12.04.2026, 04:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.04.2026, 04:04 przez Lorraine Malfoy.)
Niektórzy oceniali ludzi po butach. Czy były wypastowane, czy nosiły ślady błota. Jakiego błota? Czy było to błoto ulicy, błoto Nokturnu, czy pochodziło z miejsc bardziej odległych, skoro zdążyło już zaschnąć na cholewkach? Znała się na modzie, wiedziała więc, czy obuwie jest wysokiej jakości, wykonane na zamówienie, czy tanie, produkowane masowo, a może wręcz zakupione w mugolskich dzielnicach. Lorraine zwracała uwagę na takie rzeczy. Zwracała uwagę na to, czy pozostawione na nosach świeże ślady pasty zdradzały pośpiech, nieuważność, czy świadczyły o próżności, jaką była wizyta u pucybuta. Późną jesienią często zostawiali rysy na skórze, gdy ręce zaczynały już drżeć z zimna, odmawiając posłuszeństwa. Jeszcze inni oceniali ludzi po dłoniach właśnie. Po ich drżeniu, albo jego braku, po tym, czy były szorstkie od pracy, czy miękkie od bezczynności. Wiele było rzeczy, po których można było oceniać ludzkie charaktery, Lorraine Malfoy najpewniej czuła się jednak oceniając ludzi po trumnach. Po rodzajach drewna, po wyrytych w tym drewnie zdobieniach albo ich braku. Po kształcie, dokładności, z jaką została wykonana trumna. Po cenie, jaką przyszło za nią zapłacić, choć ta rzadko odzwierciedlała realne preferencje. Ale Lorraine potrafiła przecież znaleźć coś dla każdego. Może dlatego, że wiele trumien wypróbowała osobiście.
– Nie jest zbyt wygodna, jeżeli szukasz miejsca wiecznego spoczynku w miejsce spalonej łożnicy – odezwała się na głos, w ten łagodny, nieco melancholijny sposób, w którym słyszeć dało się jednak... Pewną żartobliwą przewrotność kogoś, kto do śmierci był nie tyle nawykły, co wręcz zaprzyjaźniony z myślą o niej. Ale Lorraine zawsze przecież taka była. W dzieciństwie urządzała pogrzeby swoim lalkom. Nadawała imiona wisielcom zwieszającym się z gałęzi drzew, które porastały las w Little Hangleton. Przygrywając na pianinie najchętniej sięgała pieśni smutne, żałobne niemal, próbowała układać rekwia, marsze pogrzebowe. Odwiedzała cmentarze tak jak inni odwiedzają ulubione miejsca spacerowe. Gdy krążyła pośród nagrobków, czuła spokój. Kolekcjonowała wypisane na nich imiona zanim kamień skruszał pod naporem czasu, a potem wplatała je w bajki, które pisywał jej ojciec. Tak wiele znaczyła dla niej pamięć. Pamięć oznaczała godność, konstytuowała wartość relacji, jej trwałość, nieważne, czy chodziło o zmarłych, czy o żywych. Może dlatego nie potrafiła nie kochać Baldwina, obdarzonego pamięcią absolutną. Nie potrafiła nie martwić się o rodzinę, która była dla niej najważniejszą, nawet jeżeli w dzieciństwie często ścierali się wspólnie z Renigaldem, jak przystało na aroganckie dzieciaki, wychowane z myślą, że świat należy do nich. Gdy teraz wychnęła z ciemności spowijających wnętrze zakładu pogrzebowego, jak zawsze obleczona w biel. obdarzyła jednak kuzyna łaskawym uśmiechem. Bo pamiętał. Bo przyszedł.
– Chodź za mną – rzuciła władczo, pokazując podbródkiem, w którą stronę należy się udać. – Pokażę ci inne trumny, takie, które są godne malfoyowej głowy. A ty będziesz opowiadał mi, co w tej głowie siedzi. – Nie wyciągnęła w jego stronę dłoni, jak zrobiłaby z każdym, z kim była bliżej, nie zawahała się jednak, zapraszając go do swojego świata. Pozostawiła mu mimo wszystko przestrzeń, nie narzucając bliskości, która mogłaby zostać odczytana jako nieszczera. Nie kłamała, mówiąc, że jest dla niej ważnym. Musiała być zajęta organizacją pogrzebów, których odbyło się w ostatnich dniach wiele, ale teraz Renigald otrzymał pełnię jej uwagi. – Cieszę się, że przyszedłeś – dodała jednak, jak gdyby łagodniej, a na pewno bardziej czule, niż zwykła. Naprawdę się o niego martwiła.
– Nie jest zbyt wygodna, jeżeli szukasz miejsca wiecznego spoczynku w miejsce spalonej łożnicy – odezwała się na głos, w ten łagodny, nieco melancholijny sposób, w którym słyszeć dało się jednak... Pewną żartobliwą przewrotność kogoś, kto do śmierci był nie tyle nawykły, co wręcz zaprzyjaźniony z myślą o niej. Ale Lorraine zawsze przecież taka była. W dzieciństwie urządzała pogrzeby swoim lalkom. Nadawała imiona wisielcom zwieszającym się z gałęzi drzew, które porastały las w Little Hangleton. Przygrywając na pianinie najchętniej sięgała pieśni smutne, żałobne niemal, próbowała układać rekwia, marsze pogrzebowe. Odwiedzała cmentarze tak jak inni odwiedzają ulubione miejsca spacerowe. Gdy krążyła pośród nagrobków, czuła spokój. Kolekcjonowała wypisane na nich imiona zanim kamień skruszał pod naporem czasu, a potem wplatała je w bajki, które pisywał jej ojciec. Tak wiele znaczyła dla niej pamięć. Pamięć oznaczała godność, konstytuowała wartość relacji, jej trwałość, nieważne, czy chodziło o zmarłych, czy o żywych. Może dlatego nie potrafiła nie kochać Baldwina, obdarzonego pamięcią absolutną. Nie potrafiła nie martwić się o rodzinę, która była dla niej najważniejszą, nawet jeżeli w dzieciństwie często ścierali się wspólnie z Renigaldem, jak przystało na aroganckie dzieciaki, wychowane z myślą, że świat należy do nich. Gdy teraz wychnęła z ciemności spowijających wnętrze zakładu pogrzebowego, jak zawsze obleczona w biel. obdarzyła jednak kuzyna łaskawym uśmiechem. Bo pamiętał. Bo przyszedł.
– Chodź za mną – rzuciła władczo, pokazując podbródkiem, w którą stronę należy się udać. – Pokażę ci inne trumny, takie, które są godne malfoyowej głowy. A ty będziesz opowiadał mi, co w tej głowie siedzi. – Nie wyciągnęła w jego stronę dłoni, jak zrobiłaby z każdym, z kim była bliżej, nie zawahała się jednak, zapraszając go do swojego świata. Pozostawiła mu mimo wszystko przestrzeń, nie narzucając bliskości, która mogłaby zostać odczytana jako nieszczera. Nie kłamała, mówiąc, że jest dla niej ważnym. Musiała być zajęta organizacją pogrzebów, których odbyło się w ostatnich dniach wiele, ale teraz Renigald otrzymał pełnię jej uwagi. – Cieszę się, że przyszedłeś – dodała jednak, jak gdyby łagodniej, a na pewno bardziej czule, niż zwykła. Naprawdę się o niego martwiła.