Spokojnie odłożyła narzędzia, z których dopiero co korzystała. Igła do osobnego pojemniczka, najpewniej takiego, by wiedziała, że musi ją później zdezynfekować, szwy i małą parę nożyczek do innych przegródek. Po chwili przemyła jakąś szmatką nasączoną delikatnym specyfikiem czyszczącym ręce dziewczyny i dopiero wtedy sięgnęła po puzderko z dość tłustą, zielonkawą i ziołową maścią – tą, której intensywny zapach rozniósł się po pomieszczeniu, i zaczęła bardzo delikatnie wmasowywać ją w teraz zszyte rany i wokół nich.
Nie znała się na mugolskiej medycynie jakoś bardzo, ale miała czasami styczność z mugolskimi uzdrowicielami, znaczy się z lekarzami jak się nazywali, i zdążyła się zorientować, że ci stosowali takie śmieszne szwy, które trzeba było później wyciągnąć. Na szczęście magiczna medycyna stała na zupełnie innym poziomie i nić, którą zszyła rany Mali, za jakiś czas sama zniknie, wchłonie się w skórę i nie trzeba będzie się fatygować do nikogo, by jej to wyciągnięto, co mogłoby być utrudnione gdy będą już w nowym miejscu.
Na moment przerwała, unosząc głowę i spojrzenie na Anthonego, gdy zbliżył się do niech i odezwał. Odwróciła głowę, rzucając króciutkie spojrzenie na siostrę i ojca jej pacjentki, którzy wyglądali na nieco spokojniejszych, niż gdy tutaj przyszli w trójkę – to chyba znaczyło, że wszystko poszło dobrze – ale zaraz spojrzenie jasnobrązowych oczu spotkało się z szarymi Shafiqa.
Złote Jabłko? Budował jakieś drzewo?
McGonagall mrugnęła krótko, po czym uśmiechnęła się, zwracając swoją uwagę na dziewczynę, której musiała jeszcze wmasować maść w drugą rękę. Nie miała pojęcia o czym mówił Anthony, ale czemu miałaby odmawiać staremu przyjacielowi towarzystwa, skoro i tak już nie było jej w Walii?
– Czemu nie? Nie widziałam tam jeszcze wielu miejsc – stwierdziła, uśmiechając się pod nosem, pomiędzy kolejnymi okrężnymi ruchami palców, jakimi wpracowywała maść w poranioną rękę Mali. Widziała, oczywiście, cmentarz. I jakieś wrzosowisko. I pojedyncze miejsca, gdy wraz z Figgami szukała kotów.
W końcu jednak zamknęła swoje mocno pachnące puzderko i uśmiechnęła się do Mali.
– Za kilka dni nić zacznie znikać. Póki nie zniknie całkiem, to zakaz dźwigania, jasne? – to było ważne, by dziewczyna się nie przeforsowała, a rany, mimo zszycia, nie otwarły. Ale na czas samej podróży było to bezpieczne. Wyciągnęła jeszcze jedną fiolkę i podała go dziewczynie. – Eliksir wiggenowy. Wypij gdzieś za trzy godziny, przyspieszy gojenie – zaraz zaczęła chować wszystkie swoje rzeczy – najpierw do skrzyneczki, potem do wsiąkiewki. – Bandaż wypierzcie i będzie się jeszcze nadawał – dodała, by dziewczyna nie musiała się zastanawiać co z tym bandażem, który został ściągnięty na początku.
I gdy wszystko już zwrobiła, wstała i stanęła obok Anthonego.