12.04.2026, 09:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.04.2026, 09:08 przez Alexander Mulciber.)
Alexander Mulciber nie zwykł prosić, kiedy mógł stawiać żądania, dziękował rzadko, a przepraszać, cóż, nie przepraszał wcale. Nie leżało to w jego naturze. Ani przez chwilę nie pomyślał, że siedząca obok dziewczyna może chcieć go otruć. Po prostu skaleczenia na dłoniach wydawały się nieważnymi w perspektywie czasu. Nieistotnymi, gdy pomyśleć, jak bliski utonięcia był. Czemu jednak miałby pozbywać się śladów ran, skoro stanowiły zapis tego, co przeżył? Nakładały się na linie, które wprzódy wyrysowało na jego rękach przeznaczenie. Nie byłyby przecież złymi bliznami. Nie byłyby nawet trwałymi. Nosił na swoim ciele o wiele gorsze blizny, takie, których nie mogłaby uleczyć żadna magia. Nosił też i takie, które czułby pod skórą nawet gdyby sprawił, że zniknęły. Blizny wyryte nie w tkance, lecz w pamięci. Tych po wkłuciach wstydził się przecież najbardziej, ale jeszcze bardziej wstydził się ich pozbyć. Nie tylko dlatego, że musiałby je wtedy pokazać, odsłonić przed kimś pokłute przedramiona. Najgorszym byłoby przyznać się przed samym sobą, że wcale nie chce się ich pozbywać. Tylko to mu pozostało po czasach, kiedy wtłaczał opioidy w żyły. Tylko to mu pozostało poza wieczną tęsknotą uzależnionego. Blizny. Ślady po ostrych kamieniach, którymi pokaleczyło go jezioro, wypadałoby w porównaniu jak rzewne wspomnienie z czasów dzieciństwa. Jak niewinna szrama po upadku z miotły na zajęciach z latania. Przypominałyby mu o tym dniu, a nie byłoby to przecież złe wspomnienie. Wiedział, że przyjdzie mu wspominać ten dzień dobrze. Przeszłość nie była dla Alexandra jedynie wspomnieniem, lecz zapisem dokonanym w żywej tkance. Dowodem, że jego ciało było areną wyborów, pragnień i przemocy. Przeszłość determinowała w pewnym sensie przyszłość, choć czasem bywało też na odwrót. Nawet teraz przyszłość była możliwa do wyłuskania spod poznaczonej bliznami skóry. A jednak Alexander nie chciał jej dotykać, rozdrapywać, co mogło być, a co juź było. Dzisiaj po prostu przeżywał dzisiaj. Przytrzymał się więc grubej sierści psa, gdy ten szarpnął go za kołnierz, nie spodziewając się, że zwierz próbując przeciągnąć go po mokrym piasku. Gdyby nie bał się, że wywoła to atak kaszlu, Alexander zaśmiałby się w głos. Kiedy ostatnio widział taką monumentalną bestię? Puścił psa, gdy ten przywlókł go w stronę kobiety. Pozwolił jej przyłożyć do swych ran lecznicze zielsko, choć w innych okolicznościach zapewne odtrąciłby jej dłonie. Nie chciał żadnej pomocy. Z gorszych rzeczy udało mu się przecież wylizać... Potrzebował po prostu odetchnąć. Wysuszyć się przy ogniu. Odpocząć na tyle, żeby móc się stąd bez szwanku teleportować. No i zapamiętać jej dom. Należało się bowiem odwdzięczyć tej kobiecie. Nie była wytworem jego umysłu, lecz żywą istotą. Być może domyśliłby się, co jest przyczyną jej milczenia, gdyby miał choćby chwilę na zebranie myśli.
Wszystkie jednak poświęcił na to, żeby wstać.
Wcześniej zgarnął z ziemi różdżkę, powiódłszy palcami wzdłuż imienia, które miała pewnie niedługo wymyć woda jeziora. A może zatrą je małe żyjątka gnieżdżące się w przybrzeżnym mule. Alexander podniósł wzrok na czekającą na niego kobietę. Jahnavi. Niemo obrócił imię na języku, podążywszy za nią i za delikatnym pobrzękiwaniem jej bransoletek. Wbrew pozorom nie chwiał się ani nie kulał. Wyglądał tak, jak gdyby wszystko było z nim w porządku. Tylko barki trzymał lekko uniesione, a jedno ramię bardziej przyciskał do klatki piersiowej. Robił wszystko bardzo powoli, jak gdyby każdy ruch musiał zostać wcześniej dokładnie przemyślany. Kiedy siedzieli przy brzegu, nauczył się kontrolować oddech, wciąż jednak trzymał rękę na żebrach. W tym miejscu bolało go najbardziej, ale zachłysnął się wodą, więc normalnym było, że kłuło, gdy oddychał. Dopóki szedł równym rytmem, unikając gwałtownych ruchów, dało się przeżyć ból. Czasem tylko na twarzy widać było wyraz napięcia. Przypominał sobie wtedy, żeby oddychać płytko, nie nabierając zbyt wiele powietrza.
W końcu jednak się odważył.
