11.04.2026, 16:52 ✶
Wszystko było znów jak tamtej nocy przed pójściem do Ataraxii. Znów było jej duszno i ciężko, lecz tym razem nie było popiołów, które mogłaby obwinić. Leviathan znów ją ograniczał i zmuszał, żeby grała według jego zasad. Kazał jej wtedy nosić maskę, której wcale nie chciała, ale gdy jej tę maskę wręczył, Helloise jeszcze mu podziękowała. Myślała wówczas o tym, że to nie był najgorszy kompromis. Leviathan zawsze mógł zażądać od niej więcej. Teraz naciągał ten kompromis nie na maskę, a wprost na jej twarz. Czarownica traciła cierpliwość.
Rowle nie miał problemu z tym, żeby na mocy rodzinnych powiązań wciągać ją w to wszystko głębiej, przyprowadzić prosto do Śmierciożerców i przedstawić im ją jako kogoś, od kogo można oczekiwać pomocy. Rodzinna lojalność działała jednostronnie — Helloise spełniła rodzinne obowiązki, ale nie miała rodzinnych przywilejów i ochron. Gorzej niż służąca, która mogła w każdej chwili swoją służbę wypowiedzieć i odejść do innego domu. On nie potrafił jej nawet po tym wszystkim spojrzeć w oczy. Taki los przygotował jej Leviathan, a ona jeszcze podziękowała. Poczuła się żałośnie, ale upokorzenie zawsze było iskrą, która popychała ją jedynie dalej w szaleństwo.
Dopóki on się nie pojawił, czuła się w tej sytuacji pewnie. Rozmówiłaby się z Louvainem tak jak ostatnim razem. Teraz wszystko było o Leviathanie. Nawet to przydługie wyliczenie jej zasług i win było dla niego, żeby wiedział, jak doszło do tego, że wszyscy troje byli teraz tu, gdzie byli — na tej planszy, po której Lestrange próbował przesuwać ich jak oporne pionki. Nie podobało jej się, że Rowle będzie w tym uczestniczył i że będzie patrzył na jej kroki. Jego obecność dawała jej jedno podstawowe bezpieczeństwo — nie pozwoli jej umrzeć. W to nigdy nie zwątpiła. Poza tą ostatecznością jednak oczy Leviathana wiązały jej ręce tam, gdzie wcześniej wojowała lekko.
Helloise nie potrafiła już wrócić do początkowej swobody, mimo że starała się ją na siłę odgrywać. Była na co dzień spokojna; potrafiła być tak samo obojętna jak Rowle, tak samo senna, lekceważąca, znudzona, przychodziło jej to naturalnie — do czasu. Raz wytrącona z równowagi, nie była w stanie tak po prostu do niej wrócić. Nawet więc teraz gdy milczała, było w jej milczeniu coś intensywnego i wyzywającego. Nie poruszyła się, gdy Louvain za nią stanął, ale była spięta. Instynkt szeptał, aby walczyć, uciekać, zrobić coś — ale stała sztywno. Słuchała wymiany między Śmierciożercami, patrząc na Rowle’a, mimo że nie miała już wobec niego nadziei, a oglądanie jego obojętności jedynie ją rozjuszało. Nie potrafiła przeniknąć jego myśli. Był na nią ślepy.
Zbyt ślepy — pomyślała kąśliwie.
Zostawił między nią a sobą zbyt dużo ostentacyjnie głuchej pustki, żeby cokolwiek, co planował, mogło zadziałać. Wcześniej zabrał ją między Śmierciożerców, rozmawiał o niej z Czarnym Panem, a teraz nie odpowiadał na jej słowa, nie chwytał jej spojrzenia, nie dawał żadnego znaku, że ona jest dla niego człowiekiem, a nie tylko szmacianą lalką, którą Louvain macha mu przed oczami. Skoro ona to widziała…
Lestrange stał blisko, tak blisko, że musiał czuć, że jest w tym nieswoja. Tuż za jej plecami. Jej ramiona unosiły się wraz z oddechem, więc musiał czuć, kiedy wstrzymywała powietrze, kiedy oddech drżał. Nie podobała jej się ta forma kontroli.
Tam, gdzie Louvain zawiesił granicę, grożąc przekroczeniem, tam Helloise po prostu przekroczyła ją przed nim.
