłem na moment, skupiając się na tym widoku z całą uwagą, na jaką było mnie stać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)