– Jahnavi – powiedział. Wymówił jej imię ostrożnie, chcąc właściwie położyć akcent. Wyczuwał w imieniu kobiety wpływ starożytnego sanskrytu, z którego wyewoluowała grupa średnioindyjskich prakrytów, a potem języki nowoindyjskie. Hindi. Bengali. Marathi. Było ich tak wiele, że nie byłby w stanie umiejscowić różnicy. Sanskryt rozpoznałby jednak wszędzie, ponieważ z niego wywodził się romski. Podobieństwa bywały uderzające, choć nie zawsze pozwalały na łatwe dojście do porozumienia. Składnia i słownictwo uległy zmianie na przestrzeni wieków. Niewielu wiedziało o tym, że jego przodkowie wywędrowali z terenów Indii, że w dialektach, jakimi się wciąż posługiwali, przebrzmiewają wpływy wszystkich miejsc, jakie odwiedzili. Niektóre słowa nosiły wspomnienie rządów perskich szachów, inne wywodziły się z greki, a końcówki w pewnym momencie zaczęły odmieniać się podobnie do języków Słowian. Język stanowił zapis wędrówki, a może był wędrówką sam w sobie: Alex wędrował, szukając w głowie romskiego dialektu, który najpełniej oddawałby naturalny rytm języków indyjskich. Nie był zbyt dobry w bałkańskich odmianach vlax romani, ale dzięki latom spędzonym w Rumunii posługiwał się doskonale dialektem wołoskim. Choć ten kształtował się pod wpływem języka rumuńskiego, zachować zdołał wiele cech indoaryjskich. Miękkość samogłosek, sylabiczny rytm. Intuicyjna wiedza, w którym momencie należy wziąć oddech, aby prześlizgnąć się lekko po słowie, które Anglik wypowiedziałby ciężko, gardłowo wręcz, nieświadom tkwiącej w nim melodii. A melodyjny był to przecież język.
– To twoje jezioro? – spytał po romsku, celowo dobierając słowa, które były proste, znajome, choć wybrzmiewały w hindi nieco inaczej. – Długo tu mieszkasz? – A raczej "czy długo masz tu swój dom?". Pewne zwroty były przecież tak samo uniwersalne jak słowo matka w językach świata. "Dom". "Woda". "Żyć." – Jak ma na imię twój pies?
Ale potem znowu zaniósł się kaszlem, i trzeba było czekać, aż się uspokoi, bo przesadził z mówieniem. A prawie udało mu się dojść pod drzwi chatki.
Wszystkie jednak poświęcił na to, żeby wstać.
Wcześniej zgarnął z ziemi różdżkę, powiódłszy palcami wzdłuż imienia, które miała pewnie niedługo wymyć woda jeziora. A może zatrą je małe żyjątka gnieżdżące się w przybrzeżnym mule. Alexander podniósł wzrok na czekającą na niego kobietę. Jahnavi. Niemo obrócił imię na języku, podążywszy za nią i za delikatnym pobrzękiwaniem jej bransoletek. Wbrew pozorom nie chwiał się ani nie kulał. Wyglądał tak, jak gdyby wszystko było z nim w porządku. Tylko barki trzymał lekko uniesione, a jedno ramię bardziej przyciskał do klatki piersiowej. Robił wszystko bardzo powoli, jak gdyby każdy ruch musiał zostać wcześniej dokładnie przemyślany. Kiedy siedzieli przy brzegu, nauczył się kontrolować oddech, wciąż jednak trzymał rękę na żebrach. W tym miejscu bolało go najbardziej, ale zachłysnął się wodą, więc normalnym było, że kłuło, gdy oddychał. Dopóki szedł równym rytmem, unikając gwałtownych ruchów, dało się przeżyć ból. Czasem tylko na twarzy widać było wyraz napięcia. Przypominał sobie wtedy, żeby oddychać płytko, nie nabierając zbyt wiele powietrza.
W końcu jednak się odważył.
– Jahnavi – powiedział. Wymówił jej imię ostrożnie, chcąc właściwie położyć akcent. Wyczuwał w imieniu kobiety wpływ starożytnego sanskrytu, z którego wyewoluowała grupa średnioindyjskich prakrytów, a potem języki nowoindyjskie. Hindi. Bengali. Marathi. Było ich tak wiele, że nie byłby w stanie umiejscowić różnicy. Sanskryt rozpoznałby jednak wszędzie, ponieważ z niego wywodził się romski. Podobieństwa bywały uderzające, choć nie zawsze pozwalały na łatwe dojście do porozumienia. Składnia i słownictwo uległy zmianie na przestrzeni wieków. Niewielu wiedziało o tym, że jego przodkowie wywędrowali z terenów Indii, że w dialektach, jakimi się wciąż posługiwali, przebrzmiewają wpływy wszystkich miejsc, jakie odwiedzili. Niektóre słowa nosiły wspomnienie rządów perskich szachów, inne wywodziły się z greki, a końcówki w pewnym momencie zaczęły odmieniać się podobnie do języków Słowian. Język stanowił zapis wędrówki, a może był wędrówką sam w sobie: Alex wędrował, szukając w głowie romskiego dialektu, który najpełniej oddawałby naturalny rytm języków indyjskich. Nie był zbyt dobry w bałkańskich odmianach vlax romani, ale dzięki latom spędzonym w Rumunii posługiwał się doskonale dialektem wołoskim. Choć ten kształtował się pod wpływem języka rumuńskiego, zachować zdołał wiele cech indoaryjskich. Miękkość samogłosek, sylabiczny rytm. Intuicyjna wiedza, w którym momencie należy wziąć oddech, aby prześlizgnąć się lekko po słowie, które Anglik wypowiedziałby ciężko, gardłowo wręcz, nieświadom tkwiącej w nim melodii. A melodyjny był to przecież język.
– To twoje jezioro? – spytał po romsku, celowo dobierając słowa, które były proste, znajome, choć wybrzmiewały w hindi nieco inaczej. – Długo tu mieszkasz? – A raczej "czy długo masz tu swój dom?". Pewne zwroty były przecież tak samo uniwersalne jak słowo matka w językach świata. "Dom". "Woda". "Żyć." – Jak ma na imię twój pies?
Ale potem znowu zaniósł się kaszlem, i trzeba było czekać, aż się uspokoi, bo przesadził z mówieniem. A prawie udało mu się dojść pod drzwi chatki.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat