11 godzin(y) temu ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10 godzin(y) temu przez Aaron Andrew Moody.)
– Wygląda na porządną robotę. – Aaron skinął głową z uznaniem. W Dolinie musiało mieszkać wielu zręcznych rzemieślników, skoro nie tylko wyrabiali się z naprawami, jakich wymagały po Spalonej Nocy domy mieszkańców wioski, ale i podejmowali dodatkowe zlecenia. Dobrze, że Bertie miał sąsiadów, na których można było liczyć, zwłaszcza, że w trakcie pożarów zaklątwiło mu podobno dom. Przynajmniej całkiem nie spłonął, jak dotychczasowe lokum Alastora. Aaron gadał już ze znajomym stolarzem, żeby wyszykował mu jakieś porządniejsze meble do nowego mieszkania, bo jak znał swojego syna, prędzej zacznie żyć jak wilkołak w barłogu niż zajmie się jego wyporządzeniem. Powiedzieć, że dręczyło to starego, byłoby dużym niedopowiedzeniem. Wychował się w nieco innych czasach, wtedy, gdy widmo globalnej wojny czarodziejów nieustannie wisiało nad głową. Jego młodość wypadła w okresie między dwoma największymi konfliktami zbrojnymi świata mugolskiego. Może dlatego Aaron zawsze próbował wyciągnąć z życia tyle, ile się dało. Był człowiekiem zapobiegliwym, przepełnionym potrzebą działania. Ukształtowanym przez strach, że świat może się rozpaść szybciej, niż zdąży się go poskładać. Może dlatego Aaron nie potrafił zrozumieć obojętności wobec rzeczy pozostawionych w nieładzie. Nie chodziło ani o wygodę ani o wygląd, ale o coś głębszego. O przekonanie, że człowiek, który przestaje dbać o to, w jakim otoczeniu żyje, stopniowo zaczyna tracić zdolność dbania o cokolwiek. Włącznie z tym, co najważniejsze.
Aaron bywał popędliwy, często brakowało mu cierpliwości. Budował więc rzeczy, które miały trwać dłużej niż jego własna cierpliwość. Wiedział, jak położyć deskę, żeby nie skrzypiała pod ciężarem kroków, jak spasować drewno, by nie puściło, gdy poczuje wilgoć. Wierzył, że gdy zbuduje się dla siebie wystarczająco trwały fundament, zdoła się przetrwać bombardowanie. Czy tego brakowało jego synowi? Fundamentu? Przecież nie był to pierwszy raz, gdy ogień spadał na nich z nieba. Nie ostatni. Przynajmniej Millie wyglądała nawet znośnie, na policzkach miała nieco więcej koloru niż zwykle, co Aaron odnotował z niejaką ulgą, chociaż na widok stojącego przy jej talerzu kielicha z winem, zwątpił, czy rzeczywiście powinien zawdzięczać tę nagłą zmianę poprawie zdrowia córki. Pewnie nie, zwłaszcza, że pociągnęła z niego nader hojnie. To też miała po nim. Chociaż jak na rasowego hipokrytę przystało, Aaron pił przy świątecznym stole tylko herbatę.
– Aha. – Na pytanie syna odpowiedział krótkim skinięciem głowy. – Wykreśliłem cię akurat z grafiku, żebyś mógł sobie poświętować. Umówiłem się z Crickerlym, że potem do mnie dołączy. Uważam, że powinieneś wybrać się w końcu do magomedyka. To dobry moment, żeby przygotować się psychicznie do tego gówna – stwierdził, nie precyzując, co konkretnie ma na myśli. Równie dobrze mógł mówić o okresowych testach psychologicznych i sprawnościowych, jakie musieli przechodzić aurorzy. Zerknął jednak spod oka na syna, nieco dłużej zatrzymując na nim czujne spojrzenie zielonych oczu. Wyrażał się w sposób dostatecznie wymijający, żeby nie musieć poruszać drażliwego tematu w sposób, który Alastora zwyczajnie by zawstydził. Dostatecznie autorytarny, żeby jasno dać mu do zrozumienia to, co reszta zgromadzonych przy stole bała się powiedzieć na głos, chociaż być może dostrzegła oznaki tego wcześniej, niż zrobił to stary Moody. Ale taka już była hierarchia rzeczywistości tej rodziny. Dla nich Alastor był fundamentem, dla Aarona był natomiast synem.
– To kiedy planujesz wielkie otwarcie? – pociągnął jak gdyby nigdy nic temat restauracji Bertiego, biorąc kolejny kęs placka. Jeżeli już takowe było już ogłaszane, zwyczajnie to przegapił.
Aaron bywał popędliwy, często brakowało mu cierpliwości. Budował więc rzeczy, które miały trwać dłużej niż jego własna cierpliwość. Wiedział, jak położyć deskę, żeby nie skrzypiała pod ciężarem kroków, jak spasować drewno, by nie puściło, gdy poczuje wilgoć. Wierzył, że gdy zbuduje się dla siebie wystarczająco trwały fundament, zdoła się przetrwać bombardowanie. Czy tego brakowało jego synowi? Fundamentu? Przecież nie był to pierwszy raz, gdy ogień spadał na nich z nieba. Nie ostatni. Przynajmniej Millie wyglądała nawet znośnie, na policzkach miała nieco więcej koloru niż zwykle, co Aaron odnotował z niejaką ulgą, chociaż na widok stojącego przy jej talerzu kielicha z winem, zwątpił, czy rzeczywiście powinien zawdzięczać tę nagłą zmianę poprawie zdrowia córki. Pewnie nie, zwłaszcza, że pociągnęła z niego nader hojnie. To też miała po nim. Chociaż jak na rasowego hipokrytę przystało, Aaron pił przy świątecznym stole tylko herbatę.
– Aha. – Na pytanie syna odpowiedział krótkim skinięciem głowy. – Wykreśliłem cię akurat z grafiku, żebyś mógł sobie poświętować. Umówiłem się z Crickerlym, że potem do mnie dołączy. Uważam, że powinieneś wybrać się w końcu do magomedyka. To dobry moment, żeby przygotować się psychicznie do tego gówna – stwierdził, nie precyzując, co konkretnie ma na myśli. Równie dobrze mógł mówić o okresowych testach psychologicznych i sprawnościowych, jakie musieli przechodzić aurorzy. Zerknął jednak spod oka na syna, nieco dłużej zatrzymując na nim czujne spojrzenie zielonych oczu. Wyrażał się w sposób dostatecznie wymijający, żeby nie musieć poruszać drażliwego tematu w sposób, który Alastora zwyczajnie by zawstydził. Dostatecznie autorytarny, żeby jasno dać mu do zrozumienia to, co reszta zgromadzonych przy stole bała się powiedzieć na głos, chociaż być może dostrzegła oznaki tego wcześniej, niż zrobił to stary Moody. Ale taka już była hierarchia rzeczywistości tej rodziny. Dla nich Alastor był fundamentem, dla Aarona był natomiast synem.
– To kiedy planujesz wielkie otwarcie? – pociągnął jak gdyby nigdy nic temat restauracji Bertiego, biorąc kolejny kęs placka. Jeżeli już takowe było już ogłaszane, zwyczajnie to przegapił.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.