Tyle razy widziała w jego oczach obrzydzenie, gdy poprzednio się do niego zbliżała. Niech oboje czują się w tej bliskości źle. Kobieta odchyliła się do tyłu, żeby oprzeć się plecami o tors Louvaina; uniosła rękę i dłonią lepką od gotowanych wcześniej eliksirów na ślepo odnalazła policzek pochylonego nad nią czarodzieja.
— Jest różnica między pobłażaniem a uległością. Nie mów, że muszę ci ją tłumaczyć — wymruczała zaczepnie, gładząc jego twarz koniuszkami palców, lecz nie było w tym głosie nic pociągającego, a wyłącznie pełne rozdrażnienia zniecierpliwienie. — Myślisz, że jesteś czymś lepszym ode mnie? Nie musisz mnie poważać, droga wolna. Nie oczekuj wtedy niczego w zmian. — Czarownica poruszyła lekko ramionami, jakby chciała zrzucić zabłąkany na nich ciężar. — Wolałabym jego ręce, wiesz? — mruknęła do Louvaina niezadowolona, wskazując Leviathana ruchem głowy.
Nie wolała w tamtej chwili żadnych rąk. Grała w tę grę, bo musiała, bo zabrnęli w nią za daleko. Absurd. Absurd, że utrzymywała tę narrację narzuconą przez Rowle’a. Nie miała pojęcia, jak planował to rozwiązać w długiej perspektywie. Czy myślał, że uda mu się w nieskończoność okłamywać tego człowieka? Louvain przyszedł do niej raz, przyszedł drugi; wszystko wskazywało na to, że był kimś wysoko w hierarchii — nawet Helloise potrafiła wywnioskować, że była to wyłącznie kwestia czasu, zanim się dowie. Jedyne, co Leviathan mu pokazał, to, że nie ma dla niej solidarności w jej własnym rodzie — a ów ród prędzej czy później wypłynie, bo Helloise Rowle uczęszczała do Hogwartu, była częścią czystokrwistego domu, ludzie ją kiedyś znali. Nie była przybłędą, która pojawiła się w czarodziejskim świecie znikąd, nawet jeśli jej imię się zakurzyło. Wystarczyło ten kurz zdmuchnąć, żeby się dowiedzieć.
— Jak myślisz, co będzie dalej? — zapytała Leviathana, starając się zdusić złość. — Przestaną przychodzić? — Zaśmiała się, poruszając wymownie ramionami. Śmiech urwał się na jedno ciężkie uderzenia serca, zanim wykonała kolejny desperacki krok: — Jeśli to wszystko, co masz do powiedzenia, to wracaj do domu i pozwól mi się tym zająć samej.
Rowle nie miał problemu z tym, żeby na mocy rodzinnych powiązań wciągać ją w to wszystko głębiej, przyprowadzić prosto do Śmierciożerców i przedstawić im ją jako kogoś, od kogo można oczekiwać pomocy. Rodzinna lojalność działała jednostronnie — Helloise spełniła rodzinne obowiązki, ale nie miała rodzinnych przywilejów i ochron. Gorzej niż służąca, która mogła w każdej chwili swoją służbę wypowiedzieć i odejść do innego domu. On nie potrafił jej nawet po tym wszystkim spojrzeć w oczy. Taki los przygotował jej Leviathan, a ona jeszcze podziękowała. Poczuła się żałośnie, ale upokorzenie zawsze było iskrą, która popychała ją jedynie dalej w szaleństwo.
Dopóki on się nie pojawił, czuła się w tej sytuacji pewnie. Rozmówiłaby się z Louvainem tak jak ostatnim razem. Teraz wszystko było o Leviathanie. Nawet to przydługie wyliczenie jej zasług i win było dla niego, żeby wiedział, jak doszło do tego, że wszyscy troje byli teraz tu, gdzie byli — na tej planszy, po której Lestrange próbował przesuwać ich jak oporne pionki. Nie podobało jej się, że Rowle będzie w tym uczestniczył i że będzie patrzył na jej kroki. Jego obecność dawała jej jedno podstawowe bezpieczeństwo — nie pozwoli jej umrzeć. W to nigdy nie zwątpiła. Poza tą ostatecznością jednak oczy Leviathana wiązały jej ręce tam, gdzie wcześniej wojowała lekko.
