Odległość między nim i Helloise od zawsze można było obliczać poprzez wszelkie niedopowiedzenia, jakimi siebie obdarowywali. Czasem był wręcz przekonany, że więcej ich było niż wszelkich szczerości, jakimi się obdarowywali i było tak od momentu, kiedy pierwszy raz ruszył w ślad za nią w dziecięcym pościgu. Kiedy byli mali, więcej w tym było właściwej wiekowi naiwności i niewinności, ale wraz z upływającymi latami, ciężar kładł im się na barkach, dogniatając do ziemi i czasem zwyczajnie przeszkadzając. I dokładnie tak właśnie było teraz, kiedy na nią nie spoglądał, a jednocześnie miał wrażenie że aż za dobrze domyśla się tego, co krążyło jej po głowie. Mógł być bowiem gruboskórny i odległy, ale nie można było odmówić im prostego faktu, że czasem aż za łatwo było im znaleźć łączącą ich nic porozumienia. Rozumiał ją tam, gdzie inni zostawiali ją w tyle.
To jednak, co nieustannie mu umykało, to jej przeświadczenie że należało jej się wszystko, co rodzina mogłaby mieć jej do zaoferowania. Jakby kompletnie nie rozumiała, że podejmując tę jedną decyzję, tyle lat temu, określiła swoje miejsce już na zawsze. Czasem zastanawiał się, czy lepiej nie byłoby jej, gdyby zapomniała o swoim dziedzictwie na dobre. Gdyby nie odeszła hen daleko, zapomniała o Snowdonii i Dolinie Godryka. O matce, ojcu, braciach i o nim samym. Byłaby wtedy faktycznie wolnym duchem, a oni wypaliliby ją na rodzinnym gobelinie tak całkowicie i permanentnie. Byłaby tylko Helloise, ale pod innym imieniem, bo zachowywanie jej własnego byłoby zbyt wiążące. Byłaby powiewem wiatru, zapachem kwiatów i szumem liści.
Leviathan nigdy do końca nie wybaczył jej tego, że zniknęła. Coś wewnątrz niego już na zawsze miało uważać to za wielce niesprawiedliwe i sprawiać, że pod koniec dnia nie spodziewał się po niej niczego więcej. Z jednej strony ją za to kochał, a z drugiej nienawidził. Za to, że trzymała go tym w niepewności i zbliżała się tym bardziej w jego pojmowaniu do magicznej istoty niż zwykłego człowieka. Bo skąd miał wiedzieć, że następnego dnia kiedy znajdzie się na progu kurzej chatki, ona wciąż w niej będzie?
Zastanawiał się, gdzie właściwie leżała jej granica. Co leżało po stronie 'zostań', a co już przy 'zniknij'. Zdewastowana Knieja, którą tak podobno kochała, naruszyła całe jej jestestwo, ale wciąż nie wyrwała jej korzeniami i nie zmusiła do polecenia z wiatrem, by opaść na żyźniejszą glebę i tam zapuścić korzenie. Pewna obojętność rodziny też wydawała się być dla niej czymś, co może w jakiś sposób bolało, ale nie na tyle by odwrócić się od tego całkowicie. Chłodne ciało Louvaina też najwyraźniej nie było czymś, co ją odstręczało. Nie kiedy tak ostentacyjnie opierała się teraz o niego, przykładając palce do policzka. Obserwował to z pewnym zastanowieniem, nagle dywagując w głowie nad tym, jak chętnie rzuciłaby się w jego ramiona. Byłoby im razem dobrze? Mieliby te piękne dzieci, o których dywagowali podczas ostatniego Yule?
Nie, i Rowle był tego boleśnie świadomy. Lestrange nie posiadał w sobie niczego, co sprawiałoby że Helloise mogłoby faktycznie do niego ciągnąć. Żadnej cechy, która sprawiałaby że byłby zwyczajnie znośny. Te dzieci z resztą, wydarłby jej pazurami, gdyby tylko miał na to ochotę, robiąc z nich kartę przetargową. Był nieznośnym człowiekiem, który z taką łatwością zachłystywał się siłą, jakby w całym swoim życiu tylko patrzył na nią z oddali. To co on zrzucał na karb braku odwagi i czegoś, co nie przystało potężnym smokom, Leviathan zrzucał na coś zupełnie innego; zwyczajnie nie było potrzeby, żeby to robił. Oszczędzał siły, z rozleniwieniem wielkiego gada, który nie był wściekłym psem spuszczonym ze smyczy. Smoki miały niewiele rzeczy, którymi musiały się przejmować, a ich naturalnymi przeciwnikami byli inni przedstawiciele ich gatunku. Lestrange natomiast, cóż, do miary smoka nie urastał w żadnym calu. Był zwyczajną niedogodnością i niczym więcej. Helloise natomiast... ona była jego krwią.
Ale pomimo swojej irytującej natury, to nie on poruszał w tym momencie Leviathana. Jego słowa, niby wyrachowane i nastawione na bogowie wiedzą jaki efekt, były tak samo rozlazłe jak zawsze. Zbyt dużo było w nich patosu i zanadto obtoczone były przyjemnych barwach, by do Draconisa w ogóle trafiały. Ale Hela sobie z nim zwyczajnie pogrywała. Zachowywała się, jakby robił jej na złość tym, w jakiej sytuacji się znalazła. Jakby siedział na progu jej domu i wpuszczał do niego każdą przybłędę, która gotowa była tutaj zapukać. Prawda była taka, że mogła sobie robić cokolwiek tylko chciała, w tym przez Matkę zapomnianym kawałku świata i zdecydowała robić właśnie to - układać się z pieprzonym Louvainem Lestrange. Sama powiedziała, że zaprosiła go do swojego domu. Dała mu pić i udzieliła do pracy swoich rąk. Była architektką całej tej cholernej sytuacji, ale postanowiła mieć do niego pretensje, że kładł jej do głowy by nie szła tą drogą. A ona nie słuchała.
- Tak, wystarczy - powiedział gardłowo, ale nie patrzył na Martesa, zamiast tego wbijając spojrzenie w Helę. Patrzył twardo i prawdę powiedziawszy, pewnie nie widziała tego zbyt często, bo zwykł tak spoglądać na innych. Na tych, którzy mu coś zawinili, albo stali po niewłaściwej stronie barykady. Tych, którzy przekraczali granicę.
Wracał do niej raz po raz, martwiąc się o to czy w końcu nie postanowić zrobić tego, co jednoznacznie przekreśli ją w oczach rodziny. Martwił się, by nikt inny nie zamknął jej w klatce, na która nie zasługiwała i z której znowu chciałaby uciec. Martwił się, oh jak to naiwnie brzmiało w jego własnym odczuciu, ale najwyraźniej nie było się o co martwić. Wszystkie te niedopowiedziane rzeczy stanowiły teraz mur, który ciężko było im przeskoczyć, czy jemu czy jej. Lestrange mówił bardzo pięknie o lojalności, której pewnie nawet nie rozumiał, ale jego uwaga zwyczajnie chybiała. Nie miała od czego się odbić, bo Rowle nigdy nie mógł swojej krewnej tego rodzaju lojalności oferować. Mogła być jego rodziną, mogła być dla niego osobą ważną, bliską i taką, którą na swój sposób chciał chronić. Ale robił co mógł.
Uważała, że była sama? Że lepiej sobie poradzi na własną rękę? Proszę bardzo, mogła być sama.
- Masz rację. Nie ma potrzeby, żebym tutaj w ogóle był - obecność drugiego mężczyzny zdawała się wyparować w jego percepcji. Lestrange wciąż dostawał ochłapy, ale nawet tych żal było Leviathanowi, bo nie wydawał ich na własnych zasadach. Wciąż był oschły i nieruchawy, ale jeśli się go znało, można było rozpoznać w tych pionowych źrenicach to co kryło się głębiej. Na całe szczęście dla niego, tylko ona znała go w tym gronie na tyle dobrze.
Różdżka poruszyła się. Szybko i sprawnie, ale nawet jej nie uniósł, ograniczając zabieg do samego ruchu nadgarstka. Magia zassała go, pozbawiając ich jego obecności ale nie znalazł się daleko. Chwilę po teleportacji chatkę Helloise zaczął obserwować siedzący na gałęzi jednego z drzew sokół, bo najwyraźniej musieli sobie poważnie porozmawiać.
Go on, stick your bloody head in the jaws of the beast