13.04.2026, 06:36 ✶
wśród artystycznych dusz
w jednym z lokali w Camden Town
w jednym z lokali w Camden Town
To miejsce nie było jeszcze pocztówką, którą miało stać się w przyszłości, ale już teraz jego światła, atmosfera i kolory miały w sobie coś niespokojnego, zapraszającego do hucznej zabawy.
Korzystali z tego oboje.
Przebywali w Phase, maleńkim lokalu, którego szyld był już do tego stopnia zniszczony, że ciężko było niezorientowanym w temacie wiedzieć, że trafili w odpowiednie miejsce. No, przynajmniej tak długo, aż nie weszli do środka – bo wnętrze Phase uderzało w odwiedzających takim wodospadem barw, dźwięków i zapachów, że nietrudno było zorientować się w fakcie, iż znalazło się w jednym z centrów londyńskiej bohemy artystycznej. Towarzystwo było tu mieszane, bo nikogo nie obchodziło pochodzenie – mugole i czarodzieje bawili się wspólnie nad kieliszkami różnych alkoholi i dyskutowali o sztuce wszelakiej, w półmroku przeciętym światłami kolorowych reflektorów. Klimatyczne miejsce, ze ścianami pokrytymi niezliczoną ilością plakatów i murali, tętniło życiem – Flint miał wrażenie, że oprócz niego nikt nie dostrzega jak przerażające były niektóre z wymalowanych tu i ówdzie obrazów. Psychodeliczne sylwetki, porozciągane twarze – jakże straszne, nawet jeśli w jakiś sposób urzekało – nie śmiał jednak powiedzieć tego na głos, bo cały wieczór przebywał w towarzystwie znajomych byłej żony i nie zamierzał podkopywać jej reputacji nadmierną szarością.
Powietrze było ciężkie.
Dægberht nie pozostawał dłużny palącym fajki wodne i sam palił papierosa, wpatrując się w przedziwną rzeźbę ze sterty śmieci i drutu, stojącą obok lustra zakrzywiającego odbijane światło. Wsłuchiwał się, z tym swoim (jak to ujmowała Vivianne) badziewnym gustem ukierunkowanym na miłość do pieśni kościelnych, szant i szlagierów, w muzykę będącą rdzeniem Phase. Na małej scenie, ledwo wzniesionej ponad poziom podłogi, grała jakaś zupełnie nieznana mu grupa, jego zdaniem przyciągająca uwagę o wiele mniej od widowni, przeżywającej ich występ, jakby widzieli tam kogoś o niebo lepszego. Młoda dziewczyna w geometrycznej sukience omal nie upadała na ten podest, depcząc innym po nogach. Zapewne nie widziała nic spod tego dziwacznego makijażu, od którego jej rzęsy wyglądały jak dwa wachlarze, a przynajmniej tak ocenił to stojąc z boku od wszystkiego. Czuł się tu tylko byłym mężem. Nie pasował do artystów z farbą pod paznokciami, grajków, dziennikarzy szukających sensacji, ani tych, którzy przyszli się tu pokazać. Z niedobitkami po licytacji obrazów, jaka miała tu miejsce dwie godziny temu, nie zamienił dzisiaj zbyt wielu słów, bo nie wydawali się tym szczególnie zainteresowani. Nie zrozumcie tego źle – ani się tu nie czuł nieswojo, ani go to wszystko nie przytłoczyło. Zwyczajnie był dziwnym człowiekiem.
Zapewne wróciłby za moment do stolika i wypił z Vivianne i jej przyjaciółkami jeszcze kilka drinków, gdyby nie był świadkiem zdarzenia tak paskudnego, że aż nim wzdrygnęło.
Rozpoznanie w tłumie osób Delyry Dolohov nie było ciężkie. Jej mąż irytował pojawianiem się absolutnie wszędzie – do tego stopnia, że nie dało się wypłynąć na morze bez żadnego produktu reklamowanego jego twarzą. Żona, jako członkini rodu Lestrange, migała mu w przeszłości dosyć często – i jako żona celebryty i jako jedna z opiekunek Maida Vale, w którym przebywał (ze względu na głęboką relację z Victorią) stosunkowo często. Ich relacja nie była nigdy prywatna i wątpił w to, aby w ogóle go pamiętała, więc nie miał zamiaru jej zaczepiać, ale... No właśnie – ale! Ktoś inny ewidentnie miał na to ochotę i robił to w sposób tak bezczelny, że Flint aż zmarszczył brwi. Niski facet, w paskudnej marynarce i ze spodniami w kant, uśmiechał się krzywo i marszczył piegowaty nos, zachodząc kobiecie drogę i narzucając się jej, chociaż ta próbowała wyjść na zewnątrz. Obserwował ich dwójkę przez moment, żeby upewnić się w poprawnym odczytaniu sytuacji, po czym odstawił swój kieliszek na jakiś stolik (tak naprawdę była to rzeźba, ale na nieszczęście artysty Flint o tym nie wiedział) i ruszył przed siebie, w porę zatrzymując rękę oblecha, zanim ten sięgnął po trzymane przez Delyrę, zapakowane w szary papier płótna.
– Pan to chyba za dużo już wypił? – Zapytał spokojnie, w duchu prosząc o to, żeby typ darował sobie rozmowę i zwyczajnie stąd poszedł. Nie chciał konfliktu, a to przecież musiał być mugol. Kto inny nie wiedziałby, że nachodzenie akurat tej kobiety miało skończyć się dla niego bardzo źle? To znaczyło, że nie mogli wyciągnąć różdżek, jeśli nie chcieli po wszystkim spotkać się z grupą wzburzonych amnezjatorów.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr