…żadna oprócz Cressidy, ale tego nie musiał dodawać, więc tylko się uśmiechnęła.
– Gdyby było ich więcej, to pomyślałabym, że masz taki typ – typ na wariatki, którą Victoria pod tym względem zupełnie nie była. Zażartowała sobie przy tym, mrużąc lekko ciemne oczy, bo zauważyła jego drobne zawahanie. – Każdemu może się przytrafić robaczywe jabłko – dodała i nawet puściła do niego oko, bo przecież gdyby miało jej to przeszkadzać, to nie zgodziłaby się wyjść z nim na „niespodziankę”, a wtedy już o Cressidzie wiedziała. Jedna taka wariatka niczego nie definiowała, nawet jeśli mógł mieć przesłanki, że coś z nią jest nie tak. Może myślał sobie, że on ją zmieni? Albo że przy nim nie będzie taka szalona? Nie miało to znaczenia, bo stało się i należało do historii, nawet jeśli Avery nie do końca potrafiła odpuścić.
– O moją babcię od strony matki. Od dawna już nie żyje, to nie jest świeża sprawa – plus zmarła jako starsza kobieta, nie jako swoja młodsza wersja, której odbicie widziała w stawie, a czasami gdy patrzyła w lustro to miała odrobinę zawahania czy patrzy na nią Victoria, czy może coś jej się już całkiem pomyliło. To znaczy miała takie myśli w maju i czerwcu, ale najwyraźniej nie uleciały z jej głowy całkowicie. – Widziałam… jej odbicie w stawie w Maida Vale – dodała po chwili, jakby czując, że powinna wyjaśnić skąd w ogóle pomysł o tej babci tutaj i tak nagle. Chris widział na własne oczy dziwne rzeczy, które się tam działy, ale ta jej babcia od strony rodziny Parkinson nie pasowała do wzorca. Pozornie nie pasowała, bo w głowie Victorii już kiełkowało to, co się tam działo.
Kiwnęła głową w odpowiedzi, bo nie było sensu zaprzeczać: tak, zależało jej na nim. Dla Victorii też było to zaskoczenie gdy to odkryła, bo początki tamtej znajomości były… trudne. Sauriel obrażał ją i psuł ich spotkania, a gdy musiała się z nim widywać, to jakby za karę. Aż coś się zmieniło i nie chodziło wcale o Beltane. Nawiązali jakąś nić porozumienia i jakoś tak to potem poszło.
– Nie będzie żadnym nietaktem. To dość naturalne pytanie w takiej sytuacji – być może bardziej byłoby zastanawiające, gdyby tych subtelności nie wyłapał i nie zapytał. I być może inna kobieta by się na takie pytanie oburzyła. Ale to było ważne: wiedzieć, na czym się stoi. Nie było żadnego cienia, z którym miałby się bić, bo porównania wychodziły tak, że poprzeczka była po Saurielu zawieszona tak zajebiście nisko… ale skąd mógłby o tym wiedzieć? Victoria nie doznała żadnego oświecenia po tym, gdy Rookwood wyjechał, ona już w trakcie widziała sygnały i wiedziała przecież jak się czuje, jaki ma mętlik w głowie i jak bardzo nie jest sama z tej sytuacji zadowolona. Z tego jak jest traktowana, raz tak, raz tak, samej nie wiedząc co się właściwie dzieje i jak powinna to wszystko traktować. Nie chciała więc dla innych podobnych odczuć. Bo czy w tej chwili była zakochana w Rookwoodzie? Nie. Była wcześniej, tak, ale to uczucie stopniowo sobie gasło, aż pozostało złamane serce i niskie poczucie własnej wartości. – Nie jestem. To dla mnie zakończony rozdział – i co prawda nie zakończył się na zerwanych zaręczynach, ale tak, ostatecznie był zakończony.
Sięgnęła po lampkę wina.