15.04.2026, 22:51 ✶
Gdzieś tam w głębi duszy wiedziała, że żaden przeklęty ptak nie przyleci. Zwłaszcza Glen, która była równie kapryśna co właścicielka; niechybnie na widok spadającego z nieba popiołu stwierdziła, że to nie jest pogoda na żadne przeloty. Wiedziała, a mimo to chciała się opierać przy próbach przywołania jej, bo to zawsze jakieś zajęcie. Niezbyt twórcze, niekoniecznie pomocne, może nawet marnujące uciekający czas, ale na pewno odciągające uwagę Eden od Alastora. A dzięki temu, również uwagę Millie od ich obojga.
Krzyczenie na głuchego na prośby ptaka wydawało się być lepszym wyborem niż krzyczenie na siebie nawzajem.
Eden nie przyznała Millie racji, bo Eden nie przyznawała racji nikomu, a już na pewno nie wtedy, kiedy miało być to szczere. Niemniej dziewczyna tę rację miała, więc Lestrange skrzywiła się nieznacznie, w odpowiedzi pozostawiając jedynie grymas, co by się na głos nie przyznać czasem, że pomysł miała głupi. Westchnęła ciężko, tak jak wzdycha się wtedy, kiedy wszystko dookoła cię próbuje wykoleić psychicznie, a ty już nie masz siły narzekać, po czym spojrzała w dal, w miejsce wskazane przez Moody - tam, gdzie kłębiły się coraz większe i gęstsze tabuny popiołu opadającego na miasto.
- Widzę - odpowiedziała wreszcie, mrużąc oczy, jakby chciała dojrzeć, która część Londynu jest zarzewiem całego problemu. Nie miała pojęcia, bo na starość robiła się ślepa jak kret i jednocześnie zbyt dumna, by pokazać się ludziom w szkłach na nosie. Potrząsnęła głową, jakby to nie było istotne, po czym odwróciła wzrok. Jak się czegoś nie widzi, to przy odrobinie szczęścia może przestanie istnieć. - Nie będę za nikim wskakiwać w ogień, Mildred, jestem na emeryturze... - rozpoczęła dywagację, tonem sugerującym, że chciała wejść jej w słowo i przerwać cokolwiek, co chciała powiedzieć dalej, ale potem mimowolnie przeniosła spojrzenie na fiolkę eliksiru w dłoniach towarzyszki. Potem spojrzała na jej twarz, ale ich oczy się nie spotkały, bo Millie ewidentnie odczuwała dyskomfort. Eden ponownie westchnęła, zamiast skończyć tyradę.
Wyglądało na to, że na starość nie tylko ślepła, ale również miękła.
- Nic mi nie będzie - powiedziała, a jednak przyjęła podarunek. - Złego diabli nie biorą, pamiętasz? - Uniosła brwi i chyba nawet uśmiechnęła się przelotnie. Powtarzała to ludziom odkąd pamiętała, bo nie chciała, by ktokolwiek się o nią martwił. Istnieli ludzie, którzy zasługiwali na to stokroć bardziej. - Lepiej ty uważaj, żeby nie zrobić nic głupiego. Alek nie wybaczy sobie, jeśli coś ci się stanie - oświadczyła chłodno, zasłaniając własną troskę Alastorem. W ten sposób ta przestroga łatwiej przeszła jej przez gardło.
- Właśnie, jak już o wilku mowa - zaczęła, po czym poczuła, że trafia ją przysłowiowy grom z jasnego nieba, gdy zrozumiała, jak świetnego porównania użyła w kontekście Alka. Musiała zamrugać kilkukrotnie, zanim mogła kontynuować. - Nie wiem, czemu ostrzegamy siebie nawzajem, kiedy wiadomo, że w ten ogień wskoczy najpierw Alastor. Trzeba iść za tym świrem - zarządziła, po czym zatoczyła wskazującym palcem koło, jakby zaganiała zwierzę do własnej nogi, a nie Millie do pójścia za nią. - Ostatnio był gdzieś na dole. - Po tych słowach, zaczęła ruszać w kierunku schodów.
Krzyczenie na głuchego na prośby ptaka wydawało się być lepszym wyborem niż krzyczenie na siebie nawzajem.
Eden nie przyznała Millie racji, bo Eden nie przyznawała racji nikomu, a już na pewno nie wtedy, kiedy miało być to szczere. Niemniej dziewczyna tę rację miała, więc Lestrange skrzywiła się nieznacznie, w odpowiedzi pozostawiając jedynie grymas, co by się na głos nie przyznać czasem, że pomysł miała głupi. Westchnęła ciężko, tak jak wzdycha się wtedy, kiedy wszystko dookoła cię próbuje wykoleić psychicznie, a ty już nie masz siły narzekać, po czym spojrzała w dal, w miejsce wskazane przez Moody - tam, gdzie kłębiły się coraz większe i gęstsze tabuny popiołu opadającego na miasto.
- Widzę - odpowiedziała wreszcie, mrużąc oczy, jakby chciała dojrzeć, która część Londynu jest zarzewiem całego problemu. Nie miała pojęcia, bo na starość robiła się ślepa jak kret i jednocześnie zbyt dumna, by pokazać się ludziom w szkłach na nosie. Potrząsnęła głową, jakby to nie było istotne, po czym odwróciła wzrok. Jak się czegoś nie widzi, to przy odrobinie szczęścia może przestanie istnieć. - Nie będę za nikim wskakiwać w ogień, Mildred, jestem na emeryturze... - rozpoczęła dywagację, tonem sugerującym, że chciała wejść jej w słowo i przerwać cokolwiek, co chciała powiedzieć dalej, ale potem mimowolnie przeniosła spojrzenie na fiolkę eliksiru w dłoniach towarzyszki. Potem spojrzała na jej twarz, ale ich oczy się nie spotkały, bo Millie ewidentnie odczuwała dyskomfort. Eden ponownie westchnęła, zamiast skończyć tyradę.
Wyglądało na to, że na starość nie tylko ślepła, ale również miękła.
- Nic mi nie będzie - powiedziała, a jednak przyjęła podarunek. - Złego diabli nie biorą, pamiętasz? - Uniosła brwi i chyba nawet uśmiechnęła się przelotnie. Powtarzała to ludziom odkąd pamiętała, bo nie chciała, by ktokolwiek się o nią martwił. Istnieli ludzie, którzy zasługiwali na to stokroć bardziej. - Lepiej ty uważaj, żeby nie zrobić nic głupiego. Alek nie wybaczy sobie, jeśli coś ci się stanie - oświadczyła chłodno, zasłaniając własną troskę Alastorem. W ten sposób ta przestroga łatwiej przeszła jej przez gardło.
- Właśnie, jak już o wilku mowa - zaczęła, po czym poczuła, że trafia ją przysłowiowy grom z jasnego nieba, gdy zrozumiała, jak świetnego porównania użyła w kontekście Alka. Musiała zamrugać kilkukrotnie, zanim mogła kontynuować. - Nie wiem, czemu ostrzegamy siebie nawzajem, kiedy wiadomo, że w ten ogień wskoczy najpierw Alastor. Trzeba iść za tym świrem - zarządziła, po czym zatoczyła wskazującym palcem koło, jakby zaganiała zwierzę do własnej nogi, a nie Millie do pójścia za nią. - Ostatnio był gdzieś na dole. - Po tych słowach, zaczęła ruszać w kierunku schodów.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~