13.04.2026, 03:03 ✶
Był taki czas, dawno temu, gdy byli oboje jeszcze dziećmi, że nie istniał w głowie Helloise inny świat niż ten, w którym ona wytycza tor ich wzajemnej gonitwy. Wbiegała na kolejne wzgórza, odwracała się do małego Leviathana i czekała, aż do niej dołączy. Były w Snowdonii wzgórza, za które nie wolno im było jako dzieciom odchodzić. Tam zaczynał się problem, ponieważ Helloise zawsze miała do granic szczególne upodobanie — upodobała sobie oglądanie ich z dwóch stron. Było coś pociągającego w granicy, za którą nie puszczali jej rodzice, jakby jednym krokiem miała moc umknąć ich kontroli. Zbiegała z zakazanego wzgórza jak na skrzydłach, wolna, pchana w dół pomyślnym wiatrem, niepowstrzymana — bo trudno było się zatrzymać w tym pędzie. Wbiegała więc na kolejne, i kolejne, aż pewnego dnia odwróciła się i nie widziała już domu ani nie potrafiła znaleźć drogi powrotnej.
Teraz rzuciła się wariacko z kolejnego wzgórza — i Leviathan zniknął w mgnieniu oka. Nie było jego. Nie było domu. Została przed nią pustka, a w tej pustce wciąż obecny zły wzrok, jakim Levi nigdy na nią nie patrzył, a patrzył przecież na bardzo różne sposoby. Nigdy nie należał do wylewnych, lecz Helloise tym bardziej doceniała momenty, kiedy był dla niej delikatny. Uśmiechy, gdy chwytała go w przekomarzankę. Cierpliwą obecność, kiedy odzywała się w niej samotność. Krótkie muśnięcia ust na czole i dłoniach, splecione palce, kolejne kroki na przesuwanej w ciszy granicy.
Wracaj do domu! krzyknęła do niego ze wzgórza. On nigdy nie zgubił drogi; w tym była jego siła, że pilnował granic domu. Ona korzystała na pędzie.
A przynajmniej skorzystałaby, gdyby potrafiła się nie odwracać. Patrzyła za mężczyzną zbyt długo — poplątały jej się po drodze nogi. Tego, co czuła, nie potrafiłaby nazwać sfrunięciem, a co najwyżej niekontrolowanym sturlaniem się w dół. Wyszła z tej konfrontacji jak obita, mimo że, w rzeczy samej, Louvain nie uniósł na nią ani razu różdżki.
Nie było go. Mogli ruszyć dalej. Skończyć to szybciej. Oderwała wzrok od pustego miejsca i wróciła bezprzytomnie do pracy. Przelała zawartość obu fiolek buchorożca do przygotowanej wcześniej miseczki z proszkiem, aby uzyskać wygodną formułę pasty. Patrzyła, jak drobinki mieszają się z miksturą, rozcierała ostrożnie grudy szklanym mieszadłem, dopóki składniki nie połączyły się gładko. Przełożyła pastę do drewnianego pudełeczka wyłożonego woskowanym papierem. Resztę zeskrobała nożykiem i zawinęła w ten sam papier, tworząc malutką petardę.
Wszystko dokonało się w ciężkim milczeniu. Nie tym beznamiętnym, jak kiedy poprzednim razem była wymęczona opium i strachem. Nie tym obojętnym, jak kiedy wcześniej tego dnia pracowała nieporuszona obecnością intruza. Cisza dudniła w niej od stóp po czubek głowy, jakby Helloise nagle stała się pustą skorupą, w której było miejsce tylko na to.
Gdy skończyła, nie była w stanie znaleźć słów, którymi potrafiłaby odezwać się do Lestrange’a. Wszystkie wydawały się nieodpowiednie. Niegodne tego, żeby się nimi z Louvainem podzielić. Nie chciała z nim rozmawiać, nie potrafiła się zmusić. Przebierała w głowie kolejne słowa, ale nic. Nic nie potrafiła złożyć. Obrzydł jej ten człowiek do reszty.
