11.04.2026, 06:01 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 17:18 przez Aaron Andrew Moody.)
Jaki jest pana język miłości?
– Angielski? – rzucił podejrzliwie Aaron, marszcząc przy tym lekko brwi. Po alkoholu zawsze zachowywał się z większą swobodą, co widoczne było w jego ruchach, gdy rozsiadł się na kanapie obok Lorien. Oparł wygodnie zgiętą rękę o podłokietnik, obracając się, żeby móc patrzeć na kobietę w przeciwnym kącie kanapy. Osunął się nieco niżej w miejscu, aby porządnie wyciągnąć nogi na podłodze. Wygodnie założył jedną na drugą, po czym odchylił głowę do tyłu, poruszywszy przy tym barkami. Zrobił to bardziej z nawyku niż z realnej potrzeby, dawno już bowiem zniknęło z nich napięcie. Jedynie jego twarz pozostawała ściągnięta w skupieniu, jak gdyby napotkał na jakiś niespodziewany problem, który należy rozwiązać. Wyczuwał jakiś podstęp w tym pytaniu, tylko jeszcze nie wiedział dokładnie jaki. Czasem wystarczyło słowo, aby w jego oczach pojawił się ten charakterystyczny błysk ożywienia. Zwykle spotykało się to z natychmiastowym działaniem, teraz jednak mężczyzna trwał rozwalony na kanapie, zdawałoby się, że bez żadnej troski. Nawet poluzowany kołnierzyk i rękawy koszuli, zawiniętej teraz na przedramionach, żeby było wygodniej, nie miały w sobie tej sztywności, jaka zwykła cechować Aarona. Czy auror kiedykolwiek zdejmował zbroję? Marynarka zwisała z oparcia kuchennego krzesła, porzucona podobnie jak pelerynka Lorien, którą pomógł jej nałożyć, a potem zrzucić z ramion. Tatuaże powoli zaczynały się przeświecać spod nałożonych na skórę zaklęć maskujących. A może to była kwestia postawy, spuszczonej gardy, gdy wolną ręką swobodnie oparł się o wezgłowie. Wystarczyłoby poruszyć nadgarstkiem. Wystarczyłoby nieznacznie przesunąć dłoń, aby móc powieść palcem wzdłuż opartej o nogę nogi, którą bujała w powietrzu. Przesunął tylko wzrokiem, zaczepiając po drodze o odsłonięte udo, po to aby ostatecznie skupić spojrzenie na twarzy półleżącej Lorien, starannie ominąwszy miejsce, w którym podwijała się jej sukienka. Powstrzymał się przed poprawieniem jej. Palcami poruszył jak gdyby od niechcenia, pozbywając się natrętnej pokusy czającej się tuż pod ich opuszkami. Pokusy nie pozbył się tak do końca. Jak mógłby, skoro wciąż siedziała obok. Sprawiało mu to jednak przyjemność. To, że była na wyciągnięcie ręki. To, że była. Pociągnął łyk piwa z trzymanej butelki, żeby zyskać na czasie.
Nie był pijany. Był w tym perfekcyjnym stanie lekkiego podchmielenia, gdy czuł euforię, ale wciąż był w stanie myśleć w pełni logicznie. Rzadki był to stan. Zwykle chlał wystarczająco szybko, żeby płynnie przejść do tych bardziej upadlających etapów upojenia alkoholowego. Ale czasami potrzebował się trochę upodlić, żeby dalej móc na siebie patrzeć. Żeby móc spokojnie zasnąć w nocy. Dopóki był w stanie wstać w porę do pracy, nie miało to znaczenia.
Nie myślał jednak o tym, gdy poszli do baru, wypełnionego śmiechem, odgłosami rozmów, oraz zapachem likieru kawowego. Nie myślał o tym, gdy robił jej herbatę miętową, którą potem wysłał różdżką na tacy prosto na stolik w salonie, nie został bowiem wystarczająco długo sam na sam ze swoimi myślami. Z lekko uchylonych drzwi na balkon doleciał go zapach jaśminu, który skojarzył mu się z jej perfumami. No i jego kot ją polubił.
Kot, jak to kot, chociaż był Kotem, a nie takim sobie byle kotem, przepadał za pieszczotami. Zwłaszcza, gdy głaskało się go po łebku. A potem pod łebkiem. A potem jeszcze całowało i drapało za uszami, za co odwdzięczył się, oczywiście, głośnym mruczeniem. Kot lubił, gdy chwaliło się go za bycie ślicznym, bo nie po to przecież codziennie lizał swoje futerko, żeby wyglądać jak jakiś oszemłany dachowiec. Był kotem domowym, i szalenie inteligetnym, chociaż łebek miał foremny, i wcale nieduży, tylko taki w sam raz na całowanie. Ale był kotem o bardzo dużym rozumku, więc od razu zrozumiał, że przed panią, która go całowała, nie należy uciekać. Zwłaszcza, że pachniała trochę podobnie do jego pana. Pani mówiła dużo rzeczy do kota, trochę tak jak pan, gdy nie mógł zasnąć, tylko nie zawsze mógł ją zrozumieć, bo mówiła jakoś dziwnie. Ale Kot wiedział, że mówiła po włosku, bo mówiła z takim samym akcentem, jak gruby kot właściciela lokalnej pizzerii, którego czasem spotykał podczas łazęgi po ulicach. Ale to było wtedy, gdy był jeszcze pospolitym dachowcem, i nikt nie chciał go całować w łebek. Nie, żeby było mu z tego powodu smutno, ponieważ już wtedy był bardzo pięknym kociakiem, po prostu ludzie zwykli zauważać takie rzeczy z opóźnieniem. Ale nie musiał się wcale tak dużo namiauczeć, żeby jego pan zauważył. W każdym razie, może i nie rozumiał tak do końca, co mówiła do niego pani, ale nie było to takie ważne jak to, jak mówiła. A Kot bardzo dobrze wiedział, że to miało większe znaczenie, bo pan cały czas mówił mu, że jest paskudnym grubasem, i nierobem, i leniem śmierdzącym, ale oczywiście wszystko to były żarty, bo bardzo kota kochał, tylko nie umiał wyrażać swoich uczuć w zdrowy sposób. Kot takich problemów nie miał, dlatego rozłożył się pani na brzuszku. No, może czasem miał problemy, bo przed większością ludzi uciekał, i chował się pod łóżkiem, żeby go nie ukradli. Co było niby w tym domu cenniejszego niż Kot? Usadowiony na ramionach pana Kot przeczytał wiele raportów o zaginionych ludziach, słyszał też, jak pan czyta sobie na głos coś o porwaniach, o torturach... Może dlatego zaczął się ludzi trochę bać. Ale tylko troszeczkę. Po godzince wychodził przecież ze swojej kryjówki pod łóżkiem. No, może po trzech... Pograżając się w kociej drzemce, zignorował kompletnie pana, który zmianę w zachowaniu zwierzęcia zauważył, ale nic nie powiedział.
Aaron zakołysał w zamyśleniu trzymanym w ręku browarem.
– Chociaż umiem podobno wcale udanie naśladować niemiecki akcent – dodał, kryjąc uśmiech za podniesioną do ust butelką piwa.
!Strach przed imieniem
– Angielski? – rzucił podejrzliwie Aaron, marszcząc przy tym lekko brwi. Po alkoholu zawsze zachowywał się z większą swobodą, co widoczne było w jego ruchach, gdy rozsiadł się na kanapie obok Lorien. Oparł wygodnie zgiętą rękę o podłokietnik, obracając się, żeby móc patrzeć na kobietę w przeciwnym kącie kanapy. Osunął się nieco niżej w miejscu, aby porządnie wyciągnąć nogi na podłodze. Wygodnie założył jedną na drugą, po czym odchylił głowę do tyłu, poruszywszy przy tym barkami. Zrobił to bardziej z nawyku niż z realnej potrzeby, dawno już bowiem zniknęło z nich napięcie. Jedynie jego twarz pozostawała ściągnięta w skupieniu, jak gdyby napotkał na jakiś niespodziewany problem, który należy rozwiązać. Wyczuwał jakiś podstęp w tym pytaniu, tylko jeszcze nie wiedział dokładnie jaki. Czasem wystarczyło słowo, aby w jego oczach pojawił się ten charakterystyczny błysk ożywienia. Zwykle spotykało się to z natychmiastowym działaniem, teraz jednak mężczyzna trwał rozwalony na kanapie, zdawałoby się, że bez żadnej troski. Nawet poluzowany kołnierzyk i rękawy koszuli, zawiniętej teraz na przedramionach, żeby było wygodniej, nie miały w sobie tej sztywności, jaka zwykła cechować Aarona. Czy auror kiedykolwiek zdejmował zbroję? Marynarka zwisała z oparcia kuchennego krzesła, porzucona podobnie jak pelerynka Lorien, którą pomógł jej nałożyć, a potem zrzucić z ramion. Tatuaże powoli zaczynały się przeświecać spod nałożonych na skórę zaklęć maskujących. A może to była kwestia postawy, spuszczonej gardy, gdy wolną ręką swobodnie oparł się o wezgłowie. Wystarczyłoby poruszyć nadgarstkiem. Wystarczyłoby nieznacznie przesunąć dłoń, aby móc powieść palcem wzdłuż opartej o nogę nogi, którą bujała w powietrzu. Przesunął tylko wzrokiem, zaczepiając po drodze o odsłonięte udo, po to aby ostatecznie skupić spojrzenie na twarzy półleżącej Lorien, starannie ominąwszy miejsce, w którym podwijała się jej sukienka. Powstrzymał się przed poprawieniem jej. Palcami poruszył jak gdyby od niechcenia, pozbywając się natrętnej pokusy czającej się tuż pod ich opuszkami. Pokusy nie pozbył się tak do końca. Jak mógłby, skoro wciąż siedziała obok. Sprawiało mu to jednak przyjemność. To, że była na wyciągnięcie ręki. To, że była. Pociągnął łyk piwa z trzymanej butelki, żeby zyskać na czasie.
Nie był pijany. Był w tym perfekcyjnym stanie lekkiego podchmielenia, gdy czuł euforię, ale wciąż był w stanie myśleć w pełni logicznie. Rzadki był to stan. Zwykle chlał wystarczająco szybko, żeby płynnie przejść do tych bardziej upadlających etapów upojenia alkoholowego. Ale czasami potrzebował się trochę upodlić, żeby dalej móc na siebie patrzeć. Żeby móc spokojnie zasnąć w nocy. Dopóki był w stanie wstać w porę do pracy, nie miało to znaczenia.
Nie myślał jednak o tym, gdy poszli do baru, wypełnionego śmiechem, odgłosami rozmów, oraz zapachem likieru kawowego. Nie myślał o tym, gdy robił jej herbatę miętową, którą potem wysłał różdżką na tacy prosto na stolik w salonie, nie został bowiem wystarczająco długo sam na sam ze swoimi myślami. Z lekko uchylonych drzwi na balkon doleciał go zapach jaśminu, który skojarzył mu się z jej perfumami. No i jego kot ją polubił.
Kot, jak to kot, chociaż był Kotem, a nie takim sobie byle kotem, przepadał za pieszczotami. Zwłaszcza, gdy głaskało się go po łebku. A potem pod łebkiem. A potem jeszcze całowało i drapało za uszami, za co odwdzięczył się, oczywiście, głośnym mruczeniem. Kot lubił, gdy chwaliło się go za bycie ślicznym, bo nie po to przecież codziennie lizał swoje futerko, żeby wyglądać jak jakiś oszemłany dachowiec. Był kotem domowym, i szalenie inteligetnym, chociaż łebek miał foremny, i wcale nieduży, tylko taki w sam raz na całowanie. Ale był kotem o bardzo dużym rozumku, więc od razu zrozumiał, że przed panią, która go całowała, nie należy uciekać. Zwłaszcza, że pachniała trochę podobnie do jego pana. Pani mówiła dużo rzeczy do kota, trochę tak jak pan, gdy nie mógł zasnąć, tylko nie zawsze mógł ją zrozumieć, bo mówiła jakoś dziwnie. Ale Kot wiedział, że mówiła po włosku, bo mówiła z takim samym akcentem, jak gruby kot właściciela lokalnej pizzerii, którego czasem spotykał podczas łazęgi po ulicach. Ale to było wtedy, gdy był jeszcze pospolitym dachowcem, i nikt nie chciał go całować w łebek. Nie, żeby było mu z tego powodu smutno, ponieważ już wtedy był bardzo pięknym kociakiem, po prostu ludzie zwykli zauważać takie rzeczy z opóźnieniem. Ale nie musiał się wcale tak dużo namiauczeć, żeby jego pan zauważył. W każdym razie, może i nie rozumiał tak do końca, co mówiła do niego pani, ale nie było to takie ważne jak to, jak mówiła. A Kot bardzo dobrze wiedział, że to miało większe znaczenie, bo pan cały czas mówił mu, że jest paskudnym grubasem, i nierobem, i leniem śmierdzącym, ale oczywiście wszystko to były żarty, bo bardzo kota kochał, tylko nie umiał wyrażać swoich uczuć w zdrowy sposób. Kot takich problemów nie miał, dlatego rozłożył się pani na brzuszku. No, może czasem miał problemy, bo przed większością ludzi uciekał, i chował się pod łóżkiem, żeby go nie ukradli. Co było niby w tym domu cenniejszego niż Kot? Usadowiony na ramionach pana Kot przeczytał wiele raportów o zaginionych ludziach, słyszał też, jak pan czyta sobie na głos coś o porwaniach, o torturach... Może dlatego zaczął się ludzi trochę bać. Ale tylko troszeczkę. Po godzince wychodził przecież ze swojej kryjówki pod łóżkiem. No, może po trzech... Pograżając się w kociej drzemce, zignorował kompletnie pana, który zmianę w zachowaniu zwierzęcia zauważył, ale nic nie powiedział.
Aaron zakołysał w zamyśleniu trzymanym w ręku browarem.
– Chociaż umiem podobno wcale udanie naśladować niemiecki akcent – dodał, kryjąc uśmiech za podniesioną do ust butelką piwa.
!Strach przed imieniem
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.