Helloise nie potrafiła już wrócić do początkowej swobody, mimo że starała się ją na siłę odgrywać. Była na co dzień spokojna; potrafiła być tak samo obojętna jak Rowle, tak samo senna, lekceważąca, znudzona, przychodziło jej to naturalnie — do czasu. Raz wytrącona z równowagi, nie była w stanie tak po prostu do niej wrócić. Nawet więc teraz gdy milczała, było w jej milczeniu coś intensywnego i wyzywającego. Nie poruszyła się, gdy Louvain za nią stanął, ale była spięta. Instynkt szeptał, aby walczyć, uciekać, zrobić coś — ale stała sztywno. Słuchała wymiany między Śmierciożercami, patrząc na Rowle’a, mimo że nie miała już wobec niego nadziei, a oglądanie jego obojętności jedynie ją rozjuszało. Nie potrafiła przeniknąć jego myśli. Był na nią ślepy.
Zbyt ślepy — pomyślała kąśliwie.
Zostawił między nią a sobą zbyt dużo ostentacyjnie głuchej pustki, żeby cokolwiek, co planował, mogło zadziałać. Wcześniej zabrał ją między Śmierciożerców, rozmawiał o niej z Czarnym Panem, a teraz nie odpowiadał na jej słowa, nie chwytał jej spojrzenia, nie dawał żadnego znaku, że ona jest dla niego człowiekiem, a nie tylko szmacianą lalką, którą Louvain macha mu przed oczami. Skoro ona to widziała…
Lestrange stał blisko, tak blisko, że musiał czuć, że jest w tym nieswoja. Tuż za jej plecami. Jej ramiona unosiły się wraz z oddechem, więc musiał czuć, kiedy wstrzymywała powietrze, kiedy oddech drżał. Nie podobała jej się ta forma kontroli.
Tam, gdzie Louvain zawiesił granicę, grożąc przekroczeniem, tam Helloise po prostu przekroczyła ją przed nim.
Tyle razy widziała w jego oczach obrzydzenie, gdy poprzednio się do niego zbliżała. Niech oboje czują się w tej bliskości źle. Kobieta odchyliła się do tyłu, żeby oprzeć się plecami o tors Louvaina; uniosła rękę i dłonią lepką od gotowanych wcześniej eliksirów na ślepo odnalazła policzek pochylonego nad nią czarodzieja.
— Jest różnica między pobłażaniem a uległością. Nie mów, że muszę ci ją tłumaczyć — wymruczała zaczepnie, gładząc jego twarz koniuszkami palców, lecz nie było w tym głosie nic pociągającego, a wyłącznie pełne rozdrażnienia zniecierpliwienie. — Myślisz, że jesteś czymś lepszym ode mnie? Nie musisz mnie poważać, droga wolna. Nie oczekuj wtedy niczego w zmian. — Czarownica poruszyła lekko ramionami, jakby chciała zrzucić zabłąkany na nich ciężar. — Wolałabym jego ręce, wiesz? — mruknęła do Louvaina niezadowolona, wskazując Leviathana ruchem głowy.
Nie wolała w tamtej chwili żadnych rąk. Grała w tę grę, bo musiała, bo zabrnęli w nią za daleko. Absurd. Absurd, że utrzymywała tę narrację narzuconą przez Rowle’a. Nie miała pojęcia, jak planował to rozwiązać w długiej perspektywie. Czy myślał, że uda mu się w nieskończoność okłamywać tego człowieka? Louvain przyszedł do niej raz, przyszedł drugi; wszystko wskazywało na to, że był kimś wysoko w hierarchii — nawet Helloise potrafiła wywnioskować, że była to wyłącznie kwestia czasu, zanim się dowie. Jedyne, co Leviathan mu pokazał, to, że nie ma dla niej solidarności w jej własnym rodzie — a ów ród prędzej czy później wypłynie, bo Helloise Rowle uczęszczała do Hogwartu, była częścią czystokrwistego domu, ludzie ją kiedyś znali. Nie była przybłędą, która pojawiła się w czarodziejskim świecie znikąd, nawet jeśli jej imię się zakurzyło. Wystarczyło ten kurz zdmuchnąć, żeby się dowiedzieć.
— Jak myślisz, co będzie dalej? — zapytała Leviathana, starając się zdusić złość. — Przestaną przychodzić? — Zaśmiała się, poruszając wymownie ramionami. Śmiech urwał się na jedno ciężkie uderzenia serca, zanim wykonała kolejny desperacki krok: — Jeśli to wszystko, co masz do powiedzenia, to wracaj do domu i pozwól mi się tym zająć samej.
dotknij trawy