Kobieta uniosła rękę w niemym geście nakazującym Śmierciożercy poczekać. Poszła do łazienki, lecz ledwie drzwi się za nią zamknęły, znów nienaturalnie znieruchomiała. Kątem oka zobaczyła w lustrze fragment swojego odbicia. Natychmiast odwróciła wzrok. Było w tym widoku coś dziwacznego, nierealnego. Schowała się pod jedną ze ścian, wsunęła głowę między szerokie liście łazienkowych roślin. Rozprostowała palce u dłoni, oglądała je, jakby widziała własne ręce pierwszy raz w życiu. Skubnęła paznokciem odstającą skórkę. Zrobiła kilka chwiejnych kroków przez łazienkę, poruszyła ramionami. Obserwowała, jak wiruje spódnica jej szaty, jak przesuwa się materiał rękawów. Próbowała sobie przypomnieć siebie i swoje ciało. Potrzebowała wrócić do swojego rymtu, wpaść znowu w znajomy nurt, lecz w pół kolejnego ruchu zapadła się pod szarpnięciem bezgłośnego szlochu. Kucnęła, opierając czoło na ściance wanny, po czym nagle gwałtownie uniosła głowę i zamachnęła się nią w zrywie desperacji na białą krawędź. Zatrzymała się centymetry przed zderzeniem. Nie, nie wytworzy żadnego dźwięku, nie da mu tej satysfakcji.
Może nie musiała tam w ogóle wracać? Na umywalce stała między słoiczkami domowych mazideł buteleczka laudanum. Może dało się to wszystko przeczekać na łazienkowym dywaniku. Czarownica sięgnęła po flakonik opium i patrzyła na niego z drżącą intensywnością. Byłoby łatwo.
Nie musiała tam wracać.
Trzeba było to skończyć.
Dlaczego w ogóle się przejmowała? Oczekiwanie pomocy było naiwne. Dawno była ponad tym, żeby się czegokolwiek dopraszać. Nie zamierzała od nikogo żebrać wsparcia. Wyparł się jej i poszedł sobie. Co z tego? Co z tego? Niech on dba o siebie. Nie ma sensu go za sobą ściągać na dno.
Nie była tu zresztą nigdy sama. Nikt nigdy nie był sam, gdy wszędzie w świecie była obecna Bogini. Nawet jeśli cicha, jeśli uśpiona, to obecna. Helloise nigdy nie była w chacie sama. Nie, nie.
Wsunęła laudanum do kieszeni szaty. Wyszła z łazienki, licząc rytm własnych kroków, żeby się upewnić, że brzmią znajomo. Wydawała się mniej najeżona gniewem, lecz pozostawało w niej coś nienaturalnego. Jeszcze nie do końca trafiała w swoje zwyczajowe tony, ale była bliżej niż wcześniej.
— Przedstawiłeś mi poprzednio problem. Problem tego, że potrzebujesz czasu. Detonacje więc będą dwie. Najpierw wstępna, która zainicjuje i pociągnie tuż za sobą tę właściwą. Nad pierwszą możesz mieć kontrolę. — Wreszcie spojrzała na Lestrange’a. Nie było w tym wzroku nic. Czarownica wystawiła na blat pudełko wypełnione buchorożcem oraz dwie fiolki. W jednej z nich w cieczy pływało kilka kryształków. Gdy Helloise ją odkorkowała, znad naczynia buchnęło nieco dymu. — Im więcej dodasz do nich — poruszyła fiolką z kryształkami — rozpuszczalnika, tym szybciej się rozłożą i spowodują pierwszy wybuch. Odmierzasz odpowiednią ilość, zalewasz, korkujesz, zostawiasz w pudełku — skinęła palcem na pudełko z pastą — czekasz, aż wybuchnie. Policzyłam orientacyjnie, ile dodać substancji, żeby uzyskać dany czas, i zaznaczyłam to na szkle. — Pokazała fiolkę rozpuszczalnika, na której rzeczywiście znajdowała się odpowiednia miarka. — Bez laboratoryjnych warunków metoda nie będzie idealnie dokładna. Musisz liczyć… dwie minuty marginesu? W jedną lub w drugą stronę. — Podała mu również niewielką petardę z dość długim knotem. — To próbka, gdybyś chciał sprawdzić, czy cię nie oszukam i rzeczywiście zadziała. Tę po prostu podpal.
Wiedźma cofnęła się od stołu, dając Lestrange’owi przestrzeń na zapoznanie się z zestawem.
Teraz rzuciła się wariacko z kolejnego wzgórza — i Leviathan zniknął w mgnieniu oka. Nie było jego. Nie było domu. Została przed nią pustka, a w tej pustce wciąż obecny zły wzrok, jakim Levi nigdy na nią nie patrzył, a patrzył przecież na bardzo różne sposoby. Nigdy nie należał do wylewnych, lecz Helloise tym bardziej doceniała momenty, kiedy był dla niej delikatny. Uśmiechy, gdy chwytała go w przekomarzankę. Cierpliwą obecność, kiedy odzywała się w niej samotność. Krótkie muśnięcia ust na czole i dłoniach, splecione palce, kolejne kroki na przesuwanej w ciszy granicy.
Wracaj do domu! krzyknęła do niego ze wzgórza. On nigdy nie zgubił drogi; w tym była jego siła, że pilnował granic domu. Ona korzystała na pędzie.
A przynajmniej skorzystałaby, gdyby potrafiła się nie odwracać. Patrzyła za mężczyzną zbyt długo — poplątały jej się po drodze nogi. Tego, co czuła, nie potrafiłaby nazwać sfrunięciem, a co najwyżej niekontrolowanym sturlaniem się w dół. Wyszła z tej konfrontacji jak obita, mimo że, w rzeczy samej, Louvain nie uniósł na nią ani razu różdżki.
Nie było go. Mogli ruszyć dalej. Skończyć to szybciej. Oderwała wzrok od pustego miejsca i wróciła bezprzytomnie do pracy. Przelała zawartość obu fiolek buchorożca do przygotowanej wcześniej miseczki z proszkiem, aby uzyskać wygodną formułę pasty. Patrzyła, jak drobinki mieszają się z miksturą, rozcierała ostrożnie grudy szklanym mieszadłem, dopóki składniki nie połączyły się gładko. Przełożyła pastę do drewnianego pudełeczka wyłożonego woskowanym papierem. Resztę zeskrobała nożykiem i zawinęła w ten sam papier, tworząc malutką petardę.
Wszystko dokonało się w ciężkim milczeniu. Nie tym beznamiętnym, jak kiedy poprzednim razem była wymęczona opium i strachem. Nie tym obojętnym, jak kiedy wcześniej tego dnia pracowała nieporuszona obecnością intruza. Cisza dudniła w niej od stóp po czubek głowy, jakby Helloise nagle stała się pustą skorupą, w której było miejsce tylko na to.
Gdy skończyła, nie była w stanie znaleźć słów, którymi potrafiłaby odezwać się do Lestrange’a. Wszystkie wydawały się nieodpowiednie. Niegodne tego, żeby się nimi z Louvainem podzielić. Nie chciała z nim rozmawiać, nie potrafiła się zmusić. Przebierała w głowie kolejne słowa, ale nic. Nic nie potrafiła złożyć. Obrzydł jej ten człowiek do reszty.
Kobieta uniosła rękę w niemym geście nakazującym Śmierciożercy poczekać. Poszła do łazienki, lecz ledwie drzwi się za nią zamknęły, znów nienaturalnie znieruchomiała. Kątem oka zobaczyła w lustrze fragment swojego odbicia. Natychmiast odwróciła wzrok. Było w tym widoku coś dziwacznego, nierealnego. Schowała się pod jedną ze ścian, wsunęła głowę między szerokie liście łazienkowych roślin. Rozprostowała palce u dłoni, oglądała je, jakby widziała własne ręce pierwszy raz w życiu. Skubnęła paznokciem odstającą skórkę. Zrobiła kilka chwiejnych kroków przez łazienkę, poruszyła ramionami. Obserwowała, jak wiruje spódnica jej szaty, jak przesuwa się materiał rękawów. Próbowała sobie przypomnieć siebie i swoje ciało. Potrzebowała wrócić do swojego rymtu, wpaść znowu w znajomy nurt, lecz w pół kolejnego ruchu zapadła się pod szarpnięciem bezgłośnego szlochu. Kucnęła, opierając czoło na ściance wanny, po czym nagle gwałtownie uniosła głowę i zamachnęła się nią w zrywie desperacji na białą krawędź. Zatrzymała się centymetry przed zderzeniem. Nie, nie wytworzy żadnego dźwięku, nie da mu tej satysfakcji.
Może nie musiała tam w ogóle wracać? Na umywalce stała między słoiczkami domowych mazideł buteleczka laudanum. Może dało się to wszystko przeczekać na łazienkowym dywaniku. Czarownica sięgnęła po flakonik opium i patrzyła na niego z drżącą intensywnością. Byłoby łatwo.
Nie musiała tam wracać.
Trzeba było to skończyć.
Dlaczego w ogóle się przejmowała? Oczekiwanie pomocy było naiwne. Dawno była ponad tym, żeby się czegokolwiek dopraszać. Nie zamierzała od nikogo żebrać wsparcia. Wyparł się jej i poszedł sobie. Co z tego? Co z tego? Niech on dba o siebie. Nie ma sensu go za sobą ściągać na dno.
Nie była tu zresztą nigdy sama. Nikt nigdy nie był sam, gdy wszędzie w świecie była obecna Bogini. Nawet jeśli cicha, jeśli uśpiona, to obecna. Helloise nigdy nie była w chacie sama. Nie, nie.
Wsunęła laudanum do kieszeni szaty. Wyszła z łazienki, licząc rytm własnych kroków, żeby się upewnić, że brzmią znajomo. Wydawała się mniej najeżona gniewem, lecz pozostawało w niej coś nienaturalnego. Jeszcze nie do końca trafiała w swoje zwyczajowe tony, ale była bliżej niż wcześniej.
— Przedstawiłeś mi poprzednio problem. Problem tego, że potrzebujesz czasu. Detonacje więc będą dwie. Najpierw wstępna, która zainicjuje i pociągnie tuż za sobą tę właściwą. Nad pierwszą możesz mieć kontrolę. — Wreszcie spojrzała na Lestrange’a. Nie było w tym wzroku nic. Czarownica wystawiła na blat pudełko wypełnione buchorożcem oraz dwie fiolki. W jednej z nich w cieczy pływało kilka kryształków. Gdy Helloise ją odkorkowała, znad naczynia buchnęło nieco dymu. — Im więcej dodasz do nich — poruszyła fiolką z kryształkami — rozpuszczalnika, tym szybciej się rozłożą i spowodują pierwszy wybuch. Odmierzasz odpowiednią ilość, zalewasz, korkujesz, zostawiasz w pudełku — skinęła palcem na pudełko z pastą — czekasz, aż wybuchnie. Policzyłam orientacyjnie, ile dodać substancji, żeby uzyskać dany czas, i zaznaczyłam to na szkle. — Pokazała fiolkę rozpuszczalnika, na której rzeczywiście znajdowała się odpowiednia miarka. — Bez laboratoryjnych warunków metoda nie będzie idealnie dokładna. Musisz liczyć… dwie minuty marginesu? W jedną lub w drugą stronę. — Podała mu również niewielką petardę z dość długim knotem. — To próbka, gdybyś chciał sprawdzić, czy cię nie oszukam i rzeczywiście zadziała. Tę po prostu podpal.
Wiedźma cofnęła się od stołu, dając Lestrange’owi przestrzeń na zapoznanie się z zestawem.
dotknij trawy
wesoła pomocnicza infografika, którą zrobiłam, jak jeszcze myślałam, że to lajtowa sesja![[Obrazek: imgproxy.php?id=qCDYZl3.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=qCDYZl3.png)