12.04.2026, 11:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.04.2026, 11:42 przez Henry Lockhart.)
Nadzieja potrafiła prysnąć w przeciągu chwili i tym razem również tak się stało. Ręka, która już prawie wywalczyła sobie drogę na wolność, znowu wciągnięta została przez potworne cielsko. Henry zamarł na chwilę, zamknął oczy. Czy to był koniec? Czy miał się tu udusić razem z dwoma mężczyznami, których nawet tak dobrze nie znał. Przez chwilę błysnęła mu myśl, że może już nigdy nie zobaczyć swoich przyjaciół. Brynji, Electry, Jessie'ego. Hestii. Wspomnienie ostatniego imienia szczególnie go zabolało.
Dopiero słowa Basila przywołały go do porządku. Do rzeczywistości. Była jeszcze szansa. Nadzieja nie mogła zgasnąć tak łatwo. Musieli tylko... współpracować. Problem w tym, że do tego Henry nie był w ogóle przyzwyczajony. Nauczył się przecież radzić sobie sam. Jednakże nie mógł powiedzieć, że bez pomocy innych by sobie w ogóle poradził. Może to stanowiło klucz do wyjścia z tej sytuacji? Przytaknął Basilowi.
Słowa Leviathana o tym całym maledictusie strasznie go zdziwiły.
– Nie miałem pojęcia, że dotyka tylko kobiety... – odparł z lekkim wstydem, że początkowo domniemał, że w ciele stwora kryje się mężczyzna. – Powinniśmy też przenieść się do tamtego pokoju. Tam jest wylot powietrza, może będzie się dało tam oddychać. A jeśli chodzi o zdjęcie, to... wydaje mi się, że coś może łączyć je z maledictusem. Może to jakieś bolesne wspomnienia? Nie powinniśmy ich jej przypominać. Szczególnie, że mam wrażenie, że coś jest z nimi nie tak. Te oczy... – spojrzał znacząco na Leviathana, który na pewno skojarzyłby podobieństwo do Heleny. Henry bał się jednak wysławiać je głośno. – Mogę spróbować z nią porozmawiać. Nie nawiązujmy do zdjęcia, może... niech uświadomi sobie, gdzie jest. Że z nami jest bezpieczna. Namówmy ją, żeby przypomniała sobie jakieś dobre wspomnienie. Chwile spędzone z kochaną osobą. Najgorzej, że tak mało o niej wiemy, więc nie bardzo można bezpiecznie przytoczyć jakiś konkret.
Dopiero słowa Basila przywołały go do porządku. Do rzeczywistości. Była jeszcze szansa. Nadzieja nie mogła zgasnąć tak łatwo. Musieli tylko... współpracować. Problem w tym, że do tego Henry nie był w ogóle przyzwyczajony. Nauczył się przecież radzić sobie sam. Jednakże nie mógł powiedzieć, że bez pomocy innych by sobie w ogóle poradził. Może to stanowiło klucz do wyjścia z tej sytuacji? Przytaknął Basilowi.
Słowa Leviathana o tym całym maledictusie strasznie go zdziwiły.
– Nie miałem pojęcia, że dotyka tylko kobiety... – odparł z lekkim wstydem, że początkowo domniemał, że w ciele stwora kryje się mężczyzna. – Powinniśmy też przenieść się do tamtego pokoju. Tam jest wylot powietrza, może będzie się dało tam oddychać. A jeśli chodzi o zdjęcie, to... wydaje mi się, że coś może łączyć je z maledictusem. Może to jakieś bolesne wspomnienia? Nie powinniśmy ich jej przypominać. Szczególnie, że mam wrażenie, że coś jest z nimi nie tak. Te oczy... – spojrzał znacząco na Leviathana, który na pewno skojarzyłby podobieństwo do Heleny. Henry bał się jednak wysławiać je głośno. – Mogę spróbować z nią porozmawiać. Nie nawiązujmy do zdjęcia, może... niech uświadomi sobie, gdzie jest. Że z nami jest bezpieczna. Namówmy ją, żeby przypomniała sobie jakieś dobre wspomnienie. Chwile spędzone z kochaną osobą. Najgorzej, że tak mało o niej wiemy, więc nie bardzo można bezpiecznie przytoczyć jakiś konkret.