Tak naprawdę to Victoria nie chciała o Cressidzie rozmawiać więcej, niż to konieczne, ale chyba po dzisiejszym dniu temat szalonej eks został wyjaśniony i zamknięty – tak sobie przynajmniej w swojej naiwności Victoria myślała. Reszta rozmowy, jaka im się wywiązała, była już po prostu pokłosiem, być może nawet lepiej przeprowadzić taką teraz, niż na przykład za miesiąc (zakładając, że będą chcieli to kontynuować) i wiedzieć od startu jaka jest sytuacja, bo gdyby coś im nie pasowało już na tym etapie, to po co marnować czas… A Lestrange wiedziała, że tego czasu odrobinę potrzebuje, bo była kobietą ostrożną i niekochliwą, bała się poddać czemuś, czego by żałowała, a to co prawdziwie ją przyciągało, to był intelekt drugiej strony. Dużo skrywała pod fasadą chłodnej i zdystansowanej kobiety.
Uśmiechnęła się do Chrisa na jego deklarację.
– Ciekawe czy poniesie się jakąś plotką i czy to rozgłos na jakim jej zależało – cóż, było tam kilkoro świadków, nie było to takie niemożliwe do wyjścia poza Dom Mody.
To chyba był całkiem właściwy trop, bo po Beltane, gdy doznawała tych wszystkich dziwnych… retrospekcji… sama krótko zastanawiała się, czy to przypadkiem nie jakieś trzecie oko, ale nie kojarzyła w najbliższej rodzinie nikogo obdarzonego tą zdolnością. Z kapłanką kowenu też o tym rozmawiała – choć wtedy bardziej chodziło o to, co widziała podczas samego Beltane, to, czego nie widzieli inni, czyi kolorowego dymu, obrazów w ogniu. Kobiety, której musiała pomóc i Śmierciożerców.
– Nie wydaje mi się. Zastanawiałam się nad tym przez chwilę… po Beltane… ale to chyba nie to – nie żeby znała się na tym jakoś bardzo. Jasne, przyjaźniła się z Widzącymi, ale sama nigdy u siebie nie podejrzewała podobnej zdolności, zresztą nikt nie zauważył, by działo się z nią cokolwiek nie tak do czasu tego nieszczęsnego sabatu. – Tak, rosły, ale nie mam pojęcia, czy to było za czasów mojej babci… – tym bardziej, że czasy jej babci były bardzo trudne do ustalenia przez jej wampirzą przeszłość.
Sauriel może i oferował emocje, ale raczej nie takie, jakich mógł się spodziewać Christopher. To nie był w żadnym razie żaden gorący romans, wręcz przeciwnie – było tam mnóstwo smutku, były wylane łzy, była samotność i tona nierozumienia, bo zamiast rozmawiać, Sauriel wolał milczeć, albo mówił coś, a potem robił coś zupełnie innego. Victoria bardzo się starała, by nie byli sobie wrodzy, mieli w końcu zostać małżeństwem (do czasu), było w tym dużo jej pracy, Rookwood też na pewien sposób się starał, lecz to było skazane na porażkę, bo w większości nie miał w sobie woli, by to ciągnąć. Była kulą u nogi, której nie chciał, tak jak nie chciał jej emocji i nie chciał jej uczuć, z którymi sama nie czuła się komfortowo wiedząc, że są niechciane. Nie było tam czerwieni; był granat, była czerń. Żadna pasja czy namiętność. Z kolei w ogóle nie myślała, że Chris jest nudny. I czuła się choć odrobinę wysłuchana – nie wiedziała, na ile w ogóle go interesowało to, co mówiła, ale przynajmniej pytał, a to była dla niej pewna nowość. Bardziej o sobie myślała, jako o tej nudnej. I w przeciwieństwie do niego się tym przejmowała.
Przysunęła do niego swój kieliszek, by mógł jej dolać tego wina.
– Za nowe rozdziały – powtórzyła ten dość krótki choć całkiem szczery toast. Może i nie było to tabu, co nie zmieniało faktu, że niełatwo się jej o tym mówiło. Upiła zaraz kilka łyków wina.