11.04.2026, 19:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.04.2026, 19:27 przez The Lightbringer.)
Odkąd Jim zapoznał się z rodowodem Helloise nieco ostrożniej używał przy niej sformułowań typu "wszyscy jesteśmy dziećmi bożymi", bo chociaż była to najprawdziwsza prawda, jako panienka z rodu czystej krwi, mogłaby się tym faktem bardzo oburzyć. Wystarczyło wspomnieć, jak straszliwie przejęła się tym, że Jim mógłby pochodzić z nieprawego łoża, pocieszając nieco zdezorientowanego chłopaka, który musiał wyjaśnić jej, że do żadnego mezaliansu w jego rodzinie nie doszło. A nawet gdyby, to jego rodzice dawno już umarli. Wciąż miał jednak Ojca w Niebie, i Matkę Boską, czuwającą nad nim, jak nad własnym synem. Bał się, że będzie to trudne do wyjaśnienia, ale Helloise w mig załapała, o chodzi, bo wyznawała wiarę w boginię o trzech twarzach, uwielbiając Dziewicę, Matkę i Staruchę. Uwierzyć w Ojca, i Syna, i Ducha Świętego było jej już ciężej. A jednak nie patrzyła na niego z pogardą, gdy z płomienną żarliwością tłumaczył jej podstawy swej wiary. Może dlatego, że mimo tego, że miała ojca i matkę, o których pochodzeniu wypowiadała się tak dumnie, mieszkała z dala od nich. Mieszkała w skromnej chatce w lesie, a nie w wielkich, podniebnych pałacach, jakie budowali władcy przestworzy dla swych smoków. Nie bywała na dworach, jak jaśniepaństwo, a chociaż miała nazwisko, wszyscy mówili do niej po prostu Helloise, a nie "panna Rowle". Jim nie pytał, dlaczego. Gdyby ktoś go kiedyś zapytał, dlaczego uciekł z domu, też by nie wiedział, co odpowiedzieć. Nie miało to żadnego znaczenia. Czasem żal mu było jednak Helloise. Nie dlatego, że żyła w Kniei, bo musiała kochać las, którego sekretów strzegła tak pilnie, pokazując czułość wokół otaczającej jej przyrody gestem i słowem. Żal mu było jej, bo była tutaj całkiem sama, chociaż miała rodzinę, która żyła, i miała się wcale dobrze. Jim był sierotą, ale wciąż miał cyrk. A jedynym, kogo Helloise zdawała się mieć na wyłączność, była bogini Matka. Nie potrzebowała jego litości, ale przecież nie litością ją obdarzał, lecz przyjaźnią. Zwłaszcza, że do smoków nic nie miał. Pluł ogniem równie często, co one, czasem dla uciechy Helloise, zwłaszcza, gdy potrzeba było rozpalić pod kuchnią. Gdy pokazywał jej poparzone palce, śmiał się, pytając, czy uwarzyłaby taki eliksir, żeby mu wyrosły ognioodporne łuski. Być może była to naiwność. Tak samo naiwnie wierzył w Boga, w płonący krzew, który się nie spalał. W Helloise, która była dla niego tak po prostu miła. Ale Jim nigdy nie nazwałby tego naiwnością.
Teraz zgarnął porzucone pośród traw buty, które zzuł wcześniej z nóg, aby nie bezcześcić świętej ziemi. Właściwie to uważał za głupotę, żeby chodzić w butach, kiedy było tak gorąco, ale ukradł mu je jeden z młodszych braci. A że Jim nie chciał przed nim wyjść na niewdzięcznika, w butach trza było od czasu do czasu pochodzić.
– Powiedz – poprosił, klękając na ziemi obok Helloise. Klęczał z oczami utkwionymi w płonącym krzewie, z wyprostowanymi plecami. Z przepełnioną spokojem twarzą, na której odmalował się wyraz powagi. – Powiedz, Helloise. Bo Bóg nie przemówi, chociaż bardzo pragnąłbym, aby przemówił. – Jakaś ostateczność tkwiła w tym stwierdzeniu. Nieodwołalność, z jaką zwykł wypowiadać wyznanie wiary, nieobarczona jednak gniewem, ani nawet zawodem. Jim podniósł rozognione spojrzenie na Helloise.
Uśmiechnął się do niej.
Gdy się uśmiechał, w jego oczach płonął ogień.
– Powiedz mi, co mówi krzew, a ja powiem ci, co mówi ogień – obiecał łagodnie. Przedziwną była wiara tego chłopaka. Przedziwnym było, że jeszcze chwilę temu biegł tutaj, cały w skowronkach, robiąc dodatkowe okrążenia, żeby nie zostawić Helloise w tyle, a teraz w milczeniu siedział na ziemi, nieruchomo niemal, kontemplując płonący krzew. Wcześniejsza radość nie wygasła, lecz tliła się w nim powoli, nigdy nie znikając przecież całkowicie, nawet wtedy, gdy Jim zdawał się smutnym.
Teraz zgarnął porzucone pośród traw buty, które zzuł wcześniej z nóg, aby nie bezcześcić świętej ziemi. Właściwie to uważał za głupotę, żeby chodzić w butach, kiedy było tak gorąco, ale ukradł mu je jeden z młodszych braci. A że Jim nie chciał przed nim wyjść na niewdzięcznika, w butach trza było od czasu do czasu pochodzić.
– Powiedz – poprosił, klękając na ziemi obok Helloise. Klęczał z oczami utkwionymi w płonącym krzewie, z wyprostowanymi plecami. Z przepełnioną spokojem twarzą, na której odmalował się wyraz powagi. – Powiedz, Helloise. Bo Bóg nie przemówi, chociaż bardzo pragnąłbym, aby przemówił. – Jakaś ostateczność tkwiła w tym stwierdzeniu. Nieodwołalność, z jaką zwykł wypowiadać wyznanie wiary, nieobarczona jednak gniewem, ani nawet zawodem. Jim podniósł rozognione spojrzenie na Helloise.
Uśmiechnął się do niej.
Gdy się uśmiechał, w jego oczach płonął ogień.
– Powiedz mi, co mówi krzew, a ja powiem ci, co mówi ogień – obiecał łagodnie. Przedziwną była wiara tego chłopaka. Przedziwnym było, że jeszcze chwilę temu biegł tutaj, cały w skowronkach, robiąc dodatkowe okrążenia, żeby nie zostawić Helloise w tyle, a teraz w milczeniu siedział na ziemi, nieruchomo niemal, kontemplując płonący krzew. Wcześniejsza radość nie wygasła, lecz tliła się w nim powoli, nigdy nie znikając przecież całkowicie, nawet wtedy, gdy Jim zdawał się smutnym.
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić